„Wycinka”, reż. Krystian Lupa, fot. A. Petrovych/TVP
„Wycinka”, reż. Krystian Lupa, fot. A. Petrovych/TVP

Bycie człowiekiem oznacza bycie ludojadem. O „Wycince” Krystiana Lupy

( 11.12.2025 )

Telewizyjna „Wycinka” Krystiana Lupy na podstawie „Wycinki” Thomasa Bernharda jest spektaklem przeznaczonym dla osób, które nie czytały tej powieści nigdy albo czytały ją bardzo dawno temu. Komuś takiemu łatwo zatem wmówić, że to, co ogląda jest „Wycinką” Bernharda tyle że w inscenizacji Lupy, powszechnie uchodzącego za wielbiciela i znawcę Bernharda.

Rzecz w tym, że „Wycinka” Bernharda a „Wycinka” Lupy mają się do siebie tak, jak cień obiektu do obiektu samego – przekład, efekciarski i wybiórczy, do oryginału. Lecz my, którzy czytaliśmy Bernharda, w dodatku – całego, od „Amras” po „Zaburzenie”, co więcej – przeczytaliśmy każdą z jego książek więcej niż raz, dwa, trzy, cztery razy, i czytamy je dalej, a to „Mróz”, a to „Korektę”, a to „Chodzenie”, a to choć kilkanaście filozoficznych stron z „Autobiografii” przed snem albo w podróży skrajem ciemnych lasów bukowych i pól kukurydzy, wiemy czym jest „Wycinka”, ta bernhardowska, dzięki czemu wiemy zarazem czym nie jest „Wycinka” Lupy.    

„Wycinka” Bernharda to po mistrzowsku skonstruowana powieść, w której z morderczą precyzją i konsekwencją przeplatają się trzy najważniejsze tematy. Główny, a więc późna kolacja w domostwie Auersbergerów z udziałem podupadłej już socjety artystycznej Wiednia, i dwa reminiscencyjne. Pierwszy z nich dotyczy tragicznego żywota i śmierci Joany, niegdysiejszej przyjaciółki narratora, aktorki i tancerki bez sukcesów,oraz szok, jaki wywołały jej samobójstwo i pogrzeb w prowincjonalnym Kilb, i temat reminiscencyjny odległy. W drugim narrator powraca do swojej młodości, fascynacji Auersbergerami, wtedy – protektorami, bratnimi duszami, inspiracją. Wspomina, jak był przez nich wykorzystywany i dlaczego musiało dojść do burzliwego rozstania pomiędzy nimi. Z okrutną szczerością 0cenia  ów czas z perspektywy dojrzałego, tokującego wewnętrznie mężczyzny. W rezultacie „Wycinka” to nie tyle fabuła, co stały napór zdań i myśl. Przez głowę narratora „Wycinki” przetacza się przeszłość, jego, ich, wspólna, i to napawające grozą i odrażające dziś: noc u Auersbergerów, w którym z uszatego fotela wygodnie ulokowanego na skos i w półmroku obserwuje pokaz megalomanii, demonstrację tępoty, jatkę urażonych i rozżalonych, seans zdychania wyliniałych istot wiedeńskich.

Dziękujemy!

„Wycinka”, reż. Krystian Lupa, fot. A. Petrovych/TVP

Proces ludojada

Lecz wbrew obiegowym interpretacjom, to nie krytyka elitki i nie szyderczy, bezlitosny sąd nad artystami niedorastającymi do rojeń o własnym talencie jest sednem „Wycinki”. Powieść jest rozprawą narratora z samym sobą. To siebie zawlókł on przed trybunał, a oni – epigoni Weberna, Stein i Woolf, klakierzy władzy, popychadła systemu, zblakłe sławy Wiednia i okolic, odstręczający cwaniacy – są materiałem dowodowym, tomami zeznań. Narrator „Wycinki” oskarża siebie nie o jakieś napuszone zaprzaństwo wobec Sztuki czy Powinności Intelektualisty, ale o bycie człowiekiem. Bycie człowiekiem, zwłaszcza w porządku mieszczańsko-kapitalistycznym, oznacza bycie ludojadem. To życie i przeżycie kosztem innych. Dzięki czyimś pieniądzom, opiece, miłości, koneksjom, zaangażowaniu, mądrości. To używanie i zużywanie innych. Używanie i zużywanie przez innych. Porzucanie i bycie porzuconym. „«Co za wstrętny człowiek z ciebie», powiedziałem sobie i równocześnie w sobie, tak że nikt nie mógł tego usłyszeć, i powtarzałem to raz po raz z coraz większą ekscytacją”.

Oskarżyciel jest ostatecznie równie nikczemny i wstrętny, jak ci, których oskarża. Stąd potrzeba kumulacji aż takiej ohydy, żeby na końcu postawić między sobą a nimi znak równości. Dlatego narrator „Wycinki” godzinami znęcał się nad swoimi byłymi idolami i towarzyszami, wpychał ich do gabinetu luster, obnażał i obrażał, deprecjonował. Po wszystkim może w spokoju i odważnie skonstatować – „w ogóle nie jesteśmy ani trochę lepsi od tych, którzy ciągle wydają nam się nieznośni, wstrętni, odstręczający, z którymi chcemy mieć jak najmniej do czynienia, podczas gdy przecież, bądźmy szczerzy, mamy nieustannie z nimi do czynienia i jesteśmy tacy sami jak oni”.

Co pozostaje? Opuszczenie bladym świtem inferna przesiąkniętego wonią sandacza balatońskiego i wody kolońskiej parującej ze stada pozerów. Gombrowiczowska ucieczka – szalony bieg opustoszałymi ulicami miasta, by nie snuć dłużej pajęczyny win, pretensji i denuncjacji, nie toczyć jadu, nie gapić się na widma ludzi i czasów. Tylko gonitwa przed siebie do utraty tchu. Albo… napisanie, „zaraz i natychmiast”, o wydarzeniach minionej nocy, uwiecznienie na papierze, w książce, w umysłach czytelników prawdy o nas; o byciu uwięzionym w cyklu: żerowanie na bliźnich-skrucha-żerowanie-skrucha-żerowanie.   

Jedna czwarta doby

To „Wycinka” Bernharda. „Wycinka” Lupy na podstawie „Wycinki” Bernharda to bite trzy godziny międlenia problematu sztuki i bycia artystą oraz pompatyczne dialogi o śmierci. Dla przeciwwagi wprowadzono fajerwerki inteligenckiego humorku rodem z „Kwiatków polskich” – jak wtedy, gdy młodzi literaci o jakże symbolicznych personaliach James i Joyce nie znają „Portretu artysty z czasów młodości” i nie wiedzą czym jest „Ulisses”.

*Reklama

Powinniśmy się cieszyć, że telewizyjna „Wycinka” Lupy trwa zaledwie trzy godziny, bo już teatralna jej wersja ciągnęła się przez cztery, a Mistrz znany jest przecież ze spektakli długich, o wiele dłuższych, żeby nie powiedzieć najdłuższych. Niektóre z nich to maratony teatralne i myślowe zajmujące jedną czwartą doby. Wolę sobie nie wyobrażać „Wycinki” Bernharda granej pomiędzy 20:30 a 2 w nocy, bo już trzygodzinna „Wycinka” telewizyjna Lupy zamienia się często w próbę cierpliwości widza. Z rozpętanego przez Bernharda huraganu zostaje niewiele. Niczego tu się nie niszczy, nie gruchoce, nie wywraca i nie porywa w dal. Powietrze stoi.

*Reklama

Dość przyjrzeć się małżeństwu Auersbergerów. Jakiż niewykorzystany potencjał! Jego (w tej roli Wojciech Ziemiański) Lupa oddał w tonacji najłatwiejszej, bo żulerskiej – agresywny, bełkotliwy, pijany, nieświeży. Na podobne zdruzgotane charaktery można natknąć się u wlotu rur ciepłowniczych, w miejskich parkach, na dworcach kolejowych i autobusowych. Ona (w tej roli Halina Rasiakówna) z kolei to tępa matrona, której całe zadanie polega na przemieszczaniu się pomiędzy gośćmi i skandowaniu banałów. Czy da się w nich zobaczyć parę, która niegdyś oczarowała narratora – w „Wycince” Lupy zwanego niewymyślnie i wprost „Thomasem”, w „Wycince” Bernharda pozostającego bezimiennym – duet wampirów, który wyssał z niego życiowy sok, dwugłowy powód jego nieustającej kanonady nienawiści, obiekt niezaleczonej obsesji, wrogów, których należy wreszcie pokonać? Czy na tym polega ich środowiskowa moc, że Auersberger robi sobie podśmiechujki z emfatycznego aktora Teatru Narodowego (w tej roli Jan Frycz), gwiazdy tej kolacji, Auersbergerowa fuka zaś na kucharkę?

Nie powinno zbywać się konkretu. A Bernhard wykłada ów konkret wnikliwie na kilku stronach „Wycinki”, z których wynika niezbicie, że Auersbergerowie to ludzie bezwzględni, szczwani i umiejący o siebie doskonale zadbać. „[…] jak to możliwe, że Auersbergerowie, którzy nigdy nie zarobili ani grosza, nadal egzystują, i pomyślałem, jak nieprzebrane musiało być ich pierwotne bogactwo, że nawet po trzydziestu pięciu latach, które minęły od ich ślubu, są przez to bogactwo nie tylko chronieni i utrzymywani, ale jeszcze dziś, jak widzę, w dużej mierze rozpieszczani”. I dalej – „Źródłem jej bogactwa był między innymi szereg działek, które jej ojciec jeszcze w międzywojniu kupił za bezcen w okolicach Maria Zaal, między innymi również tak zwany dwór, w którym Auersbergerowie spędzają lato, gdy na Gentzgasse jest im zbyt duszno i zatęchle […]”. „Z działek tych Auersbergerowie żyją już niemal trzydzieści pięć lat”.       

Co więcej – po sprzedaży tych działek powstają na nich „szkaradne betonowe sześciany”, istne kolonie, przez co karyncki idylliczny krajobraz wokół Maria Zaal został bezpowrotnie zniszczony. Auersbergerowie mogą zgrywać mecenasów i mentorów, pod niejednym adresem udzielać schronienia młodym artystom, wydawać kolacje z szampanem i kartoflanką, „imitować arystokratów” i prowadzić salon, bo są po prostu zabezpieczonymi burżujami, a ich pozycji społecznej może zagrozić co najwyżej kataklizm rzędu wojny bądź rewolucji. Dlatego inni tak do nich lgnęli i lgną, ci w potrzebie, jeszcze niedocenieni albo już niedoceniani. Przegrani i początkujący mają zasadniczo dwie możliwości do wyboru – albo kolaborować z państwem i nagiąć się do wymogów instytucjonalnych, albo ukorzyć się przed Auersbergerostwem i współuczestniczyć w ich bufonadach.

Dziękujemy!

„Wycinka”, reż. Krystian Lupa, fot. A. Petrovych/TVP

Maszyna do resentymentu

Narrator „Wycinki” Bernharda jest niezmordowaną maszyną resentymentu. Z przeszłości i ze swojego wnętrza dobywa seriami kolejne zaznane afronty, nieprzepracowane traumy, przewiny tych, na których bez ustanku patrzy, ich zdrady, hipokryzję, idiotyzmy, blamaże, klęski. Nie ma dla nich litości, ale i nie oszczędza własnej osoby. To ktoś słaby, interesowny i podły, kto wie o tym i o tym mówi. Dlatego jest tak fascynującą i wiarygodna figurą w powieści. Natomiast w „Wycince” Lupy (w tej roli Piotr Skiba) będzie on człowiekiem rozgoryczonym, nie wściekłym – nie zajadłym. Będzie księgowym w garniturze, który rachuje krzywdy i powtarza je na głos w trakcie zliczania. Nie będzie szydził, będzie się frasował. Narrator „Wycinki” Bernharda jest potworem w gościnie u potworów, Thomas u Lupy grany przez Skibę już tylko zatroskanym moralistą. Jego zbolałe komentarze są idealny podkładem do tego party zombiaków, opieszałego strojenia min i dialogowania jakby na farmakologicznym spowalniaczu.

Dziękujemy!
( Esej ) ( Felieton ) ( Ziemowit Szczerek )

Jak ogarnąć kulturalną patusiarnię?

Nie będę ukrywał, że do Bernharda i wielu jego książek, w tym oczywiście „Wycinki”, mam stosunek nabożny. Dlatego z rosnącą irytacją i zniechęceniem przyswajałem „Wycinkę” Lupy, bo okazało się, że „Wycinka” Lupy to „Wycinka” Bernharda plus mnóstwo wtrętów… A mianowicie – co podaję za komunikatem ze strony TVP – „apokryfy: Krystian Lupa i improwizacje aktorskie; cytaty z dzieł: Jeannie Ebner i Friederike Mayröcker; myśli Joany w Sebastiansplatz: Verena Lercher (Graz)”.

Dziękujemy!

„Wycinka”, reż. Krystian Lupa, fot. A. Petrovych/TVP

W efekcie zamiast głosu Bernharda mocnego niczym stal otrzymujemy polifonię z przewagami fałszu tam, gdzie kwestię z „Wycinki” czy opis z „Wycinki” zastąpiono wyimkami z twórczości kogoś niebędącego Bernhardem. Słuchamy więc a to o żółtym motylku, a to o koncercie jazzowym, a to ukrzyżowaniu, a to o tłustym ciele matki czy że ksiądz wziął cztery tysiące. Ktoś oświadcza z powagą „et in arcadia ego”, komuś przelewa się bądź wlewa ciemność. Dowiaduję się ponadto, że „śmierć jest rodzajem cudu”. Nie jestem zawodowym bernhardystą ani tłumaczem Bernharda, kimś, kto Bernharda zna na pamięć i wyrywki, ale nawet ja, nie bernhardysta i nie tłumacz Bernharda, omal w mig wyłapywałem, kiedy i gdzie „Wycinka” telewizyjna idzie Bernhardem, a kiedy i gdzie – nim nie idzie. Ziejąca, bolesna różnica. Z drugiej strony nie jestem także człowiekiem teatru, do teatru nie chadzam, spektakli telewizyjnych nie oglądam, zatem może nie dość, iż jestem dyletantem teatralnym, to jeszcze i reprezentuję teatralne wstecznictwo – posiadam zupełnie konserwatywne oczekiwania wobec adaptacji teatralnej dzieł literackich, zwłaszcza autorstwa klasyków, którym ich własna śmierć odebrała prawo głosu i protestu. Może jest i tak, że odegranie symfonii Beethovena albo mszy Schuberta urozmaica się w dzisiejszych czasach dygresjami akustycznymi w spontanicznym wykonaniu dyrygenta, ewentualnie dyrygenta i mistrza oświetlenia, którzy sięgają po tamburyn lub keybord Casio i w ten sposób unowocześniają Piątą albo Deutsche Trauermesse. Kto wie, kto wie, nie przesądzam, bo prócz tego, że nie jestem z zawodu bernhardystą, tłumaczem Bernharda i człowiekiem teatru, nie jestem również tak zwanym melomanem, nie odwiedzam koncertowych sal.

Pożytek z „Wycinki” Lupy byłby choć taki, że za sprawą tej adaptacji powraca jedno z podstawowych i najtrudniejszych pytań bernhardowskich. Brzmi ono – co bylibyście w stanie wyrządzić w imię sztuki i za pomocą sztuki? Co zaryzykować, kogo stracić, na czyje cierpienie patrzeć, od kogo się odwrócić, u którego ministra, autorytetu czy kliki popaść w niełaskę? Jaka byłaby cena za wyrażenie siebie i prawdy o świecie – i kto by ją uregulował? Warto bowiem przypomnieć, że prawdziwy Auersberger nazywał się Lampersberg i wraz z żoną roztaczał nad młodym Bernhardem kuratelę mentorsko-finansową, a gdy rozpoznał siebie w „Auersbergerze” na kartach „Wycinki”, kabotynie, drapieżnym homoseksualiście, alkoholiku, wypalonym, drugorzędnym Webernie, to, jak napisała w „Między Placem bohaterów a Rechnitz” Monika Muskała, „dotknięty do żywego Lampersberg wytoczył Bernhardowi proces o zniesławienie. Powieść Bernharda została na kilka tygodni wycofana ze sprzedaży (co oczywiście stało się znakomitą reklamą, a sama książka była wówczas sprzedawana spod lady), literacki skandal szeroko komentowały media, a artykuły i listy do redakcji odczytywano jako powieściowy epilog, który dopisało życie. Fikcyjny Auersberger okazał się na tyle sugestywny, że zniszczył rzeczywistego Lampersberga, znaczącą postać artystycznej sceny, który wycofał się zupełnie z życia publicznego, pogrążył w samotności i alkoholu”.        

Oczywiście naiwnie zakładam, że żyjemy w epoce stawiania pytań oraz poszukiwania i udzielania odpowiedzi.      

(cytaty z „Wycinki” Thomasa Bernharda w przekładzie Moniki Muskały)

Dziękujemy!

„Wycinka”, reż. Krystian Lupa, fot. A. Petrovych/TVP

„Wycinka”, reż. Krystian Lupa, na podstawie „Wycinki” Thomasa Bernharda.

Premiera w Teatrze Telewizji: 01.12.2025 (cz.1), 08.12.2025 (cz.2)

Czas: 90 min. (cz. 1), 90 min. (cz.2)

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.