PRZESŁUCHANE W BIEGU: My New Band Believe
( 25.05.2026 )
„My New Band Believe” to płyta, która znakomicie towarzyszy luźnym biegom. Biegniesz powoli, bo trener kazał trzymać niskie tętno albo naczytałaś się, osobo biegająca w internecie, że najpierw trzeba biegać wolno, żeby kiedyś biegać szybko.
Płyta: „My New Band Believe” My New Band Believe
Typ biegu: luźny
Dystans: 10 km
My New Band Believe, „My New Band Believe”
Nie ma złych płyt do biegania, są tylko złe płyty. W tym cyklu polecamy muzykę, do której dobrze się biega, niezależnie od tempa, ale może czasem zależnie od dystansu. Te albumy zostały przesłuchane w biegu, co nie znaczy, że niedokładnie.
Niektórzy sprzeczają się o to, czy bieganie szkodzi uważnej konsumpcji muzyki, bo jeśli człowiek skupi się nieco bardziej na treningu, to nie zwróci uwagi na ważne detale, nie zauważy zwrotów akcji i połowa piosenek mu zwyczajnie zwieje. A nie warto się o to sprzeczać, bo to bzdura. Mało tego, dziś, w czasach cudownie postępującego obłędu na punkcie sportów wytrzymałościowych, bieganie staje się nową przestrzenią, w której można sobie z muzyką jakościowo być. Nie będę szydzić z tych, którzy z poczuciem moralnej wyższości prawdziwego melomana potrzebują audiofilskiego sprzętu i wygodnego fotela, bo każda inna forma odsłuchu plugawi szlachetne medium. Albo będę z nich szydzić… Bo muzyka jest ruchem, nawet ta utrzymana w tempach kontemplacyjnych, i dlatego słuchanie w ruchu wydaje się najbardziej zgodne z jej istotą. Do tego biegać można również ku refleksji, a nie tylko na wyścigi, wsłuchując się w album głęboko melancholijny, ale tak elokwentny, że aż szkoda byłoby biec szybciej.
Może się okazać, że jestem jedyną osobą na świecie, która biegała do debiutanckiej płyty My New Band Believe. I to więcej niż raz. Bo to rzecz raczej z tych niestabilnych, rozlewających się. Raz jest intymnie, a potem coś nagle kwitnie z impetem staromodnego big bandu. Album, którego tytuł brzmi tak samo, jak nazwa zespołu, jest przepiękny, niekonwencjonalny, ma ekscentryczną formę, choć mimo rozmachu nie brzmi intensywnie. Nie wiem, może „dużo” to nowe „cicho”, bo minimalizm My New Band Believe potrafi zabrzmieć maksymalnie, a z kolei gdy nagle wzbiera i kipi od emocji, to wciąż pozostaje kameralny i poetycki? Taką płytę mógł wymyślić tylko człowiek, który nie boi się obciachu: Cameron Picton, basista i wokalista nieistniejącego już zespołu Black Midi, wokół którego prawie dekadę temu organizowała się nowa londyńska scena eksperymentalna. Black Midi potrafili połączyć zwartą motorykę post punku z krnąbrną improwizacją w stylu mistrzów free jazzu. Potrafili też perwersyjnie brnąć w obsceniczny przerost aspiracji nad treścią charakterystyczny dla progresywnego rocka – na papierze to brzmi jakby ojciec puszczał ci za dużo King Crimson i teraz robisz z siebie błazna, ale w ich wykonaniu z jakiegoś powodu działało. Mało tego, wypadało świeżo i błyskotliwie. Picton w swoim solowym projekcie zdaje się kontynuować filozofię Black Midi, tyle że zaczyna swoje poszukiwania w innymi miejscu, bo punktem wyjścia dla My New Band Believe jest awangardowa scena folkowa z lat 60. Potrafi rozpędzić się w orkiestrowych aranżacjach o pokaźnym gabarycie, potrafi zatrzymać się w niemal szeptanych miniaturach. Wszystko potrafi.
„I've got plans that I’ll never share with you”. Cameron Picton otwiera album kategorycznym wersem, bez kurtuazyjnych wstępów. To pierwsze zdanie z utworu „Target Practice” z precyzją oddaje charakter debiutanckiego wydawnictwa My New Band Believe. Mam plany, ale się nimi nie podzielę. Nie wiadomo, co się wydarzy. Jeśli nie chcesz, żeby cokolwiek cię ominęło, słuchaj w skupieniu. I właśnie dlatego to płyta, która znakomicie towarzyszy luźnym biegom. Biegniesz powoli, bo trener kazał trzymać niskie tętno albo naczytałaś się, osobo biegająca w internecie, że najpierw trzeba biegać wolno, żeby kiedyś biegać szybko.
Im mniej myślisz o tym, że biegniesz wolno, tym mniej irytuje cię, że biegniesz wolno. A album My New Band Believe, nieprzewidywalny i pełen zawijasów, pomaga przerzucić uwagę gdzieś indziej, bo wymaga wyostrzonego fokusu. To płyta, w którą trzeba się wsłuchać – powierzchowny odbiór nie będzie tak sycący, bo charakteru tym piosenkom dodają dyskretne triki jak ten moment w „Pearls”, gdy Picton zmienia zdanie, zatrzymuje się, cofa, mówi jeszcze raz to samo, ale tym razem inaczej. Drobnostka, a jak cieszy, bo symuluje spontaniczne doświadczenie. Spryciarz! Cameron Picton jest zresztą bardzo interesującym autorem tekstów. Każda piosenka jest pisana z innej perspektywy i podejmuje inny temat, działają wyłącznie jako duża, skończona opowieść. Można w biegu próbować rozgryźć ten rebus. Czy człowiek z „Target Practice”, opętany żądzą zemsty, jest tą samą osobą, która w „Love Story” tęskni za wspólnym czasem z ulubioną osobą, która sobie poszła? A może to dwie zupełnie inne postaci, jedna nieczuła, druga wrażliwa? Czy narrator z „Love Story” mógłby jednocześnie chcieć przygody, która nie kończy się emocjonalnym przywiązaniem, jak wyznaje w „One Night”? I który z nich uważa, że ambicję można mieć, byle w umiarze, bo przecież o tym jest „Actress”? O, nadmiarowe ambicje. Dobry temat dla biegających, pod rozwagę. Na marginesie: to na debiutanckiej płycie My New Band Believe pada zdanie, które zrozumie każdy biegacz amator i każda biegaczka amatorka, gdy tylko porwą się na swój pierwszy w życiu półmaraton. „Don’t cry / You deserve this”. Sama chciałam.
Autorka nie ma wielkich sukcesów w bieganiu, ale uznaje bieganie za sukces. Do tej pory przeżyła dwa półmaratony i zepsuła sobie tylko jedno kolano.