Jeanette Winterson fot. Sam Churchill
Jeanette Winterson, fot. Sam Churchill

Mój optymizm jest moją największą siłą i największą słabością. Rozmowa z Jeanette Winterson

( 02.07.2026 )

Jeśli przechodzisz kryzys, to chcesz mieć mnie obok siebie, bo niosę nadzieję. Ale mój optymizm może też oznaczać, że mylę się całkowicie. Jeśli wszyscy mamy skończyć w piekle, to wolę tam trafić w dobrym humorze, z podniesioną głową i walcząc do ostatniej chwili.

Dzieciństwo w rodzinie adopcyjnej, queerowe dorastanie, religijny rygor i trudne warunki klasy robotniczej w przemysłowym mieście na północy Anglii ukształtowały twórczość Jeanette Winterson, jednej z najważniejszych brytyjskich pisarek. „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?”, autobiograficzna opowieść pełna humoru i nadziei, ukazała się w wydawnictwie Czarne w nowym tłumaczeniu.

W „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?” wracasz do historii, które opublikowałaś w częściowo autobiograficznej powieści „Nie tylko pomarańcze”. Co skłoniło cię do tego powrotu, tym razem bezpośrednio w formie autobiografii?

Po śmierci ojca porządkowałam jego mieszkanie i natknęłam się na dokumenty, przez które zaczęłam podejrzewać, że o mojej adopcji wiadomo więcej, niż zdradziła mi pani Winterson, moja adopcyjna matka. Wymyśliła szalone matki, złe matki, pijane matki, obłąkane matki – ale nie tę, którą naprawdę miałam. Postanowiłam ją znaleźć i sprawdzić, czego mogę się o niej dowiedzieć. W trakcie poszukiwań znów zaczęłam pisać o świecie rodziny Winterson – w ciągu kilku tygodni miałam piętnaście tysięcy słów, co stało się początkiem „Po co ci szczęście”.

Jak się czułaś, powracając do tej części swojej życia?

Czułam, że to słuszna decyzja. Życie nie jest linią prostą, wszystkie nasze opowieści, kiedy już w nas zagoszczą, krążą w kółko, niczym spirala. Przeszłość będzie wracać, jeśli nie jest się osobą o bardzo linearnym myśleniu – ja taka nie jestem. A kiedy to się dzieje, trzeba być otwartą i uważną, dostrzegać, co jest nam ofiarowane i czego się od nas wymaga w tym spotkaniu z przeszłością.

Było to dla mnie ciekawe doświadczenie, bo „Nie tylko pomarańcze” to książka pełna humoru. Nie jest smutna ani tragiczna, chociaż opisuje smutne i tragiczne wydarzenia. Znacznie później uświadomiłam sobie, jak ważny był dla mnie humor: jako tarcza, jako broń, jako sposób na wejście w opowieść, ale też wyjście z niej. Korzystamy z tego, czym dysponujemy, żeby opowiedzieć swoją historię, „Nie tylko pomarańcze” mogłam opowiedzieć tylko przez humor. „Po co ci szczęście” pisałam jako znacznie starsza osoba, bardziej pogodzona z sobą, i mogłam podejść do tego inaczej, w sposób, który pozwolił na więcej bólu w opowieści. Jednocześnie jest w tej książce dużo nadziei, to mój znak rozpoznawczy.

Czy masz wrażenie, że odbiór twoich książek zmienia się wraz z upływem czasu? Jak podchodzisz do młodych queerowych czytelniczek, które dopiero poznają twoją twórczość?

*Reklama

Osoby queer od zawsze wnosiły tak wiele do naszego świata – dzięki temu, że kwestionowały status quo. Widziały, co jest, i zadawały pytanie: „a co, jeśli…”? Mam nadzieję, że kolejne pokolenia wiedzą, że jestem z nimi, że mogą podjąć tę walkę, chcę dodać im pewności i siły. Kiedy myślę o queerowych małżeństwach, to jedyna wątpliwość, którą miałam, opierała się na pytaniu: chcecie być tacy jak oni? Wiem, że małżeństwo to piękna sprawa, ale czy jesteście pewni? Część mnie miała różne obawy związane z asymilacją, bałam się, że coś się wtedy skończy. Mam nadzieję, że nadal będziemy oferować światu naszą wyjątkowość, nasze odmienne sposoby istnienia w społeczeństwie, które tak bardzo tego potrzebuje. Dziś wszystko jest ujednolicone i skomercjalizowane.

Znakiem rozpoznawczym tej książki jest pytanie „a co, jeśli” – jakie ono ma znaczenie dla literatury?

Ludzie szukają sensu, szukają kogoś, kto powie: moje życie ma sens. Moja twórczość od początku opierała się na triumfie wyobraźni nad doświadczeniem i na tym, żeby nie zagubić się w dosłowności. Dlatego nigdy nie zawracałam sobie głowy realizmem. Chcemy opowieści, bo potrafimy wyobrażać sobie inne życia i inne światy. Sedno fikcji literackiej polega dla mnie na tym, że bierzesz to, co jest, i pytasz: a co, jeśli? Czasem bierzesz to „a co, jeśli” i piszesz o tym, czego nie ma, postulujesz inny świat. To wyjątkowo ważne w czasach, kiedy wszyscy są tak cholernie dosłowni.

Ucząc młode osoby, staram się powiedzieć: masz wyobraźnię, możesz zmienić tę historię, bo samx jesteś tą historią. Jeśli potrafisz postrzegać siebie jako proces, a nie produkt – nie towar, nie dane, lecz proces – masz prawdziwą szansę, by zmienić coś wokół siebie, bo nie przygniata cię ciężar tego, co jest.

To bardzo optymistyczne podejście!

Mój optymizm jest jednocześnie moją największą siłą i największą słabością. Jeśli przechodzisz kryzys, to chcesz mieć mnie obok siebie, bo niosę nadzieję. Ale mój optymizm może też oznaczać, że mylę się całkowicie. Jeśli wszyscy mamy skończyć w piekle, to wolę trafić tam w dobrym humorze, z podniesioną głową i walcząc do ostatniej chwili.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że na świat nie chcesz odpowiadać dosłownością, a wyobraźnią. W swoich powieściach przekształcasz traumatyczne wspomnienia w niemal mityczne narracje, ale w przypadku „Po co ci szczęście” prowadzisz czytelniczki bliżej realnego świata – skąd ta decyzja?

Czasem trzeba się w to zagłębić, ale staram się opowiadać w taki sposób, by nie rozdzielać doświadczeń od siły wyobraźni. Tworzymy nasze życia na bieżąco, ludzie od zawsze – wraz z upływem czasu – opowiadają nowe, lepsze historie. Stwierdziliśmy, że kobiety nie są obywatelkami drugiej kategorii. Że każdy, niezależnie od koloru skóry, zasługuje na takie same prawa. Uznaliśmy, że bycie osobą homoseksualną nie jest dewiacją ani perwersją. Zawsze potrafiliśmy posuwać społeczeństwo naprzód, gdy odmawialiśmy zaakceptowania norm, hierarchii i nierówności, gdy nie wzruszaliśmy ramionami. Sztuka i literatura znajdują się pomiędzy światem, w którym żyjemy, a naszym życiem wyobrażeniowym, życiem, które nie jest tylko z krwi i kośćmi, ale jest czymś nieograniczonym. Religia również zajmuje tę pozycję, ale często ze zgubnymi konsekwencjami.

Spoglądam wstecz na trzysta tysięcy lat istnienia homo sapiens. Pewnego dnia ktoś bierze patyk, robi z niego węgiel i rysuje na ścianie jaskini – w tej chwili zaczyna się symboliczne życie. Nie jest już tylko drapieżnikiem i ofiarą, nie jest już tylko ciałem; w tej chwili ujawnia się coś więcej. Zaczynamy pytać i opowiadać historie: kto toczy słońce po niebie? Gdzie znika księżyc, kiedy go nie widzę? Całe nasze tworzenie mitów nie ma nic wspólnego z użytecznością, nigdy nie chodziło o to, gdzie jest mamut, ani o to, jak szybko uciec. Kiedy ludzie mówią o sztuce jako o jakimś luksusie albo aktywności dla wybranych, mam ochotę ich pytać, czy zupełnie zwariowali. To właśnie jest najbardziej ludzkie: odmowa bycia ograniczoną przez codzienność, wyjście poza role drapieżnika i ofiary. To naturalne prawo człowieka, powinniśmy to celebrować i ignorować wszystkich, którzy mówią, że sztuka i literatura to tylko hobby, że nie są ważne. W ten sposób dbamy o swoje przetrwanie.

okładka

Jeanette Winterson, „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?”, Wydawnictwo Czarne

Wspomniałaś, że religia pozwala dostrzegać to, co poza codziennością. Jak dorastanie w religijnej wspólnocie ukształtowało twoje poczucie tożsamości? Czy twoja twórczość powstaje w opozycji do wiary, czy to bardziej złożony dialog?

Nie kieruję się opozycją wobec wiary czy duchowości. Darzę ogromnym szacunkiem wierzących, którzy nie są zaślepieni, którzy znajdują w wierze zarówno ukojenie, jak i motywację do działania. Jest wiele wspaniałych osób, które działają w imieniu swojego boga i nie chcę im w tym przeszkadzać. Moje religijne wychowanie dało mi wiele właśnie dlatego, że nie skupiało się na dosłowności. Byliśmy biedni, nie mieliśmy nic, ale byliśmy wybranymi dziećmi boga, a to samo w sobie stanowiło przeciwwagę dla warunków życia klasy robotniczej, gdzie jesteś tylko parą rąk obsługujących maszynę. Religia może również sprawiać, że ludzie czują się bezpieczni, otoczeni troską. Biblia to naprawdę niesamowita księga i bardzo przydatna dla pisarki: ta zwięzłość, to użycie metafory. Nie boi się pięknie mówić o sprawach życia wewnętrznego, a tak właśnie działa dobra literatura. Nie walczyłam z duchowością, walczyłam z dogmatem, z ludzką interpretacją, z pewnego rodzaju dosłownością.

Nauczyłam się na wczesnym etapie życia, że są sprawy, których nigdy nie rozwiążesz. Spędzisz resztę życia, trzymając je w napięciu, ale to napięcie jest też formą energii. Musiałam oczywiście odejść od dosłowności zakotwiczonej w kościelnych strukturach i rodzinie, to była pułapka. Ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek odeszła od tego, co oferuje mi wymiar duchowy naszego ludzkiego istnienia.

Pisanie o dzieciństwie i relacji z matką musiało być trudne. Jak sobie z tym radziłaś? Czy przejście przez portal literatury wystarczyło?

Dzięki „Po co ci szczęście” lepiej ją zrozumiałam. Częściowo dlatego, że byłam starsza, a rodziców możemy zrozumieć dopiero wtedy, gdy same jesteśmy starsze. Mamy już wtedy jakieś pojęcie o ich życiu, rozczarowaniach, niespełnionych ambicjach; widzimy ich bardziej jako ludzi, nie tylko jako rodziców. Jeśli jesteś adoptowana, jesteś już o jeden krok dalej, bo to nie są twoi rodzice. Dawniej nie miałam dla nich zbyt wiele współczucia, byłam po prostu zła.

Wcześnie się wyprowadziłam, a pani Winterson zmarła, gdy miałam 29 lat, więc nigdy nie było czasu, by rozwinąć tę relację. Dopiero pisząc „Po co ci szczęście”, gdy oboje rodzice już nie żyli, zaczęłam zastanawiać się, jak wyglądało ich życie. To pozwala wybaczyć, nawet jeśli wydawało ci się, że nie musisz wybaczać. Wybaczenie pozwala zrozumieć i sprawia, że otwierasz swoje serce. A może jest na odwrót i dopiero otworzenie serca i zrozumienie czyichś działań prowadzi do przebaczenia? Nie wiem, co jest tu skutkiem a co przyczyną. Zdałam sobie sprawę, że nie mogli być innymi ludźmi.

Jaka jest rola pamięci w tym procesie?

Przestrzeń naszego dzieciństwa nigdy nie pozostaje taka sama – to pomieszczenia, które zmieniają się, gdy do nich wracamy. Ktoś przestawił meble, odkrywasz rzeczy, których wcześniej nie widziałaś. Twoja przeszłość nie jest czymś stabilnym.

Ludzie, którzy wydają się najbardziej tkwić w miejscu, to ci, którzy wciąż powtarzają dokładnie tę samą historię. Śmieszy mnie, gdy ktoś mówi o sztucznej inteligencji i twierdzi, że duże modele językowe to po prostu przewidywanie tekstu. Cóż, rozmowy z większością ludzi to po prostu przewidywanie tekstu. Stajemy się powtarzalni, wierzymy w swoją opowieść i to nas zniewala.

Historia twojego życia jest wielowymiarowym kryształem i w zależności od tego, gdzie pada światło, inaczej na nią spojrzysz i inaczej się w tobie odbije. Kiedy wracamy do przeszłości z ciekawością i otwartym sercem, zawsze widzimy coś inaczej. Jedną z rzeczy, które oferuje literatura, jest zachęcanie nas do powrotu do naszych własnych doświadczeń i przyjrzenia się im na nowo.

Czy pisanie jest dla ciebie czymś, co pomaga tworzyć wspólnotę?

Nie, choć może się mylę. Konieczność napisania czegoś oznacza, że musisz być sama. Są ludzie, którzy uważają, że można wszystko napisać z innymi, w grupie, na warsztatach. Jeśli pracujesz w telewizji, to możliwe, pracowałam w ten sposób przy filmach. Ale jeśli chodzi o duży tekst, choćby powieść, to jest to naprawdę samotne zajęcie – ostatecznie to tylko ty i słowa.

Ale literatura pozwala nam nawiązywać więzi z innymi. W wieku kilkunastu lat to właśnie dzięki twoim książkom odkryłam, że można być pisarką-lesbijką! Literatura wydaje mi się działaniem na rzecz wspólnoty, nawet jeśli akt pisania odbywa się w samotności.

Kiedy dzieło trafia w świat, nigdy nie wiemy, co się stanie. Jest jak wiadomość w butelce, po prostu wyrzucasz ją za burtę. Ale samo tworzenie książki, przynajmniej dla mnie, to dogłębnie samotne doświadczenie. Potem, oczywiście, książka staje się częścią świata.

Książka nie jest produktem z fabryki, nie powstaje w biurze, więc nie podlega takim czynnikom jak dedlajny. Nigdy nie przekraczam ustalonych terminów w dziennikarstwie, ale jeśli chodzi o książki, nie chcę angażować się w cudze harmonogramy, bo nie wiem, co się wydarzy z moim pisaniem. Mogę ponieść porażkę i muszę umieć sobie z tym poradzić. Porażka może być czymś wspaniałym, może to być sygnał z podświadomości, że to zły kierunek, że konieczne jest zacząć od nowa.

Dziękujemy!

Jeanette Winterson, fot. Sam Churchill

Jestem wielką fanką porażki!

Naukowcy ponoszą porażki nieustannie – większość eksperymentów laboratoryjnych donikąd nie prowadzi i nikt się tym nie przejmuje. A jednak my, ludzie zajmujący się sztuką lub naukami humanistycznymi, zawsze wpadamy w panikę, gdy coś nie idzie tak. Dlaczego miałoby iść jak po maśle? Musimy nauczyć się z tym godzić.

Nie jestem zbyt dobrą muzyczką, ale dużo przyjemności sprawia mi granie w zespole, nawet gdy „ponoszę porażkę”.

I dobrze! Bardzo mi przykro, że nie ma więcej amatorskiej twórczości. Kiedyś wszyscy coś tworzyli. Był ktoś, kto pięknie śpiewał, ktoś, kto umiał grać na flecie, ktoś, kto potrafił opowiadać historie, ktoś, kto po prostu świetnie rysował. Nie mieli żadnego wykształcenia w tej dziedzinie, ale te czynności sprawiały im przyjemność, nikt nie myślał o monetyzowaniu każdego swojego talentu. Powinniśmy móc być kreatywni w naprawdę amatorski sposób, tylko dlatego, że sprawia nam to przyjemność – i innym też.

Wracając do literatury – wiele queerowych powieści opiera się na schemacie fabularnym prowadzącym od represji do wyzwolenia. Twoja twórczość jest bardziej skomplikowana.

To zbyt proste! Ostatnio w kółko widzimy to samo, prawda? Chłopak osiąga sukces od zera do milionera, księżniczka zostaje wybrana, smok pokonany, żyjemy długo i szczęśliwie – to narracje, które Hollywood kocha. Ale to tak nie działa w prawdziwym życiu, i dlatego większość mojej prozy nie ma prostego domknięcia. „Po co być szczęśliwą” kończy się słowami „Nie mam pojęcia, co będzie dalej”, a „Zapisane na ciele” zdaniem „Nie wiem, czy to jest szczęśliwe zakończenie, ale oto jesteśmy wolni, a przed nami otwarta przestrzeń”. Jest w tym optymizm, ale jest też odmowa.

Postrzegam naszą ludzką podróż jako próbę lepszego zrozumienia, kim jesteśmy i jaki jest nasz cel na świecie. Nie chcę prostych historii, bo nasze osobiste historie nigdy nie są proste. Staram się stworzyć język, który jest wystarczająco złożony, by poradzić sobie z tymi opowieściami, ale ma w sobie piękno i nikogo nie wyklucza. Niektórzy pisarze chcą po prostu pokazać, jacy są sprytni, a ja chcę, by czytelniczka poczuła i zrozumiała to, co piszę. Uważam, że powinnam nosić odblaskową kamizelkę z napisem emotional support animal [zwierzę dające wsparcie emocjonalne]. Staram się pomagać tam, gdzie mogę – i robię to poprzez literaturę.

Wygląda na to, że to działa!

O wiele lepiej radzimy sobie z rozczarowaniami i niepowodzeniami, jeśli nie mamy całkowicie nierealistycznego wyobrażenia o happy endzie, o tym, jak życie powinno się potoczyć. Nie mamy kontroli nad światem zewnętrznym, ale mamy wpływ na to, jaką osobą chcemy być. Możemy stać się lepszymi ludźmi! Brzmi to trochę staroświecko i wiktoriańsko – ale naprawdę możemy.

Dziękujemy!
( Agata Jakubowska ) ( Sarah Wilson i Michał Murawski )

O rzeźbie Aliny Szapocznikow „Pomnik przyjaźni polsko-radzieckiej”

Kiedy jesteś dzieckiem i tak masz niewiele kontroli. Kiedy pani Winterson spaliła wszystkie moje książki, zdałam sobie sprawę, że wszystko, poza tym, co we mnie, może zostać mi odebrane w każdej chwili. Twój dobytek, twoja praca – zależą od innych ludzi w przerażającym stopniu, ale to, co naprawdę należy do ciebie, nie może zostać ci odebrane. Zaczęłam wtedy uczyć się tekstów książek na pamięć i poczułam, że buduję „ja” odporne na to, co dzieje się na świecie.

Nie daj boże, niektórzy z nas będą musieli uciekać z kraju. Warto zadać pytanie, co weźmiemy sobą, poza plecakiem? Co mamy w sobie? Jakie historie znamy, jakie wiersze, jakie piosenki? Jaką odporność zbudowaliśmy, co umożliwi nam przetrwanie trudnej sytuacji? Wierzę w budowanie jej przez sztukę, literaturę i nieustanne dociekania filozoficzne. To jedyne, co pozwoli nam iść naprzód, gdy wszystko inne zniknie.

W swojej twórczości odrzucasz potoczne rozumienie „domu”, starasz się go zdefiniować na nowo.

Zawsze byłam zdeterminowana, by zapewnić sobie własne miejsce i udało mi się to osiągnąć; może łączy się to moim doświadczeniem bycia adoptowaną. Idea domu jest cenna, każdy potrzebuje bezpiecznego miejsca. Ale to tylko fizyczne przestrzenie, które nie mają aż tak wielkiego znaczenia – moim domem jestem ja sama.

Wielu młodych ludzi nie stać na dom ani na wynajem mieszkania. Późny kapitalizm zniszczył to naprawdę proste i skromne pragnienie, to źródło ogromnego kryzysu. Jedną z rzeczy, które uwielbiam w Marksie – wszyscy mówią o Marksie, ale nikt go nigdy nie czyta – jest to, że w „Manifeście komunistycznym”, napisanym w moim rodzinnym Manchesterze, w 1848 roku, tłumaczy, że sensem socjalizmu jest zaspokojenie naszych zwierzęcych potrzeb. Miejsce do życia, czysta woda, jedzenie na stole, niezbyt długie godziny pracy, aby człowiek mógł wtedy odkryć, jakie są jego ludzkie potrzeby.

Osoby queerowe często były wyrzucane z domów. Musieliśmy żyć w niepewności, radzić sobie z problemami, z którymi wiele osób nigdy nie musiało się mierzyć. Jesteśmy zaradni – to coś, z czego powinniśmy być dumni.

Życie poza normą, podobnie jak porażka, często wiąże się z poczuciem wolności. Gdy już rozczarujesz rodziców, rozczarujesz państwo, nie wpiszesz się w oczekiwania – zyskujesz wolność, by żyć tak, jak chcesz.

Tak właśnie jest. W czasach mojej młodości było trochę łatwiej, można było tanio wynajmować i żyć alternatywnym życiem za bardzo małe pieniądze. Wciąż jest to osiągalne w niektórych miejscach, może w Polsce? Berliński sen jest już prawie skończony. Artyści zawsze znajdowali te liminalne przestrzenie, gdzie mogli żyć, i mam nadzieję, że tak będzie nadal. Ale kapitalizm jest chciwy. Nie chce, żeby istniały miejsca, których nie kontroluje. Nie chce, żeby ludzie żyli poza zasadami kapitalizmu, nie ma tam miejsca na wyobraźnię. Ten system jest zazdrosny i chciwy.

Czy obecna sytuacja polityczna wpłynęła na to, w jaki sposób powróciłaś do różnych tematów z własnego życia?

Wiele kwestii, którymi zajmowałam się jeszcze w latach 80. – wpływ religii na nasze życie oraz to, jak postrzegamy siebie poprzez seksualność – powróciło w sposób, którego się nie spodziewałam. Znów rozmawiamy o prawach kobiet do decydowania o własnym ciele! Nie sądziłam, że ktokolwiek będzie to kwestionował. Wiem, że w waszym kraju sytuacja wyglądała inaczej, ale reakcja ze strony tak zwanej chrześcijańskiej Ameryki jest zaskakująca. Startuję z podcastem o nazwie „Inventing the Wheel”, bo mam wrażenie, że cały czas wymyślamy koło na nowo. Kobiety z mojego pokolenia, które jako młode dziewczyny uczestniczyły w ruchu feministycznym lat 70., były świadkiniami postępu. Nie będzie nam dane przejść na spokojną emeryturę, będziemy musiały znów wyjść na ulice i walczyć.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.