Rosjanin z Grand Prix za film o Ukrainie, Pawlikowski z nagrodą za reżyserię. Co wydarzyło się w Cannes
( 29.05.2026 )
Cristian Mungiu dołączył do grona podwójnych laureatów Złotej Palmy, Andriej Zwiagincew zdobył Grand Prix za antywojenny film o Rosji i Ukrainie, a Paweł Pawlikowski wrócił z Cannes z nagrodą za reżyserię. Podsumowujemy najważniejsze filmy, nagrody i kontrowersje 79. edycji festiwalu.
Są rzeczy na stałe wpisane w świat Cannes. Czerwony dywan, przekrzykujący się fotografowie, aktorki bojkotujące restrykcyjny dress code, owacje na stojąco, które (przynajmniej z pozoru) są miarą sukcesu danego filmu, imprezy na jachtach podobnych do tego, którym pływał Logan Roy, i przymierający głodem dziennikarze, cisnący się w mieszkankach o niebotycznych cenach. Ale nawet na tak przewidywalnych imprezach zdarzają się anomalie, które wyrywają nas z letargu wywołanego czterema seansami dziennie. I nie oszukujmy się – jeździmy tam nie po kinową papę, w którą zlewają się pełne blichtru premiery, a po trzęsienia ziemi i gromy z jasnego nieba.
Druga Palma dla Mungiu
Walkę dwóch kultur w spektakularny sposób ukazał Cristian Mungiu w swoim nowym filmie „Fjord”. Rumuński reżyser, z pomocą norweskiej aktorki Renate Reinsve oraz amerykańskiego aktora rumuńskiego pochodzenia Sebastiana Stana, nakręcił film, w którym skonfrontował dwie sprzeczne metody wychowawcze. Religijną rodzinę z Rumunii wysłał do małej nordyckiej wioski położonej nad malowniczym fiordem, którego ukształtowanie skutecznie odcina mieszkańców od świata. Sielankowa mikrospołeczność, początkowo przychylna przybyszom, przy pierwszym kulturowym zgrzycie – po kilku nutach religijnej pieśni, na widok Biblii w sterylnej przestrzeni publicznej – pokazuje pazury. Sympatyczne miny sąsiadów, a także publiczności, całkiem rzedną, kiedy okazuje się, że dzieci w domu przybyszów prawdopodobnie doświadczały przemocy. W życiu konserwatywnej rodziny pojawia się Barnevernet, Urząd do spraw Ochrony Praw Dziecka.
„Fjord”, reż. Cristian Mungiu
Celem „Fjordu” nie jest jednak piętnowanie religijnej społeczności albo drwienie z hipokryzji kultury woke. Mungiu moralną ocenę swoich bohaterów pozostawia widzom. Zdystansowana opowieść o niepokojącej radykalizacji w obrębie małej społeczności przyniosła rumuńskiemu reżyserowi drugą Złotą Palmę w jego karierze. Tym samym dołączył do wąskiego grona ośmiu twórców – w tym Michaela Hanekego i Francisa Forda Coppoli – którzy mogą się pochwalić podwójną nagrodą w Konkursie Głównym.
Pośmiertne wizje z piekła rodem
Z zaświatów powrócił Nicolas Winding Refn. Podczas konferencji promującej nowy film duński reżyser ze łzami w oczach wyznał, że miał poważne problemy zdrowotne, które doprowadziły do półgodzinnej śmierci klinicznej. Wskrzeszony niczym potwór Frankensteina, postanowił wrócić do kręcenia filmów i zafundować nam piekielne doświadczenie. Chciałabym powiedzieć, że piekielnie dobre i równie poruszające, co szpitalne przejścia twórcy, ale niestety „Her Private Hell” jest najgorszym filmem w dorobku Refna. Reżyser starał się stworzyć samoświadome i ironiczne dzieło, tyle że halucynogenna wizja, która rozgrywa się w futurystycznym metropolis, nie spełnia jego założeń. Próby parodiowania przemocowości i seksizmu popkultury wypadają w filmie dość żałośnie i, co gorsze, nudnawo. Najbardziej interesujące w „Her Private Hell” wydają się daddy issues reżysera. Sophie Thatcher, Havana Rose Liu i Kristine Froseth wypowiadają słowo „tatuś” tak często, że można by zrobić z tego alkoholową grę.
„Her Private Hell", reż. Nicolas Winding Refn
Jakim ojcem jest Javier Bardem?
To nie koniec ojcowskich wątków – na tegorocznym festiwalu było ich zaskakująco dużo. W filmie „Gentle Monster” feministyczna reżyserka Marie Kreutzer stawia swoją bohaterkę przed trudną decyzją. Postać grana przez Léę Seydoux jest rozdarta między obawą o bezpieczeństwo syna a wiarą w dobre intencje ukochanego męża. Do emocjonalnych przepychanek na ekranie dochodzi również w filmie „The Beloved” Rodrigo Sorogoyena – między granym przez Javiera Bardema oscarowym reżyserem, który w nadchodzącym hicie chce obsadzić swoją dawno niewidzianą córkę (w tej roli Victoria Luengo). Tym samym w hiszpańskim odpowiedniku „Wartości sentymentalnej” zobaczyliśmy dokładnie to, czego zostaliśmy pozbawieni w filmie Triera. Bohater Javiera Bardema jest narcystycznym reliktem przeszłości, który woli nadużywać swojej władzy niż wydukać „przepraszam”, ale hiszpański aktor po raz kolejny udowodnił, że daleko mu do tego patriarchalnego stereotypu. Podczas konferencji prasowej po raz kolejny nazwał rzeczy po imieniu i potępił toksyczne zachowania Netanjahu, Trumpa i Putina, które doprowadziły do śmierci tysięcy ludzi.
„The Beloved", reż. Rodrigo Sorogoyena
Polska mistrzem Cannes?
Wśród polskich krytyków nie brakowało pozytywnych słów na temat „Ojczyzny” Pawła Pawlikowskiego, ale zagraniczne zachwyty nad naszym rodzimym twórcą były znacznie głośniejsze. W słynnym gridzie dziennikarzy magazynu Screen Daily „Fatherland” zajęło pierwsze miejsce. Ja poczułam lekki zawód, oglądając „Ojczyznę”, bo w pamięci wciąż mam „Zimną wojnę”, którą obejrzałam w kinie trzy razy, ale trzeba przyznać Pawlikowskiemu, że mając do dyspozycji zaledwie 82 minuty, zdołał porwać ogół sceptycznej, canneńskiej publiki. Zostawmy niewiele mówiące sześciominutowe owacje. Historia Thomasa Manna i jego córki Eriki, którzy po II wojnie światowej wracają do ojczyzny, by przekonać się, że z ich ukochanego kraju nie pozostało nic, z czym chcieliby się utożsamiać, została określona przez brytyjski Screen Daily „pewną siebie, bezkompromisową, mistrzowską”, „imponująco ciężką, a jednak zrealizowaną z rzadko spotykaną lekkością”. Amerykański „Deadline” piał na temat reżysera: „w epoce rozmachu kina Paweł Pawlikowski jest mistrzem precyzyjnego filmowania: daj mu bukiet wielkich tematów, a on skrupulatnie je przytnie, aż idealnie wpasują się w wyspecjalizowany wazon”. Niby wróciliśmy z nagrodą za reżyserię, ale mam wrażenie, że wygrana twórcy ma ciężar Złotej Palmy.
„Ojczyzna”, reż. Paweł Pawlikowski
Krzysztof Piesiewicz nie dożył premiery swojego filmu
Najbardziej wstrząsającym momentem festiwalu okazała się canneńska premiera „Historii równoległych”. W tym miejscu 100 razy bardziej wolałabym napisać, że połowa krytyków wyszła w trakcie seansu. Tymczasem po napisach końcowych okazało się, że Krzysztof Piesiewicz nie żyje. Twórca scenariusza oryginalnego „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego oraz producent pokazywanej w Cannes reinterpretacji „Krótkiego filmu o miłości” w reżyserii Asghara Farhadiego zmarł tuż przed premierą swojego nowego projektu. Gorycz potęguje fakt, że „Historie równoległe” nie są udanym filmem. Irański reżyser, który w poprzednich filmach potrafił wyłapywać najdrobniejsze absurdy codzienności, tym razem gubi się w znajomej roli voyerysty. Farhadi miota się między inspiracjami zaczerpniętymi u Kieślowskiego a mnogością nowych wątków, kinem przeszłym i współczesnym. Próbuje zrobić dzieło autorskie z czegoś, co już z założenia nie może nim być. Bardzo smutne było to pożegnanie „jednego z najwybitniejszych scenarzystów w historii kina”, jak podczas premiery nazwał Piesiewicza Farhadi. Smutne, bo całkowicie nijakie.
„Historie równoległe”, reż. Asghar Farhadi
Rosjanin z Grand Prix za film o Ukrainie
Tak się złożyło, że jedyny film Konkursu Głównego opowiadający o sprawie ukraińskiej został nakręcony przez Rosjanina. Można by pomyśleć, że to jedna z tych canneńskich kontrowersji wynikających z wybiórczej moralności organizatorów festiwalu. Ale nagrodzony Grand Prix „Minotaur” jest przekonujący w tym, jak jasno ujmuje swoje antywojenne przesłanie. Andriej Zwiagincew nie pierwszy raz skrytykował „Mateczkę Rosję", figurę opiekuńczą, ale i mocno dyscyplinującą. Nigdy wcześniej jego krytyka nie była jednak tak bezpośrednia. Reżyserowi udało się zrobić film subtelny i krytyczny, opakowany w formę rodzinnego dramatu, który mówi nam więcej o dynamice władzy w Rosji niż hasła skandowane przez popleczników Putina. Na pierwszym planie rozgrywa się dość oczywista historia zdrady małżeńskiej zaczerpnięta z filmu Claude’a Chabrola „Niewierna żona” (1969), ale w „Minotaurze” najważniejszy jest drugi plan: wszytko to, co mijamy w labiryncie, zmierzając w stronę potwora. Plakaty namawiające do poboru, pokiereszowani kombatanci, litery „Z” na szybach zaparkowanych aut, wszystko to, czego żyjący na Zachodzie bohaterowie nie dostrzegają. Najstraszniejsze jest to, że moment objawienia nie nadchodzi, znieczulica nigdy nie znika, a cel, jakim jest wygodne życie, uświęca wszystkie środki.
„Minotaur”, reż. Andrey Zvyagintsev
Un Certain Regard miażdży Złotą Palmę
W centrum zainteresowania niezmiennie znajdują się pretendenci do Złotej Palmy, ale coraz więcej uwagi poświęca się również nominowanym do nagrody Un Certain Regard, przeznaczonej dla nowatorskim formom opowiadania. Być może to kwestia wyczerpania studni „wielkiego kina”, ale widzowie w Cannes coraz częściej zwracają się w stronę tej odświeżającej i często zaskakującej kategorii. „Club Kid” autorstwa Jordana Firstmana nie zdobył wprawdzie żadnej nagrody, ale za to zrobił furorę wśród popularnych studiów filmowych. Stał się pierwszą większą sprzedażą festiwalu, a prawa do dystrybucji nabyło A24 – za 17 milionów dolarów.
„Teenage Sex and Death at Camp Miasma” w reżyserii Jane Schoenbrun (odpowiedzialnej także za „I Saw the TV Glow") porwał publikę dzięki queerowym reinterpretacjom estetyki slasherów, żartami z przeintelektualizowanego oświecenia i zabójczą chemią między Hannah Einbinder i Gillian Anderson. „Teenage Sex…” zrobiło mi ochotę na kurczaka z KFC (sami się przekonajcie dlaczego) i zdobyło Queer Palm. Natomiast zwycięzca sekcji Un Certain Regard zdaniem wielu okazał się także nieoficjalnym zwycięzcą całego festiwalu. „Everytime” w reżyserii Sandry Wollner ukazuje widzom najgłębszą otchłań żałoby, miejsce, gdzie czas ulega zakrzywieniu, a omamów nie sposób odróżnić od rzeczywistości. Zabiera nas na wakacje na Teneryfę, gdzie przestajemy ufać własnym oczom. Ten oniryzm „Everytime” kojarzy się oczywiście z filmem Maschy Schilinski, „Wpatrując się w słońce”, zeszłorocznej zwyciężczyni Nagrody Jury. Wniosek nasuwa się sam – największe hity Cannes pokazują, że potrzebujemy znacznie więcej filmów robionych przez kobiety.
„Everytime”, reż. Sandra Wollner