Zrobiłam Liska ze złota, żeby pięknie świecił. Angelika Markul o sztuce 

( 08.12.2023 )

Kiedy Christian zmarł, zaczęłam robić cykl rzeźb głów, ma ich być 7306. Tyle dni spędziliśmy razem – Joanna Ruszczyk rozmawia z Angeliką Markul o sztuce i wystawie  w Galerii Leto

Wystawa „O, Lie on Me” w Galerii Leto porusza intymne tematy. Dotąd tworzyłaś prace o sprawach świata i tajemniczych miejscach. To przełom? 

Ponad dwadzieścia lat jeździłam po całym świecie i robiłam filmy w różnych trudno dostępnych miejscach. Strefa zero w Czarnobylu, elektrownia jądrowa Fukushima po katastrofie, lodowce w południowej Patagonii, kopalnia Naica w Meksyku… To mnie fascynowało. Mam wielkie archiwum tych podróży. Zdjęcia, fragmenty filmów. Ale nagle zmarł mój partner, z którym byłam przez dwadzieścia jeden lat. Byłam bardzo samotna. Czułam pustkę, tęsknotę. Znalazłam się w nowej sytuacji. To trwało jakiś rok i nałożyło się na epidemię covid, która mnie zatrzymała w podróżach. Nie zdarzyło mi się w życiu dotąd spotkać z takim cierpieniem, niemal fizycznym bólem. 

Dziękujemy!

O, Lie on Me, dokumentacja wystawy, fot. Bartosz Górka

Przykro mi. Zdecydowałaś się odsłonić te uczucia w sztuce?

Nie robiłam dotąd intymnych prac o emocjach i ciele. Do swojej twórczości miałam bardziej mechaniczny stosunek. Intelektualny, a nie uczuciowy. Pokazywałam, co się u mnie dzieje, ale nie wchodziłam w intymność swojego życia. Zamknęłam je w szklanej kuli, żyłam tam w atmosferze, która mi odpowiadała. Ale ta kula się rozbiła i musiałam zbudować się od nowa; przemyśleć, czego potrzebuję. Ten moment bardzo mnie zainteresował. Lubię shungę – japońskie rysunki erotyczne, mam całą kolekcję albumów. Zaczęłam je oglądać, inspirować się nimi i tworzyć rzeźby. W tym momencie spotkałam mężczyznę. Zafascynował mnie. Bardzo go zapragnęłam. Nazwałam go Lisek. Po kolacji z Liskiem położyłam się do łóżka i poczułam, że bardzo bym chciała poczuć jego ciężar na swoim ciele. Od razu pomyślałam, że to byłaby piękna praca. Najpierw zrobiłam kształt swojego ciała, potem zaprosiłam do tej pracy wszystkich moich przyjaciół. Zrobiłam listę 75 osób. Dostałam od nich wymiary – wagę, wzrost. Pytałam, jaki mają ciężar – miłości? przyjaźni? smutku? zadowolenia? załamania? W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, jaka rolę będzie miał Lisek.

Ksywka „Lisek” nie jest chyba przypadkowa? 

Jest diabłem i aniołem jednocześnie. Bywa okrutny. Zrobiłam Liska ze złota, żeby pięknie świecił.

Dziękujemy!

O, Lie on Me, dokumentacja wystawy, fot. Bartosz Górka

Waży siedemdziesiąt sześć kilogramów i jest oklejony 24-karatowym złotem. Wentylator robi wiatr. Złota sierść Liska porusza się na wietrze, jakby biegł. Jest piękny, ale nie ma do niego dojścia. Jest z dala od innych rzeźb, obserwuje gimnastykę innych ciał. On jest pępkiem tego świata. Narcyzem. Jak obserwowałam ludzi na wystawie przez kilka dni, to głównie Lisek był podziwiany i fotografowany. Jest kolorowy. Mieni się kolorami. Przemienia. Wysysa kolory z innych rzeźb. 

To ostatnia sala, a co się dzieje w pozostałych? 

*Reklama

Pierwsza sala to seks, który sobie wyobraziłam – nigdy Liska nago nie widziałam. Są jego nogi, pierś, twarz z jednym uchem. Znajomi pytali, czy nawiązuję do van Gogha, ale nie, ja po prostu w to jedno ucho go całowałam. Moje nogi zadarte do góry… Ciała są minimalistyczne, toporne.  Trochę jak kamienie, góry. Inspirowałam się baletem, teatrem Piny Bausch. Druga sala to szufladka, w której znajdują się intymne emocje. Nie możemy do niej wejść. Jest tam żagiel, który uszyłam we współpracy z polską marką produkującą żagle. 

Dlaczego żagiel? 

Bo powiedziałam Liskowi, że ma usta jak żagiel i okazało się, że on żegluje. Napisałam wiersz na podstawie wymiany słów z nim : 

     Your lips like sailing boat

                 Your eyes so gold

        The smell of your hair…

My tiny warm hands in yours

                                 Ice cold,

                  Let me warm you

                    Let this explode

                         Be a volcano

             That you claimed so

Do zrobienia muzyki zaprosiłam Wojtka Pusia, z którym współpracuję od lat. Wojtek zainspirował się wierszem i skomponował muzykę. Wydaliśmy winyl kolekcjonerski w nakładzie siedmiu egzemplarzy.  

Dziękujemy!

O, Lie on Me, dokumentacja wystawy, fot. Bartosz Górka

Jaki romantyczny!  Ale mieniący się złotem kamień prędzej wskazuje na niedostępność emocjonalną i toksyczną relację niż spełnioną miłość. 

Nasza relacja przerosła Liska, uciekł. Zostałam sama ze swoimi uczuciami. Bardzo to przeżyłam. Tak, to relacja niszcząca, choć Lisek mi nie zrobił żadnej krzywdy, po prostu nie był wolnym mężczyzną i elegancko mi to wytłumaczył. Mam do niego wielki szacunek. Taki wielki, że aż zrobiłam o nim pracę. Myślę, że każdy mężczyzna marzyłby o trzech salach w galerii. Swoje emocje związane z nim przełożyłam na sztukę, która mnie jeszcze bardziej otworzy na kolejne wyzwania. Jestem szczęśliwa, że to przeżyłam. To rozwija. Rozbuduję ten teatr, będą trzy części. Druga za rok w Galerii Foksal – a trzecią pokażę razem z poprzednimi we Francji. 

Czy to też praca o stracie, żałobie? 

Nie, to rzecz o nowych doświadczeniach. Kiedy Christian zmarł, zaczęłam robić cykl rzeźb głów, ma ich być 7306. Tyle dni spędziliśmy razem. To będzie praca mojego życia, daję sobie na to czas. A może jej nie skończę? Mam jedno szczęście, że nigdy nie zostałam skrzywdzona przez żadnego mężczyznę. Moje relacje były długie, w wielkim wzajemnym szacunku. Partnerskie. Christian był dla mnie przyjacielem, kochankiem, bratem, ojcem, siostrą… Historia z Liskiem jest bardziej o pragnieniu czegoś, co jest niedostępne, niemożliwe. Cierpienie, które pokazuję na wystawie w Leto, jest piękne. 

Nie potrafię robić sztuki bez emocji. Zawsze jeździłam w miejsca, o których robiłam prace, żeby je poczuć. Muszę coś poznać, strawić, dotknąć, powąchać, żeby zrobić film czy rzeźbę. To dla mnie ważne. Na przykład w 2019 roku spędziłam cały miesiąc z Aborygenami w Australii, w okolicy miasteczka Broome. Bardzo to przeżyłam.

Czyli twoja sztuka jest bardziej o przeżywaniu światowych spraw niż o samych tych sprawach? Co się wydarzyło w Australii?

Tam są odciski dinozaurów w morzu. Legenda ludu Goolarabooloo, powtarzana z pokolenia na pokolenie, mówi że to ślad Marelli, stwórcy świata. Był to ptak-dinozaur, który wyszedł z wody i stworzył z piasku dwie postacie, które się złączyły. Tak powstali pierwsi ludzie – kobieta i mężczyzna. Marella zostawiła odciski i opuściła ziemię, „poszła do nieba”. Jest w konstelacji gwiazd, w Mlecznej Drodze. Pokazywali mi jej gwiezdny obraz, widać go nocą na niebie. Odciski są widoczne raz w roku przez miesiąc podczas odpływu. Chciałam je zobaczyć. Pojechałam tam i przez cztery dni mieszkaliśmy na samej plaży, w namiotach. Odciski wyłaniały się z wody, podświetlał je księżyc. Czułam wielką energię tego miejsca, kontakt z naturą, to było duchowe doświadczenie. Zrobiliśmy odlewy odcisków, które potem z kolei odlałam w brązie.

Dziękujemy!

O, Lie on Me, dokumentacja wystawy, fot. Bartosz Górka

Opowiadasz o wierzeniach rdzennych mieszkańców, ale jednocześnie pokazujesz perspektywę naukowców, bo to miejsce badań archeologicznych.

Pracowałam z paleontologiem Stevenem Salisburym i stróżem prawa Goolarabooloo, Richardem Hunterem, którzy poznali się na początku lat dwutysięcznych. Chcieli chronić to miejsce, bo był plan przeprowadzenia tam gazociągu. Dzięki ich staraniom rejon został wpisany na listę UNESCO.  Z kolei naukowcy z uniwersytetu w Bremie wwiercili się w krater na półwyspie Yucatan, gdzie 66 milionów lat temu uderzyła planetoida, żeby badać, dlaczego wymarły dinozaury. Nakręciłam o tym film zatytułowany 1335 metrów, bo taka była głębokość odwiertu.

Jak wybierasz tematy i miejsca, w których robisz filmy?

Kiedy w 2000 roku wróciłam z Francji do Polski, do Szczecina, zwróciłam uwagę, że  nie ma już stoczni, którą oglądałam na pocztówce, którą dziadek mi kiedyś wysłał – pracował w stoczni. To mnie dotknęło, wręcz zbulwersowało. Znika coś, co pamiętasz z dzieciństwa. Zaczęłam interesować się archiwami i miejscami, które zniknęły, a potem miejscami, które są zagrożone zniknięciem. Na przykład za kilka lat tego odcisku Marelli w Australii już nie będzie, bo podnosi się poziom mórz i oceanów. Nie będzie już dojścia tam, nikt tego już nie zobaczy. Podobnie z El Calafate, argentyńskim lodowcem, na którym też robiłam film. Naukowcy powiedzieli mi : „Za 50 lat tu już nic nie będzie. Będą krowy i kamienie”. Obraz lodowca pozostanie w mojej sztuce. To taka pocztówka w czasie.

Nie mówisz wprost o katastrofie klimatycznej, ale ten temat powraca w twoich pracach. 

*Reklama

U mnie to jest nieświadome. Mój pierwszy film, Casela, nakręciłam w Afryce dwadzieścia lat temu. Nikt wtedy nie mówił o ekologii. Moja sztuka jest trochę naiwna, w takim sensie, że nie zdaję sobie często sprawy, że dotykam jakiegoś tematu. Lubię sztukę, która nie jest świadoma. Jestem intuicyjna. 

Pokazujesz piękno i potęgę natury, ale też jej siłę niszczycielską. Mam poczucie, że swoimi pracami wołasz, żebyśmy nie lekceważyli już natury i odeszli od antropocentryzmu. 

Dziękujemy!
( Muzyka ) ( Esej ) ( Martyna Leszczyńska )

Superstar z Portoryko. Bad Bunny

W moich pracach nie ma ludzi, zauważyłaś? Pojawiają się tylko w filmie o łapance grzechotników. Kiedy siedem lat temu zmarła moja mama, kupiliśmy z Christianem starą oliwkę do ogrodu. Ma sto osiemdziesiąt lat. Rozmawiam z tą oliwką, dotykam jej. Wierzę, że ma jakieś uczucia, tylko inne niż człowiek. Nie może ze mną rozmawiać, ale to nie znaczy, że nie potrafi się komunikować, rośliny przecież „rozmawiają” między sobą. Mam wielką energię, jak jestem w naturze, jej siła jest olbrzymia, widać to na przykład w moim filmie Welcome to Fukushima o katastrofie spowodowanej tsunami. Widać to też w strefie zero w Czarnobylu, gdzie rosną wybujałe rośliny, które przystosowały się do promieniowania. Zawładnęły tym terenem. 

Człowiek dzisiaj nie ratuje planety, tylko ratuje samego siebie, bo boi się zagrożenia, na przykład braku jedzenia. W Amazonii palą lasy i chuj ich obchodzi, że Indianie tam mieszkają, że znikają gatunki dzikich zwierząt, że to zaburza cały ekosystem Ziemi. Palenie Amazonii to katastrofa. Chciałam tam film robić. Może wrócę do tego – dobrze, że rozmawiamy.

Fascynuje cię też technologia. Na przykład 400 Bilion Planets kręciłaś w obserwatorium astronomicznym, gdzie znajduje się największy teleskop na świecie. Nie masz poczucia, że wydajemy wielkie pieniądze na badanie kosmosu, a nie mamy wystarczającej wiedzy o Ziemi? 

Myślę, że są naukowcy od bioróżnorodności i są ci, którzy badają kosmos. Nie jest tak, że nie badamy ziemi czy mórz i oceanów, ale te odkrycia często zostają w świecie naukowym. Kiedy pracowałam nad filmem Pamięć lodowców, rozmawiałam z naukowcem, który robi testy robotów na Marsie. Musimy badać kosmos, bo jesteśmy jego częścią, tam jest odpowiedź na pytanie o nasze pochodzenie. Z dotychczasowych badań wynika, że jesteśmy z Marsa.

Dziękujemy!

O, Lie on Me, dokumentacja wystawy, fot. Bartosz Górka

Co to konkretnie znaczy? 

Mars był bardzo podobną planetą do ziemi, tamtejsza cywilizacja wyginęła. Są na to prawie stu- procentowe dowody. Ale dotąd nie wiadomo, co się stało. Jest też misja kosmiczna na Merkurego – badania mają odkryć genezę układu słonecznego, bo to planeta położona najbliżej Słońca. Ponad rok pracowałam z Europejską Agencję Kosmiczną we współpracy z Japońską Agencją Badań Kosmicznych nad filmem Bepicolombo. To właśnie nazwa misji kosmicznej na Merkurym, która rozpoczęła się w październiku 2018 roku. Za kilka lat wokół planety będą krążyć dwa orbitery. Wiele osób, które poznałam w trakcie pracy nad tym filmem, opowiada o dziwnych zjawiskach. 

W filmie Zone Yonaguni zrobionym na zachodnim wybrzeżu Australii, gdzie pod wodą odkryto tajemnicze monumenty, stawiasz pytanie: czy to pomnik natury – dawny kontynent,  miasto zbudowane ręką człowieka, czy…

… jeszcze co innego. Geolog Masaaki Kimura badał to miejsce trzydzieści pięć lat i nie doszedł tego. Nie jestem jedyna, która chce odkryć prawdę: czy jesteśmy sami, czy bóg istnieje? Jakie mamy pochodzenie? Co jest po śmierci? 

Udało ci się, choćby w jakimś stopniu? 

Cały czas próbuję. Czerpię z nauki, mitów, wierzeń różnych ludów, filozofii, duchowości. Dzień po śmierci mojej mamy przyjechałam do Warszawy pracować nad wystawą w Zamku Ujazdowskim. Czułam, że mama mi towarzyszy, jest przy mnie. Mój pies szczekał na łóżko, a to jest pies nieszczękający. Ale może to moja głowa? Nie wiem. Wierzę, że energia po śmierci gdzieś jest, oczywiście z czasem odchodzi. Znalazłam „przeklęty” dom w Stanach, dwie godziny od Nowego Jorku. Coś tam się stało, krążą legendy. Przyjeżdżają tam różne osoby – spirytyści, badacze zjawisk paranormalnych, ale dotąd nie wiadomo, o co chodzi. Od trzech lat pracuję nad tym z Jarkiem Lubiakiem. Ale teraz rodzina sprzedała ten dom i nie wiem, czy nam się uda skończyć projekt. Śmierć, co po śmierci – chciałabym to w jakiś sposób pokazać. 

Sama igrasz ze śmiercią. 

Tak, byłam w Fukushimie po katastrofie, byłam w Czarnobylu. To były nieprzyjemne i niebezpieczne podróże. Naraziłam się na promieniowanie. Radioaktywność jest zmienna – w jednym miejscu jest w normie, a kilkadziesiąt metrów dalej może być niebezpiecznie przekroczona – często czujniki moich „przewodników” po strefie wyły. Jak dostanę raka, to wiem dlaczego. Mogę sobie na to pozwolić, nie założyłam swojej rodziny. Jestem oddana temu, co robię. Chciałam robić filmy od siódmego roku życia. Nie miałam wejścia do filmówki w Paryżu. Tam trzeba pochodzić z dobrej rodziny, znać ludzi, a ja przyjechałam z Polski, nawet nie znałam języka. Byłyśmy same z mamą. Było ciężko, pracowałam, żeby opłacić swoje wykształcenie. 

Masz poczucie, że odniosłaś sukces?

Pokazuję prace jako artystka, bo tak trzeba, ale w życiu prywatnym w ogóle nie mam śmiałości. Jestem skromna. Brakuje mi pewności siebie. Jestem często niezadowolona z siebie. Krytyczna. Sztuka mnie wyciąga trochę. Wydaje mi się, że mam problemy z emocjami. One dopiero wychodzą w mojej sztuce. Są bardzo ważne. Uważam, że są najpiękniejszą rzeczą u człowieka. Jak uda mi się kogoś wzruszyć swoją sztuką, uważam to za wielki sukces.

Oprócz filmów pokazujesz zazwyczaj rzeźby. Robisz je z wosku. Dlaczego?

Wosk trochę przypomina ciało. Jest delikatny, śliski. Zmienia kolor. Najpierw jest żółty, a potem biały, wtedy staje się wyjątkowo piękny. Trzeba go raz na miesiąc konserwować olejem. 

Czyli trzeba dbać o twoje prace.

Co roku, latem, odzywają się do mnie kolekcjonerzy, którzy kupili moje rzeźby. Piszą, że całe wakacje myślą o nich. I o to chodzi. Wysyłają mi zdjęcia rzeźb głów schowanych w lodówkach. To zabawne! Boją się, że głowy stopnieją, ale to na razie niemożliwe – musiałaby być przechowywane w temperaturze powyżej sześćdziesięciu stopni lub stać na słońcu. 

Dziękujemy!

O, Lie on Me, dokumentacja wystawy, fot. Bartosz Górka

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.