Sigrid Nunez: Pandemia? Nie było tak źle
( 26.01.2024 )
Pisanie składa się z dwóch rzeczy: nadziei i żałoby. Długo byłam pełna tej drugiej i traktowałam pisanie jako opłakiwanie swojego życia.
Gdy wiosną 2020 roku rozpoczęła się pandemia, przepowiadano, że nie minie wiele czasu, a rynek zaleją powieści o lockdownie. Po pierwsze – bo pisarze byli grupą zawodową najlepiej przygotowaną na ten ostatni, jeszcze przed koronawirusem całe dnie spędzając w domu, po drugie – bo trudno o bardziej przełomowe wydarzenie. Mijają jednak cztery lata od wybuchu pandemii, a tego rodzaju dzieła wciąż należą do rzadkości. Jednym z nich są Słabsi Sigrid Nunez, laureatki National Book Award za Przyjaciela.
Wojciech Engelking: Kiedy, słuchając doniesień o nowym wirusie, pomyślała pani: to wkrótce będzie rzecz, która zatrzyma świat? Większość ludzi Zachodu, i sam się do tej większości zaliczam, długo lekceważyła złowrogie pomruki płynące z Azji. Braliśmy COVID-19 za drugą ptasią grypę.
Sigrid Nunez: Także późno, bo w momencie, w którym wirus dotarł do Włoch. Na początku marca miałam jechać w trasę promocyjną po Szwajcarii i Niemczech. Organizator poinformował mnie o zakazie organizowania wydarzeń dla ponad tysiąca osób i pomyślałam: przecież nie mam tam aż tylu czytelników. A jednak, na kilka dni przed wyjazdem zdecydowaliśmy się wszystko odwołać, i dobrze, bo zostałabym wtedy w Europie na dłużej.
Sigrid Nunez fot. Marion Ettinger
Polska zamknęła granice trzynastego marca.
Stany trochę później, bodaj szesnastego. W telewizji pojawił się Donald Trump i poinformował, że od teraz lotniska nie funkcjonują. Gdybym miała wrócić pamięcią do tamtego czasu, najgorsza była niepewność: spotykałam sąsiadów w sklepie i zastanawialiśmy się, co będzie następne po lotniskach… z drugiej strony, spoglądając na pandemię z perspektywy kilku lat, mam wrażenie, że zwalczanie jej nie poszło wcale tak źle.
Czyżby? Stany przodowały w statystykach zmarłych, a najgorsze pod tym względem było pani miasto, czyli Nowy Jork.
Ale mogło być gorzej. Dekadę temu wydałam powieść o fikcyjnej epidemii, Salvation City. Przygotowując się do jej napisania, czytałam dużo na temat grypy hiszpanki i wyobrażałam sobie, ile osób, które znam, mogłoby umrzeć na skutek podobnego zdarzenia. Nie umarły.
Wkrótce po tym, jak covid rozprzestrzenił się na cały świat, niektórzy intelektualiści zaczęli nadawać mu symboliczne znaczenia: twierdzili, że to wielki test dla ludzkości, wirus-zbawca, który rozwiąże wszystkie nasze problemy, obniżając ceny mieszkań i usuwając z horyzontu globalne ocieplenie.
Symboliczne było w pandemii coś zupełnie innego: gdy przyszła, okazało się, że ludzkość nie potrafi na nią zareagować. Od dawna lekarze tacy jak Anthony Fauci powtarzali, że epidemia to nie kwestia pytania „czy”, lecz „kiedy”. I – co? Nagle ludzie okazali się zupełnie niezdolni, by robić zalecane przez medyków rzeczy. Chodzi mi o irracjonalizm, który pojawił się w ich postępowaniu. Nie mam na myśli tylko wyborców Trumpa, którzy zaczęli pić wybielacz, ale mnóstwa, zdawało się, inteligentnych ludzi, których znałam.
Być może to była jedyna równość w pandemii: że każdy może zwariować. W innych sferach życia prędko okazało się, że chociaż za sprawą koronawirusa miało nie być Żyda ani Greka, przeżywanie lockdownu różni się w zależności od klasy społecznej.
Moim największym zaskoczeniem w trakcie pandemii było to, jak wielu znajomych ma letnie domy na wsi. Nagle Nowy Jork stał się pusty, bo wszyscy wyjechali. Kolejny podział klasowy: kto musi pracować, a kto nie, kto jest essential worker? Dostawcy jedzenia, przykładowo, którzy zasuwali od domu do domu, przywożąc posiłki. Czasem ludzie dawali im kilkadziesiąt dolarów napiwku, tak bardzo widzieli dysproporcję w ich sytuacjach. Pod tym względem interesująca była sytuacja lekarzy, którzy w Stanach należą do klasy niezwykle uprzywilejowanej, a znaleźli się na pierwszej linii frontu, jak sprzedawcy.
W Słabszych bohaterami są dwie osoby, które różnią się stopniem narażenia na COVID: mająca niemal siedemdziesiąt lat pisarka, która na czas lockdownu opiekuje się papugą w mieszkaniu opuszczonym przez znajomych, i młody chłopak z pokolenia Z, który ni stąd, ni zowąd się w nim zjawia. Ona, jeśli się zarazi, najprawdopodobniej umrze, on – pocierpi, ale przeżyje.
To było przedziwne w reakcji na wirus: że właśnie najmłodsi Amerykanie potraktowali go poważnie, a generacja ich rodziców i dziadków, niby najbardziej narażona, nie. Mówili: nie, ani myślę nie jechać na wakacje, pogięło was, bo rząd mówi to, co mówi? Wkrótce potem okazało się, że poszczególne grupy są równie mocno narażone na działanie wirusa, choć nie zawsze w sensie medycznym. Student z pokolenia Z, owszem, nie umarłby, ale wirus fatalnie działa na jego psychikę. Wszyscy jesteśmy słabsi.
Sigrid Nunez, 2018. fot. Nancy Crampton
Czy ma pani wrażenie, że już wiemy, jak wpłynął na nas COVID? Stefan Zweig stwierdził kiedyś, że wielkie powieści można pisać tylko o epokach, które już się skończyły. Z drugiej strony – ludzkość podobno potrzebuje siedmiu lat, by przepracować wielkie, pokoleniowe doświadczenie. Pani powieść ukazała się w Stanach w kilka miesięcy po tym, jak WHO uznało, że epidemia ustała.
Wątpię, byśmy się dowiedzieli. Literatura pomija takie wydarzenia, jak epidemie. Nauczyło nas tego zeszłe stulecie. Proszę spojrzeć na hiszpankę: ile zna pan powieści o tej chorobie? A o Wielkiej Wojnie, która ją poprzedzała, jest mnóstwo. Z drugiej strony mogę się mylić, bo koronawirus, inaczej niż hiszpanka, to faktycznie doświadczenie ogólnoświatowe. Może pan pojechać gdziekolwiek i zapytać: pamiętasz covid?, a pana rozmówcy będą wiedzieli, o co chodzi. To było dla mnie też o tyle ważne, że pierwszy raz nie pisałam o własnym doświadczeniu, ale takim, które było udziałem każdej osoby na globie.
Kwestia osobności doświadczenia jest o tyle ciekawa, że, jak w innych pani powieściach, narratorka kojarzy się z autorką, czytelnik zadaje więc pytanie, czy nie ma do czynienia z memuarystyką albo autofiction. Podobno Vivian Gornick podeszła raz pod pani mieszkanie w Nowym Jorku i spytała: Jak to możliwe, że pozwolili ci tu trzymać tak wielkiego psa?, a potem nie mogła uwierzyć, że Przyjaciel został zmyślony.
Na rynku literackim, zwłaszcza amerykańskim, jest dziś mnóstwo autorów, którzy opakowują fikcję w non-fiction i sprzedają swoje teksty jako wspomnienia. Wydaje mi się to nieuczciwe, bo, za wyjątkiem mojej książki o Susan Sontag, nigdy nie napisałam czegokolwiek, co by było całkowicie prawdziwe. Zaczynam od osoby, która jest podobna do mnie i z którą podzielam opinię na wiele spraw, lecz stawiam ją w koniecznie fikcyjnej sytuacji.
Okej, ale skąd popularność tego nurtu? Coś musi ją powodować w naszej epoce, podobnie jak obśmianą swego czasu przez Romana Polańskiego tendencję do podkreślania, że film powstał na podstawie prawdziwej historii.
Może to być częściowo spowodowane tym, że od jakiegoś czasu żyjemy w czasach dezinformacji. Ludzie czują, że nie ma nic złego w mówieniu nieprawdy, twierdzeniu, że „alternatywne fakty” i alternatywna rzeczywistość to nasze poglądy. Cóż, uważam, że ludzie nigdy nie byli tak bezczelni w kłamaniu, nawet w roli przywódców wolnego świata. Być może nasza potrzeba prawdy jest dziś tak wielka, że przeniosła się do literatury i filmu.
Przywołała pani Trumpa. Rok 2020 był szczególny w Stanach pod względem politycznej histerii i lewicowych radykalizmów, wywołanych przede wszystkim morderstwem George’a Floyda.
Tak, to była histeria. Floyd nie był pierwszym czarnoskórym zabitym przez policję, ale jego śmierć coś spowodowała. Obudziła w ruchach politycznych, zwłaszcza lewicowych, przekonanie, że przemoc jest nie tylko usprawiedliwionym, ale i koniecznym środkiem działania. I co? Minęły cztery lata. W tym roku wybory, a my wciąż tkwimy w tym szaleństwie. Trudno nie czuć, że w Stanach nadchodzi katastrofa.
W Słabszych narratorka mówi, że osoby piszące muszą mieć nadzieję.
Pisanie składa się z dwóch rzeczy: nadziei i żałoby. Długo byłam pełna tej drugiej i traktowałam pisanie jako opłakiwanie swojego życia; wie pan, jak wówczas, gdy z podstawówki szłam do gimnazjum i zdałam sobie nagle sprawę, że już nigdy więcej nie będę miała dwunastu lat. Wiedziałam, że zmierzam w stronę o wiele lepszego wieku, mimo wszystko jednak nad tym bolałam. A nadzieja, chociaż bez niej nie da się zacząć powieści – czy to jest rzecz związana tylko z pisaniem? Po co wstawać rano i brać prysznic, jeśli nie ma się nadziei? Po co jeść śniadanie? Pełen nadziei jest każdy ludzki wysiłek.
Sigrid Nunez, Słabsi, tłum. Dobromiła Jankowska, Pauza, 2024.