Błoto to przyszłość. Rozmowa z grupą Centrala
( 27.12.2024 )
Planują stworzyć w Warszawie parki mokradłowe. „To obowiązek Warszawy, by wykupić te tereny od prywatnych właścicieli i ochronić przed osuszaniem i zabudowaniem”. Joanna Ruszczyk rozmawia z grupą projektantów i architektów Centrala.
Redakcja przedstawia THE BEST OF MINT 2024 – w podwójnym numerze znajdziecie dwanaście tekstów z ostatniego roku, które najbardziej wam się podobały.
Rozmowa Joanny Ruszczyk ukazała się w 25. numerze tygodnika Mint.
Pada. Śnieg z deszczem?
Małgorzata Kuciewicz: Albo deszcz ze śniegiem. Nie byłam na zewnątrz, więc trudno mi powiedzieć. Podoba mi się ta różnorodność w nazywaniu zjawisk atmosferycznych i to, że meteorolodzy odróżniają na przykład gołoledź od ślizgawicy. My na koniec widzimy to samo, ale oni zwracają uwagę na genezę zjawiska.
Czyli?
M.K.: Gołoledź jest wtedy, kiedy opad jest mrożony zmarźniętą ziemią, a ślizgawica odwrotnie – kiedy zimne powietrze mrozi ziemię. Zbieramy teraz różne mrozowe określenia: „szadź”, „szron”, „lodowica”, czyli zamarzanie mgły, „mróz biały”, czyli zamarznięta rosa, „zamróz” – zamarznięta para na murze, „szreń”. Bardzo nas wzruszyła „sędzielizna”, szron na sierści zwierząt.
Jesteście architektami, a nie językoznawcami. Skąd to zamiłowanie do rzadkich słów?
M.K.: Język to repozytorium, inspiruje nas. Budujemy projekty w oparciu o te odzyskiwane nazwy. Większość z nich, mimo że nie są używane na co dzień, kojarzy się z tymi zjawiskami. Na rozpoznaniu nazw deszczu oparliśmy projekt prezentowany na Biennale Architektury w Wenecji w 2018 roku. Nasz pawilon „podkręcał” siedem typów mazowieckich opadów, wzmacniał ich odczuwanie. Był na przykład segment o siewce – to taki letni deszcz, który pada falami, tak jakby ktoś obsiewał pole. To czasami widać latem, na przykład na jezdni. Inne nawiązywały do dżdży, kapaniny, trzaskawicy czy siekawicy. Nie wszystkich tych opadów będziemy doświadczać, bo one zanikają. Najczęściej mamy jedną wielką ulewę, a nie różne rodzaje albo poszczególne stadia.
Oglądaliście serial 1670? Polska tam błotem stoi. Błoto jest symbolem zacofania, biedy, przedmiotem żartu. A wy proponujecie miasto błota jako wizję przyszłości. Czym jest dla was błoto?
M.K.: Przywilejem. Cennym zasobem. „Miasto nasiąkliwe” jest łatwiejsze do przełknięcia dla ludzi niż „miasto błota”. Ale nie ma co się wybielać: mieszkamy na Mazowszu, które się zawsze mazało. Jedliśmy kotewkę i piliśmy z tataraku nalewkę. Teraz jesteśmy odczepieni od tej przeszłości. Najłatwiej chyba wytłumaczyć błoto donicami z liliami wodnymi, o które dbamy w kilku miejscach, między innymi przed Zachętą i Pałacem Kultury i Nauki.
Teraz lilie zimują pod warstwą gnijących liści z parku, w maju je odkopiemy i zalejemy wodą z jeziora. Przez pierwsze dwa tygodnie będzie błocko. Bąblowanie. Nikomu się to nie podoba. Na jednej doniczce ktoś nam nawet flamastrem napisał „Co to za syf?”. Ale po dwóch tygodniach pojawiają się pierwsze liście i nagle jest się zachwyt jak w Nocach i dniach. Jak się patrzy na błoto statycznie, to widzi się brzydki obrazek. Ale jeśli zaczniemy je postrzegać w kontekście całego cyklu przyrodniczego, to widać, jak bardzo jest potrzebne. Musimy mniej wycinkowo patrzeć na zjawiska w przyrodzie i docenić brudne procesy. To dotyczy też gnicia. Musimy przyzwalać przyrodzie wyglądać nieatrakcyjnie.
Pawilon deszczy, projekt: Centrala
Uwielbiacie wodę. Chcecie tworzyć parki mokradłowe w Warszawie.
Simone De Iacobis: Są wytyczne projektowania krajobrazu w miastach, których teren dawniej obejmował mokradła, a Warszawa jest właśnie takim miastem. Park mokradłowy bierze pod uwagę to niesamowite środowisko, jakim są mokradła.
M.K.: Planujemy taki park na Sadurce, pomiędzy ulicą Asfaltową i Gucin Gajem. Nad Wisłą też. Zakole Wawerskie! To jest obowiązek Warszawy, żeby ten teren wykupić od prywatnych właścicieli i ochronić przed osuszaniem i zabudowaniem.
Jak taki park miałby wyglądać?
M.K.: Nad Sadurką jest rezerwat. To teren chroniony strefą skarpy warszawskiej – modelowy przykład, jak na podskarpiu zbiera się woda. Park mógłby być terenem o różnym stopniu dostępności dla mieszkańców. Pierwszy stopień to rezerwat, który chronią przepisy, i nie powinniśmy tam wchodzić z psem. Kolejny to teren, gdzie może powstać infrastruktura nadwodna: kładki, wodne ogródki działkowe, stacje edukacji czy błotlizny dla dzieci, gdzie można taplać się w błocie. Gucin Gaj byłby bardziej uregulowany i nawiązywałby do historii Pałacu Wilanowskiego.
Widziałam wizualizację waszego projektu parku nad Wisłą. Rozlewisko. Kładki, wodny transport. Wygląda świetnie, ale trudno uwierzyć, że tak mogłaby wyglądać Warszawa.
M.K.: Projekt mokradła nad Wisłą powstał w 2018 roku i był prowokacją. Wydawał nam się wtedy fikcją klimatyczną – chodziło o zalewanie działek na ulicy Kinowej. Zaproponowaliśmy zrobienie mokradła na starorzeczach Wisły poprzez wpuszczanie w kontrolowany sposób wód wezbraniowych do struktury miasta. Temat mokradeł w mieście był nowością. Chcieliśmy pokazać, że po pierwsze, jako społeczeństwo, nie wiemy, czym jest bagno i nie znamy mokradłowych siedlisk. Nie rozumiemy różnic pomiędzy turzycowiskiem, sitowiskiem czy wiklinowiskiem. Po drugie zależało nam na tym, by bagno docenić, bo największym problemem Warszawy jest wysychanie. Musimy myślec o retencji wody i traktować przeszłe nazwy terenów bagiennych jak legendy przyszłości. Każda zatrzymana w mieście woda jest cenna.
S.I.: To była próba zmiany relacji z Wisłą, która nie jest linią na mapie, a dużym obszarem. Wciąż postrzegamy rzekę jako zagrożenie, oddzielamy się od niej wałami, betonujemy ją – to historyczny strach. Zamiast tego warto dostrzec potencjał, który wiąże się z wzbieraniem i rozlewaniem się rzeki. Warszawa jest miastem bardzo rozproszonym, zielonym – można potraktować niektóre jej dzielnice jako miękkie części miasta i pozwalać rzece tam wylewać.
Pojemnik na roślinność wodną
Proponujecie otwarcie na wodę, a przecież architektura ma chronić od wody.
M.K.: Woda jest najlepszą partnerką, jeśli chodzi o rozmontowywanie modernizacyjnych mitów, bo jest żywiołem niszczącym, jeśli się ją mocno reguluje. Wiemy już, jakie są konsekwencje inżynieryjnego podejścia do rzek. W czerwcu w Zodiaku odbędzie się wystawa „Architektki”, na której z młodą architektką Basią Sancewicz chcemy opowiedzieć o zespole „Wisła”, czyli projektantkach tworzących rekreacyjne przestrzenie w systemie wodnym Warszawy w latach siedemdziesiątych. To ciekawe postaci, bo mimo odgórnie narzuconego myślenia o rzece jako kanale transportowym, zachowały czujność i myślały o ochronie łęgów, siedlisk. Basia przygląda się też językowi związanemu z Wisłą. Znalazła piękne powiedzenie: „Każdy urodził się, płynąc”.
S.I.: Chcemy odświeżyć perspektywę patrzenia na Wisłę, traktować ją jako organizm w skali regionu, największą mieszkankę, a nie lustro płynące przez miasto. Wisła jest wszędzie. Wszyscy mieszkamy nad Wisłą. Jest teraz trend, żeby nadawać rzekom status osoby prawnej. Ale przyrodnicy, z którymi współpracujemy przy tematach mokradłowych, są temu przeciwni, bo uważają, że rzeka nie ma końca, jest w wiecznej cyrkulacji, jest parą wodną, jest pod ziemią. Jest wszędzie. Uważają, że cała przyroda powinna mieć tożsamość prawną.
A tymczasem w Warszawie kolejne tereny zalewowe są zabudowywane, a jeszcze niedawno miasto powiększało wiślany wał przeciwpowodziowy, wycinając drzewa…
M.K.: Wierzymy, że przebudowa wspólnej wyobraźni pośrednio wpływa na zmianę. Mamy to sprawdzone, dziesięć lat temu mówiliśmy o Uśmiechu Warszawy – to układ ulic w centrum. Wprowadziliśmy tę nazwę do języka, a teraz miasto realizuje projekt z tym związany.
I.S.: Jesteśmy cierpliwi. W 2018 roku śmiano się z bagna miejskiego, a dzisiaj jest już oczywiste, że może istnieć park mokradłowy. Na międzynarodowych debatach architektów mówi się o podziale na brown field i green field. Tereny brązowe to te, które były już zabudowane w jakikolwiek sposób i na nich trzeba budować – a nie na terenach zielonych.
Czyli wasze projekty są realne? Jak reaguje na nie środowisko architektów w Polsce?
M.K.: Realne, ale niezamówione.
S.I.: Spekulatywne. Liczymy, że niektóre uda się zrealizować, ale najbardziej zależy nam na wprowadzeniu różnych tematów do dyskusji. W Polsce wciąż jest przeświadczenie, że architekt obsługuje proces inwestycyjny i działa w logice rynku. Budynki są formą kapitału.
M.K.: Kiedy w 2018 roku w kontekście wystawy „Amplifikacja natury” mówiliśmy, że nie wolno budować na oślep, środowisko architektów uważało, że nasz głos jest nieistotny i spoza dyscypliny. Teraz wszyscy już rozumieją, jak kosztowny środowiskowo jest proces budowlany. Musimy budować, tylko jak robić to najrzadziej i z czego? W grę wchodzi już recykling materiałów, projektowanie rozbiórek, wprowadzanie z powrotem do obiegu na przykład rumoszu budowlanego. W dyskusji o architekturze to już dominujący nurt – musimy przemodelować, z czego budujemy.
Widać wielką zmianę generacyjną. Rozmawianie z młodymi architektami i architektkami o renaturyzacji, zdziczaniu miasta, oddaniu kontroli naturze nie jest kłopotem. Nie ma zdziwienia, że mówimy o metabolizmie architektury, o gnijących materiałach jako nowej ornamentyce, o bio-patynie. Mit wiecznej trwałości w tych rozmowach upada. Ta młoda fala też nas zmiecie w pewnym momencie.
S.I.: Młodzi architekci nie chcą służyć deweloperom, rozumieją, że przyszłość powinna być inna. Śledzą impulsy międzynarodowe. Na międzynarodowych platformach wymiany idei, jak na przykład europejska LINA, zgłoszenia bardzo rzadko dotyczą budynków, a jeśli są to budynki, to regenerujące przyrodę.
Czego dotyczą?
S.I.: Przepiękny był hiszpański projekt architektury dla pogorzelisk. Chodziło o wykorzystywanie materiałów ze spalonych domów, ale w taki sposób, żeby rozpocząć regenerację zniszczonego terenu. Z kolei architekci ze Skandynawii zaproponowali śledzenie zanieczyszczeń środowiska. Chcą robić monitoring zmian w środowisku przy użyciu narzędzi architektonicznych, na przykład renderowanych analiz przestrzennych, i zgłaszać to do organizacji typu Greenpeace. To projekt łączący architekturę z prawem, z ochroną środowiska.
A wy? Jesteście pomiędzy architekturą i sztuką?
M.K.: Jest ciekawiej, podobno jesteśmy postartystami. Mnie się podobało określenie Sebastiana Cichockiego, że jesteśmy uciekinierami z pola architektury.
Tak się czujecie?
M.K.: Dziedzina się poszerza. Wystawy, obok spacerów, są jednym z ważniejszych mediów, za pomocą których możemy pokazywać swoje projekty. Jesteśmy sprzężeni ze światem kultury i przez indukcję nasiąkliśmy już odwagą prowokowania różnych wydarzeń. Nie czujemy frustracji, gdy nasze projekty idą do szuflady, bo widzimy, jak zmieniają debatę publiczną. „Pawilon deszczy” świetnie się sprawdził, bo ludzie rzeczywiście rozmawiali o deszczu.
Pawilon deszczy, rys. Hania Podładowska
Nad czym teraz pracujecie?
M.K.: Robimy projekt o zjawiskach niebnych, czyli optycznych zjawiskach atmosferycznych. Dotarliśmy na przykład do opisów zjawisk zmrokowych dla Warszawy z 1912 i 1916 roku i będziemy porównywać, na ile się zmieniły. Zaczęliśmy od cienia ziemi.
Jak wygląda? Nigdy nie słyszałam o cieniu ziemi.
M.K.: Dużo osób myli go ze smogiem, bo przypomina szary segment na niebie, a nad nim widzimy poblask od słońca. To zjawisko kiedyś nazywało się „różowy rąbek”. Codziennie następuje ulotny moment, kiedy widzimy cień planety. Kiedy ludzie odkryją to i rozumieją, co widzą, dostają efektu „oglądu” wręcz, jak kosmonauci. Widzą planetę jako jedność. Tego się już się nie odzobaczy. Dobrym punktem obserwacyjnym są mosty.
S.I.: Teraz naszą fascynacją są nowe chmury. Projektujemy rozproszone obserwatorium społeczne dla Warszawy. Będziemy proponować budowę miejskich struktur, które pozwolą obserwować te niebne zjawiska.
Ludzie są dzisiaj odcięci od natury. Sami mówicie, że na spacerach, które prowadzicie, na pytanie, skąd wieje wiatr, dzieci patrzą w telefony, zamiast poczuć go na twarzy i na włosach albo wyciągnąć palec.
M.K.: Chcemy pokazać, że możliwość uważnego bycia w świecie to nowy luksus. Jak kuchnia sezonowa – nie każdego stać, żeby żyć w sprzężeniu z lokalnym rynkiem i gotować sobie zdrowe jedzenie. To przywilej i tak samo przywilejem, szczególnie w mieście, jest życie w uważności, w kontakcie z przyrodą. Prowadzimy warsztaty dla studentów w Charkowskiej Szkole Architektury i widzimy, że w największym kryzysie, w wojnie, oni myślą o współmieszkańcach miasta – o zwierzętach, w ogóle o przyrodzie, bo ona w ich percepcji jest jednak jakąś stałą, pomimo katastrofy klimatycznej. Mimo wojny ptaki zaczęły śpiewać tamtej wiosny. To było dla nich bardzo kojące. Czerpali z tego siłę.
Tymczasem ostatnio w Warszawie miasto wycięło wiele drzew w ramach rewitalizacji stadionu Skra.
M.K.: Trzeba obserwować prace planistyczne i reagować wcześniej. Są obudowane różnymi bezpiecznikami, które dają możliwość negocjacji. Były uchwalane plany zagospodarowania przestrzennego, konsultacje, konkursy… Było parę lat, żeby zawalczyć, zamiast teraz lamentować. Tak samo było z Parkiem Krasińskim.
Przyglądacie się? Reagujecie?
M.K.: Czasami opiniujemy przyrodnicze tematy dla miasta. Udało się na przykład zadbać o przyrodę i relikty założenia architektonicznego na terenie Warszawianki.