Małgorzata Rittersschild, „Wojna z Rosją V”, 2024, olej na płótnie, 100 x 80 cm, fot. Dariusz Latocha
Małgorzata Rittersschild, „Wojna z Rosją V”, 2024, olej na płótnie, 100 x 80 cm, fot. Dariusz Latocha

Teraz nie odpuszczę! Rozmowa z Małgorzatą Rittersschild

( 23.04.2026 )

Mam świadomość, że byłam wyrwana z wielu kontekstów i relacji — czuję samotność. A jednocześnie mam w sobie ten upór, ciężki jak kamień. Jakbym zamieniła niepewność i skłonność do zadawania wielu pytań w niezachwianą pewność.

Z artystką Małgorzatą Rittersschild rozmawiamy po wystawie „Zaglądanie co jest w środku” w Galerii Sezon. Jak to się stało, że po tak długiej przerwie wróciła do malowania i wystawiania? Dlaczego zniknęła? Jak się czuje w świecie sztuki dzisiaj? O pomijaniu i walce o swoje miejsce, i o czerwieni, na którą trudno patrzeć.

Przyznam, że dotąd nie znałam twojego malarstwa, odkryłam je teraz.

Malowałam intensywnie od 1983 do 1993 roku i brałam udział w ważnych wystawach tej dekady. To czas mojej obecności, przynależności i rozwoju. W 1989 roku urodziłam córkę, rozwiodłam się i stopniowo wycofywałam się ze środowiska artystycznego. Wyobrażam sobie, że przy porządnych alimentach mogłabym w nim zostać, ale musiałam pracować, żeby utrzymać rodzinę.

Są artystki, które właśnie z tego trudu robią sztukę. Pokazuje to na przykład wystawa „Chcemy całego życia” albo „Śluz” Joanny Fluder z dziesiątkami akwarel, które artystka latami robiła na stole kuchennym i dopełniała niezwykłą poezją w podpisach. Odnajduję w jej sztuce własne tropy i myśli niewyrażane latami. Zapisywałam niektóre w notatnikach i szkicownikach. Marika Kuźmicz, kuratorka mojej wystawy „Jaszczurka oznacza krótkotrwałe szczęście”, opowiedziała mi o artystkach, które zbyt długo nosiły w sobie podobną frustrację i zniszczyły swoje prace. Moje obrazy i papiery przeczekały w stanie nienaruszonym, tylko bardzo się zakurzyły.

okładka

Małgorzata Rittersschild, fot. Mikołaj Grynberg

Wystawiałaś w latach 80., miałaś wystawy indywidualne. Jak to się stało, że zniknęłaś ze świata sztuki?

Przez kilka dekad byłam pomijana. Przykład: w 2008 roku otworzyła się wystawa „Republika bananowa. Ekspresja lat 80.”, która jeździła przez rok po całej Polsce. Była odniesieniem do wystawy „Ekspresja lat 80.” Ryszarda Ziarkiewicza w Sopocie w 1986 roku. Ziarkiewicz wziął wtedy plecak i przejechał się po wszystkich artystach i artystkach w całej Polsce. „Republika bananowa” sprawdzała, co po latach słychać u tych osób, ale pominęła kilka z nich, między innymi mnie. Byłam też pomijana w opracowaniach naukowych. W Zachęcie moja teczka była prawie pusta. Wściekłam się w końcu po pokazie filmu Wernera Jerke „Siła sztuki” o Gruppie w Zachęcie w 2019 roku. Każde zignorowanie i wymazanie jest bolesne. Powiedziałam: dość! Odezwałam się do Rysia Grzyba, do Pawła Kowalewskiego – i poszło.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że nawet córka nie znała twojego malarstwa. Szok!

Moje prace zgromadziłam na strychu u mamy i zamknęłam. Skąd miała je znać? Z drugiej strony w pracy zarobkowej nie odeszłam od tworzenia, byłam graficzką, ilustratorką. Córka była pierwszą recenzentką moich prac dla dzieci i robiła świetne korekty: „mamo, ale przecież misie polarne mają uszy niżej”. Córka widziała mnie bardzo często przy pracy i sama ciągle rysowała. Jest muralistką.

Jak to się właściwie stało, że zaczęłaś znów malować i wystawiać?

Córka się usamodzielniła, wyleczyłam stany lękowe, obliczyłam, że niedługo umrę i postanowiłam wrócić do tego, co umiem i uwielbiam. Maluję od 2016 roku. Najpierw były niewielkie formaty, przywracanie wiary w proces — tytułowałam cykle „Próby (…)”,  „Ćwiczenia (…)”.  Pracowałam w ciszy i bez świadków do 2020 roku. Potem pojawiły się pomocne osoby, jak Marika Kuźmicz i Paweł Kowalewski. Zaczęłam wystawiać.

O swojej indywidualnej wystawie sprzed roku „Jaszczurka znaczy krótkotrwałe szczęście” w Fundacji Arton napisałaś na swoim profilu fejsbukowym, że wiele zmienia. Co zmieniła?

Uspokoiła mnie. Dobrze jest być widzianą.

Czujesz się beneficjentką zmian społecznych? Nurt herstories pomógł ci wrócić?

Wykluczyli mnie — to od razu herstoria!? Żartuję, ale z moją nieobecnością wiąże się za dużo zranień, żeby tylko to obśmiać. Dostosowywałam się do trudnego położenia i oddawałam pole, swoje miejsce. Rezygnowałam stopniowo z wielu rzeczy, w tym z malowania, co było dla mnie dramatyczne. Potem, nagle, za kolejnym zakrętem, zorientowałam się, że nie zadbałam o siebie. Jest nas tłum, to płeć kulturowa! Najwyższy czas na tę zmianę. Zdążyłam nie umrzeć. Jestem głównie beneficjentką tego, że przez dziesięć lat po studiach pracowałam i wystawiałam. Daję sobie prawo do zajęcia miejsca. Po przerwie. Teraz nie odpuszczę!

*Reklama

Jak się czujesz z tym powrotem?

Jestem entuzjastyczna, ale mam poczucie utraty: wydarzeń i wspólnoty. Więc jest smutek. Mam świadomość, że byłam wyrwana z wielu kontekstów i relacji — czuję samotność. A jednocześnie mam w sobie ten upór, ciężki jak kamień. Jakbym zamieniła niepewność i skłonność do zadawania wielu pytań w niezachwianą pewność.

Jestem też zaskoczona, bo zastałam inną rzeczywistość niż w latach 80. i 90. Wtedy się mnóstwo pracowało i wystawiało, ale nie było mowy o sprzedawaniu, a teraz mamy rynek sztuki.

Teraz mogłabyś się pewnie utrzymywać ze sztuki.

Kolekcjonerzy pytają, czy nie mam starych prac, i żałują, że się spóźnili. Ale ja żyję. Pracuję. Tworzę nowe prace i mam zaplanowane wystawy.

Niektóre twoje obrazy mają podwójne daty. Czy to znaczy, że je teraz kończysz?

Jak wyniosłam obrazy ze strychu, to okazało się, że niektóre są tylko naszkicowane, inne były zupełnie zniszczone, kilka zaginęło. Mam trochę niezrealizowanych obrazów w formie szkiców. Do niektórych wracam. Stęskniłam się za nimi. Część prac ostatnio się sprzedała, tak szybko, że nawet nie zdążyłam się z nimi oswoić.

Jest na przykład obraz „Kiełki-kły” z 1988 roku – jeden z tych obrazów, które zostały zniszczone. Namalowałam go ostatnio drugi raz.

Dziękujemy!

Małgorzata Rittersschild, „Kiełki-kły”, 1986-2024, olej na płótnie, 135 x 200 cm, fot. Dariusz Latocha

Jak go odczytać?

Ta praca jest o tym, że za jakiś czas doprowadzimy do wyginięcia naszego gatunku, ale potem przyroda odbije. Bez nas. Optymistyczny pesymizm? Pesymistyczny optymizm? To pomaga, bo kiedy uznasz, że świat idzie w złą stronę, a systemy są przemocowe, to pojawia się myśl: co ja z tym mogę zrobić? Już nie płaczę za każdym ściętym drzewem, a dawniej płakałam.

Wtedy, za komuny, nie myśleliśmy o globalnym niszczeniu środowiska. System komunistyczny miał wiele kontrastów, nie był przejrzysty, ale panowała narracja, że wszystko jest dobrze.

Na wystawie „Zaglądanie co jest w środku” w galerii Sezon są stare i nowe obrazy. Obraz „Co ptak ma w środku” namalowałaś na nowo, w negatywie. Dlaczego sięgasz tak wprost do starych prac?

Ptaki migrują u nas dwa razy w roku, od wieków, każdego roku. Dlaczego miałabym ich nie malować kolejny raz? Te obrazy są o tym. O rytmie, o cykliczności. O kolejnych pokoleniach.

Dziękujemy!

Małgorzata Rittersschild, „Co ma ptak w środku ”, 1988, tempera na papierze, 224 x 122 cm, fot. Bartosz Górka, kolekcja CU Art

Intryguje mnie ta niebieska kulka, która jest w ptaku. Pomyślałam, że niebieski symbolizuje duchowość, więc może te obrazy są o tym, że zwierzęta mają „duszę”, czyli świadomość, emocje?

Popatrz na dzieci, jak reagują instynktownie na przyrodę wokół – i trzeba naprawdę wielu starań, żeby je tego oduczyć. A to się niestety dzieje, bo antropomorfizujemy wszystko. Ubolewam nad brakiem edukacji przyrodniczej. Ja miałam szczęście żyć na peryferiach miasta, blisko natury. Byłam jako dziecko zabierana w dzikie miejsca. Marnieję bez kontaktu z naturą. Przekazałam to córce. To mocny background, do którego można się odnieść — podpisywać petycje, zająć się tym zawodowo albo aktywistycznie — przed dwoma laty brałam na przykład udział w pierwszej od kilkudziesięciu lat akcji liczenia sów w Warszawie.

Będziesz próbowała aktywizm łączyć ze sztuką? Artywizm?

Dziękujemy!
( Joanna Ruszczyk )

Mamy fajny zawód! Słowak i Jabłońska

Te tematy przejmują mnie do głębi serca i uważam, że są niewystarczająco reprezentowane. Świadomość współzależności jest niska, społecznie poszliśmy w pieniądz. W szkole brak zaczynu. Wciąż na przykład absurdalnie boimy się wilków. Premier mojego kraju oskarża bobry o powódź na Dolnym Śląsku. Na tęcznika liszkarza, chrząszcza przecudnej urody i konstrukcji, reagujemy „fu, jaki robal wstrętny” i nie mamy pojęcia o jego zdumiewających, nie do końca dla nas zrozumiałych, mechanizmach przetrwania.

Nie chcę skupiać się tylko na krzywdzie zwierząt, choć ręce opadają na to, co się dzieje. Punktowanie koszmaru hodowli zwierząt jest potrzebne, ale wydaje mi się, że będę podejmować te kwestie raczej afirmatywnie, jak Edwin Siwek, który buduje budki dla sowy pójdźki i jeździ z wykładami dla szkół po całej Polsce. Robi prawdziwie pozytywistyczną robotę.

Krajobraz Antarktydy”, „Czarny śnieg”prace, które można dzisiaj odczytać na nowo w kontekście środowiska. Widziałam film dokumentalny o miejscu w Rosji, gdzie jest tak ogromne zanieczyszczenie powietrza, że pada czarny śnieg. Te obrazy uruchamiają skojarzenia i działają w różnych kontekstach. Ty też je odkrywasz teraz na nowo?

Widzę, że działają w innych sytuacjach, a jednocześnie kontynuują tamte. Teraz na przykład maluję młodego humbaka, który zaplątał się rok temu w sieci w Międzyzdrojach. Ale warto też powiedzieć więcej o kontekście powstania tamtych obrazów. To lata 80., kiedy wielu ludzi nie mogło nigdzie wyjeżdżać. Był stan wojenny. Są o strachu i niepewności, tu ważna jest warstwa symboliczna, nie troska o naturę. Obrazy z ptakiem lub z jaszczurkami — są symboliczne i z troską.

Dziękujemy!

Małgorzata Rittersschild, „Krajobraz Antarktydy”, 1984, olej na płótnie, 150 x 130 cm, fot. Lidia Sokal, Dariusz Latocha

Malowałaś też obrazy kontestacyjne, na przykład „Pociąg do Rosji”, który teraz jakby reaktywowałaś w nowym cyklu.

To było dla mnie przełomowe, że wojna jest tak blisko i uciekający od niej ludzie przechodzą przez nasz dom. Miałam wtedy myśl, że skoro tam jest tak koszmarnie, to jakim prawem ja mam teraz obrazki malować? Ta wojna uruchomiła we mnie silne emocje, przyniosła lęk przed przemocą rosyjskiego cara — w pracach przywołuję przekazaną mi rodzinnie traumę II wojny światowej. Nieprzeżyta żałoba to rzeczywistość mojej rodziny i kraju. Dopiero po 1989 roku zaczęły się rzetelne badania, publikacje, książki — myślę tu na przykład o „Wielkiej trwodze” Marcina Zaręby czy „Chłopkach” Joanny Kuciel- Frydryszak, która musiała udźwignąć wtórną traumatyzację, bo po spotkaniach autorskich podchodziły do niej kobiety z kolejnymi opowieściami. Ostatnio Michał Bilewicz w „Traumalandzie” nazwał i uporządkował trudne, dziedziczone doświadczenia, do których docierałam wcześniej na terapii.

Namalowałaś nowy cykl „Wojna z Rosją”. Czerwone koło, może słońce.

Ta czerwień topi się w szarości. Forma koła jest urwana, przecięta. Fragment czernieje. Czy sczernieje  do końca, czy przeżyjemy? Myślałam w tych pracach też o tym, co robimy ze środowiskiem naturalnym, bo wojna obnaża to w istotny sposób. Miliardy wydawane na broń i wojsko, skażenie ziemi i morza. I tak już zagrożone wyginięciem delfiny z Morza Czarnego przez działanie sonarów, których używają okręty wojenne, gubią echolokację, nie odnajdują miejsc żerowania i umierają z głodu albo giną bezpośrednio od wybuchów.

Niektórzy aż nie mogą patrzeć na tę chłodną, straszną czerwień.

Dziękujemy!

Małgorzata Rittersschild, „Wojna z Rosją II”, 2024, olej na płótnie, 100 x 80 cm, fot. Dariusz Latocha

Mocno działa. Jest jak kula ognia. Powiedziałaś w jednym z wywiadów, że chcesz powiedzieć kolorem, ile się da. To ile się da?

Chyba wszystko. Sprawdzam. Ostatnio zastanawiam się, o co chodzi z niechęcią do koloru w młodym pokoleniu. Wydaje mi się, że to może zahaczać o opowieść o kapistach, dla których kolor był najważniejsza formą ekspresji. Przez dekady nazywano mistrzami, byli widziani jako biali mężczyźni u władzy – większość pełniła funkcje na uczelniach. Ten ogląd najprawdopodobniej wzmocnił się przez osiem lat władzy PIS-u, kiedy ważnymi instytucjami sztuki zawiadowało paru typów, którzy uważali się za genialnych malarzy i wystawiali tylko kolegów malarzy.

O czym jest obraz „Tajne wyjście z koloru”? Masz wątpliwości co do koloru?

Kolor mnie nigdy nie zawodzi, wątpliwości budzi za to cała reszta świata. „Tajne wyjście” było mi potrzebne do totalnie intymnego — bez założenia, że ktoś to kiedykolwiek zobaczy— powrotu. Potrzebowałam tych kwadratów i pól, żeby na nowo sprawdzić, co robią kolory.  A robią, co chcą. Robię założenie, że na przykład będzie oranż przechodzący w czerwień i zestawię go z czarniawym błękitem, ale okazuje się, że nie jest OK, że trzeba spróbować z innym kolorem. To jest splecione z intuicji, skojarzeń, doświadczeń.

Dręczy mnie błękit. Wraca do mnie. To barwa podstawowa, chłodna. Daje radę, patrz: z czerwienią – masz fiolet, a z żółtym daje zieleń. Mam tuby z podstawowymi kolorami plus biel i czerń. Dokupuje jeszcze musowo błękit pruski, zieleń szmaragdową i ciemną magentę. Z tego uzyskam każdy odcień. Mieszam kolory. Najpierw jestem brudna, a potem dopiero powstaje obraz. Takim trochę dzieckiem jestem, to jest rodzaj zabawy.

Dziękujemy!

Małgorzata Rittersschild, „Błękit w fiolecie [dech dusza z dychać]”, 1993, tempera na papierze, 120 x 120 cm, fot. Bartosz Górka, kolekcja CU Art 

Tylko zabawy?

Nie, biała płaszczyzna straszy, zanim do niej podejdę i zacznę malować. Robię rytuały, które potrafią trwać nawet kilka dni.

Dobrze robi mi osobisty kontakt z materią — zmysłowe obcowanie z farbą i światłem. To godziny tak skupione, że mijają jakby w bezczasie. Czas mi płynie inaczej. Malowanie daje mi ukojenie, przestaję być rozproszona, rzeczy wskakują na swoje miejsce. To kwestia koncentracji — koncentracja to jest wielka rzecz!

Dużo malujesz?

Maluję atakami. Ostatnio codziennie. Nie mogę się opędzić od chęci sprawdzenia różnych pomysłów, które zanotowałam.

Parafrazując tytuł twojego obrazu: co masz w środku?

Wiele zranień. Bywam w rozpaczy. W procesie malowania odkopuję wiele warstw. Aż mnie chwilami skręca. To jest piękny, ale cholernie ciężki zawód – samotnicza robota, ale potem pokazuję jej efekty i odsłaniam się publicznie.

Mam poczucie, że w swoim malarstwie jednocześnie się odsłaniasz i zasłaniasz. Chowasz się za obrazami?

Jasne, że się chowam, ale chyba nie za obrazami, a w obrazach. Są rodzajem schronienia. Zasłaniam się, że to jest abstrakcyjne? Nie wiem, czy nie zacznę malować portretów. Tracę bliskich.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.