Kto dziś uprawia aerobik przed telewizorem?„Substancja”
( 20.11.2024 )
Akcja „Substancji” dzieje się w erze telewizji, a nie smartfonów i Instagrama, no i kto uprawia jeszcze aerobik przed telewizorem? Nie wydaje się też, aby teraz to w telewizji robiło się wielkie kariery.
Paryż przyszłości: Vincent Dangeville, przeciętnie wyglądający młody facet z niewielkim brzuszkiem, postanawia skorzystać z nowej oferty na rynku beauty. To czip, który można sobie wszczepić, aby prezentować się w nowej, upiększonej wersji: coś jak cyfrowa nakładka na ciało, ale widoczna w realu. W krótkometrażowym filmie Coralie Fargeat z 2014 roku, „Reality +”, awatara wybranego dzięki czipowi można używać na co dzień. Ale tak jak tytułowa substancja z jej najnowszego filmu z Demi Moore, czip po pewnym czasie się dezaktywuje i następuje powrót do zwykłego ciała: w „Reality +” to dwanaście godzin. Mimo to szybko okazuje się, że po ulicach miasta chodzą same supermodelki i supermężczyźni o twarzach i sylwetkach jak z reklamy – nikt też szczególnie nie ukrywa widocznego na karku plusa, czyli blizny po wszczepieniu czipa. Taką bliznę ma też fantastycznie atrakcyjna sprzedawczyni, Stella, z którą Vincent od razu się umawia, mimo że umawianie się na randki wymaga skrupulatnego obliczania godzin aktywności czipa, a niedokładny rachunek może wymagać ucieczki jak w bajce o Kopciuszku. Od czego jednak pomysłowość użytkowników? Czip prędko zostaje shakowany i okazuje się, że niewygodna dwunastogodzinna kwarantanna jest do ominięcia – dzięki kolejnej operacji można sobie na stałe aktywować piękniejszą wersję siebie. Nielegalna procedura pozostawia jednak brzydką bliznę na karku i plecach – jakby ktoś rozorał nam kręgosłup.
Nie wiemy, dlaczego Vincent chce zmienić swój wygląd – może po prostu dlatego, że wszyscy tak robią i nie wypada już pokazywać się z normalnym ciałem na ulicy? Inaczej jest z bohaterką „Substancji”, Elisabeth Sparkle, która w pięćdziesiąte (!) urodziny traci pracę telewizyjnej instruktorki aerobiku, bezpardonowo i nieodwołalnie zwolniona przez obleśnego i starszego od niej szefa stacji pod pretekstem, że jest… za stara. Granej przez Moore Elisabeth wali się cały świat, w dodatku trafia do szpitala po kolizji, którą sama spowodowała. Jednak to właśnie w szpitalu demoniczny pielęgniarz o podejrzanie pięknej twarzy wkłada jej do kieszeni płaszcza klucz USB z reklamą tajemniczej substancji.
„Substancja”, reż. Coralie Fargeat
Male gaze dla przedszkolaków
Elisabeth nie opiera się pokusie, faustowski pakt zostaje zawarty, i wkrótce widzimy ją w sterylnie białej łazience, jak wstrzykuje sobie żółtawy płyn i przechodzi bajkową transformację. Pojawia się Sue – jej alter ego, młodsza i atrakcyjniejsza wersja Elisabeth, z idealnie perfekcyjnym ciałem, dzięki któremu od razu wygrywa konkurs na nową gwiazdę telewizyjnego fitnessu. Elisabeth jednak nie znika – jej rola zostaje sprowadzona do żywicielki doskonałej Sue, ponieważ oba ciała muszą współegzystować i równo co siedem dni zamieniać się rolami. Sue, aby się regenerować, potrzebuje odżywczego soku pobieranego z ciała Elizabeth i na początku ściśle przestrzega siedmiodniowej kwarantanny. W końcu jednak górę bierze chęć używania życia i niczym pan Hyde Sue coraz bardziej wydłuża czas swojej aktywności kosztem Elisabeth, łamiąc zasady paktu. Elisabeth, której z kolei siedem obowiązkowych dni niemiłosiernie się dłużyło i zabijała je objadaniem się na smutno przed telewizorem, zaczyna odczuwać skutki transgresji swojej drugiej połówki: każdy dzień zarwany przez Sue objawia się drastycznie przyspieszonym procesem starzenia Elisabeth. Sue staje się pasożytem, który zupełnie wymyka się spod kontroli i bezlitośnie żeruje na swojej bezbronnej żywicielce – aż w końcu dochodzi do spektakularnej konfrontacji dwóch uzależnionych od siebie ciał.
Filmowi Fargeat zarzuca się, że jest ostentacyjnie wręcz zaangażowanym i gniewnym filmem z tezą – ostrze satyry wymierzone jest w kult ciała, którego ofiarą padają kobiety. Nowością jest to, że Fargeat posługuje się w tym celu kinem gatunkowym (body horror/gore) i humorem – przyznaje się do inspiracji ambitnymi i pełnymi przemocy filmami południowokoreańskimi. Jak sama podkreśla, wychowała się jednak na amerykańskim, męskim kinie akcji i sci-fi – „Robocop”, „Gwiezdne wojny”, „Rambo” – oglądanym na kasetach VHS u dziadka. Tym, co ją jednak fascynuje jako reżyserkę, jest ciało w przestrzeni publicznej, poddawane surowej krytyce, ukrywane i modyfikowane, i przemoc, jaka się za tym kryje. Jej żywiołem jest obraz, symbole: w „Substancji” dialogów prawie nie ma, a jedyna rozmowa, jaką tak naprawdę chcielibyśmy usłyszeć – między Sue i Elizabeth – nie dochodzi do skutku. Fargeat celowo doprowadza do karykatury wymęczoną już i kontrowersyjną dla niektórych teorię male gaze, czyli uprzedmiotowiającego męskiego spojrzenia, symbolizowanego przez oko kamery filmującej niemal pornograficzną choreografię ćwiczącej na wizji Sue. Kamera ślizga się po jej ciele, operuje w zbliżeniach jak z nachalnej reklamy, czujemy się niemal jakbyśmy wodzili nosem po naprężonych pośladkach i udach dziewczyny. Mimo to seksualność Sue jawi się jako jej supermoc, która bynajmniej nie naraża jej na niechciane kontakty czy umizgi mężczyzn – film Fargeat w ogóle nie idzie w tym kierunku, co jest akurat odświeżające. Groteskowo skarykaturowani mężczyźni są pokazani w filmie jako w sumie niegroźne postaci na obrzeżach centralnego konfliktu: między Elisabeth i Sue o kontrolę nad własnym ciałem.
„Substancja”, reż. Coralie Fargeat
Niegroźna komedia?
Ten redukcjonistyczny styl filmu oraz wąski i dosyć ograny temat – a jednocześnie wielość bardzo oczywistych inspiracji filmowych (Kubrick, Aronofsky, Hitchcock, Mankiewicz, Ridley Scott, Cronenberg) – spowodowały, że zarzuca się „Substancji” płytkość i powierzchowność. Wymagający francuski krytyk z „Cahiers du Cinema” postrzega film jako oportunistyczny produkt, którego reżyserka odhacza najbardziej aktualnie chodliwe elementy: odświeżone kino gatunkowe, ostry atak na male gaze, szokowanie burżujów i aluzje do klasyki kina. Yal Sadat uważa, że „Substancja” to rewers „Barbie”, satyra na patriarchat, Hollywood i uprzedmiotowienie kobiet, winne ich alienacji i zaburzonego stosunku do własnego ciała. Według Sadata „Substancja” to tylko niegroźna komedia w stylu lat 90., której intelektualny poziom nie wykracza poza przedszkole. Taki zarzut jest może zrozumiały ze strony ambitnego magazynu, który nie lubi, żeby wszystko było wyłożone jak kawa na ławę. O ile jednak może zdarzają się francuskie przedszkola, w których dzieci czytają „Drugą płeć” i oglądają filmy Godarda, to nie sądzę, by pozwolono im oglądać „Substancję”.
Nikt nie narzeka jednak na obsadę, bo wybór Demi Moore – symbolu seksu wspomnianej wyżej dekady – to strzał w dziesiątkę. Poruszane w filmie tematy nie są obce aktorce. W swojej autobiografii „Inside Out” (po polsku wydanej jako „Intymnie”, tłum. Dariusz Żukowski) opisuje katorżnicze sesje fitnessu i przytacza rozmowy z reżyserami, którzy albo kazali jej schudnąć, albo przytyć do roli, pogłębiając jej zaburzenia odżywiania. Obsesja na punkcie własnego ciała, trudna relacja z niedojrzałą i narcystyczną matką, która na niej pasożytowała, alkoholizm, uzależnienie od leków, seksizm mediów i nękanie przez tabloidy: można odnieść wrażenie, że Coralie Fargeat inspirowała się życiorysem Moore, gdyby nie fakt, że trafiła do niej z gotowym jakoby scenariuszem zanim przeczytała autobiografię aktorki.
„Substancja”, reż. Coralie Fargeat
Co z feministkami
Moore daje też w autobiografii wyraz swojemu poczuciu żalu, że jej ról nie doceniły feministki: mimo komercyjnych ról była też pierwszą topową aktorką, która dała się sfotografować w ciąży Annie Leibovitz, pozując nago na okładkę „Vanity Fair”. Kilka lat później zgoliła z kolei włosy do filmu „G.I. Jane” Ridleya Scotta, w którym zagrała pierwszą kobietę w elitarnym oddziale bojowym marynarki wojennej. Miała też na koncie walkę z podwójnymi standardami stosowanymi wobec kobiet i mężczyzn, kiedy wystąpiła ucharakteryzowana na staruszkę u boku młodszego o 15 lat partnera, aby ośmieszyć w ten sposób seksistowskie i ejdżystowskie komentarze prasy na temat ich związku.
Demi Moore nigdy nie była ikoną kina arthouse’owego ani ulubienicą feministycznej krytyki, ale na pewno była aktorką, której seksualność i wygląd eksploatowano bez żenady w dekadzie opisanej przez Susan Faludi jako epoka backlashu, ataku na wyzwolenie kobiet. Backlash widoczny był też w Hollywood, który podporządkował się tezie: „Amerykańskie kobiety są nieszczęśliwe, ponieważ mają za dużo wolności; wyzwolenie pozbawiło je radości płynącej z małżeństwa i macierzyństwa” („Reakcja. Niewypowiedziana wojna przeciw kobietom”, tłum. Anna Dzierzgowska). Według Faludi sztandarowym filmem tamtej epoki było „Fatalne zauroczenie”, w którym grana przez Glenn Close kobieta sukcesu uwodzi i próbuje zniszczyć ojca rodziny. To właśnie z reżyserem tego filmu Moore nakręciła kontrowersyjny film „Niemoralna propozycja”, w którym milioner oferuje jej postaci niebotyczną sumę za spędzenie z nim nocy, dzięki czemu ona i jej mąż będą mogli uniknąć bankructwa. Faludi uznała, że film opowiada o kobiecie, którą „gwałci się pieniędzmi” i Moore nie zdobyła sympatii feministek, na którą liczyła.
Dziś feministyczna krytyka też nie jest szczególnie zachwycona „Substancją”, zarzucając Fargeat, że choć krytykuje male gaze, to sama też go stosuje, a jej postacie są zredukowane do ciał i nie mają życia wewnętrznego. Inny zarzut to uprawianie przez reżyserkę wojerystycznej pornografii pokazującej starzejące się ciało jako obrzydliwe i odrażające oraz sprowadzenie problemu do konfrontacji między kobietami, czyli typowego wątku kin lat 90. Francuscy krytycy też nie cieszą się z triumfu rodaczki: zarzucają Fargeat nurzanie się w estetyce reklamy i manieryzm, rozbuchanie formy, które do niczego nie prowadzi, kumulowanie aluzji oraz odniesień literackich i filmowych, by zakryć tym wielkie nic. Ich zdaniem próba transgresji i przełamania humorem zachłystującego się własną powagą dyskursu feministycznego nie udała się Fargeat, a jej parodia horroru i science-fiction nie jest niczym więcej niż pastiszem. Zastanawiałam się też, czy reżyserka nie eksploatuje wizerunku Demi Moore, pasożytując na biografii niegdyś znanej gwiazdy z traumatycznym życiorysem. Trzeba jednak przyznać, że role Moore z epoki jej popularności dziś nie zachwycają, nie tylko z powodu sztampowych scenariuszy, tym bardziej więc ironiczna zabawa jej wizerunkiem upadłej gwiazdy w „Substancji” sprawdza się na ekranie – z korzyścią dla aktorki.
„Substancja”, reż. Coralie Fargeat
Rozdwojenie jaźni
Głosy mniej krytyczne podkreślają, że w filmie nie chodzi tylko o male gaze, ale o konflikt pokoleń, przybierający formę zaciekłej walki o ograniczone zasoby między matką-Elisabeth i córką-Sue. Można by tu widzieć przesłanie w duchu ekologicznym, gdzie Sue symbolizowałaby chyba ludzkość, a Elisabeth – umęczoną i wyeksploatowaną do cna planetę… To prawda, że Elisabeth wciąż słyszy od tajemniczego dostawcy substancji, że ona i Sue są jednością, wobec czego nie mogą się zwalczać i skazane na symbiozę. Ale to sugerowałoby, że Elisabeth ma po prostu rozszczepienie jaźni, a jej walka z Sue to nierozwiązany konflikt wewnętrzny, które objawem jest młoda dziewczyna. Niestety, jak pisze Justin Chang w „New Yorkerze”, wątek rozdwojonej jaźni Elisabeth nie znajduje w filmie wystarczająco solidnego rozwinięcia, budząc jego zdaniem spory niedosyt. Podobnego zdania jest krytyczka „Sight&Sound”, według której temat emocjonalnego paraliżu Elisabeth nie zostaje w filmie pogłębiony – mimo talentu aktorki – ze względu na braki w scenariuszu. Choć Fargeat chce potępić patriarchat, reklamę, media, to w końcu nie pozwala swoim bohaterkom stać się niczym więcej niż to, co te potępiane siły chcą w nich widzieć.
Trzeba też w końcu powiedzieć, że ta satyra wymierzona w kult ciała – w przeciwieństwie do filmu „Reality +” – nieco trąci myszką. Akcja „Substancji” dzieje się w erze telewizji, a nie smartfonów i Instagrama, no i kto uprawia jeszcze aerobik przed telewizorem? Nie wydaje się też, aby teraz to w telewizji robiło się wielkie kariery. W „Reality+”, gdzie obecne są wszystkie elementy rozwinięte w „Substancji” – obsesja na punkcie wyglądu, konieczność regeneracji w równych odstępach czasu, blizna na plecach – zdecydowanie bliżej nam do współczesności, a kult ciała jest tam problemem obu płci.
„Substancja” to przede wszystkim przykład doskonałego opanowania rzemiosła – film skonstruowany z chirurgiczną precyzją, przemyślnie dobranymi aktorami, stosujący wszystkie tricki, które trzymają widzów w napięciu. Rozgrywający się między łazienką a sceną w studiu nagrań dramat rozdwojonego ciała, które, połączone, zmienia się na koniec w krwawą i bulgoczącą pulpę – karykaturę męskich fantazji – ma błazeński rys. Gdyby nie humor (jakaż to ulga od patosu Aronofsky’ego z „Requiem dla snu”, który „Substancja” często przypomina) filmu nie dałoby się oglądać. Radośnie eksplodujący krwią homunkulus jako esencja kobiecości – czemu nie!
Mimo utyskiwania krytyki widzowie zdają się świetnie bawić na filmie – nie przeszkadza im uproszczony feminizm w wersji dla mas, nie ubolewają, że okiełznał go kapitalizm, podoba im się czarny humor. Nasuwają się porównania z „Barbie”, gdzie argumenty były podobne i wszyscy okopali się na swoich pozycjach: „cyniczna eksploatacja” versus „uproszczony przekaz, który trafia przecież do ludzi”. Ale może w dobie ozempica i naładowanych testosteronem blockbusterów popfeministyczna bajka o czarodziejskiej odmładzającej miksturze jest właśnie tym, czego potrzebujemy?
„Substancja”, reż. Coralie Fargeat