Justyna Hrycyk, fot. Emilia Oksentowicz. Zdjęcie dzięki uprzejmości autorki
Justyna Hrycyk, fot. Emilia Oksentowicz. Zdjęcie dzięki uprzejmości autorki

Pożywna brzydota. „Girl dinner” Justyny Hrycyk

( 09.09.2026 )

Prozatorski debiut Justyny Hrycyk to zbiór opowiadań o dorastaniu w milenijnej Polsce. W każdym z nich autorka splata swoje doświadczenia ze wspomnieniem posiłku, raz prostego i swojskiego, raz kombinowanego; czasem przygotowywanego z namaszczeniem, innym razem pożeranego w przelocie.

Szukam klucza do tej książki. Bo jak określić tę dziwną, bezkształtną z pozoru, mozaikę krótkich form, poszatkowaną biografię, w której wszystkiemu towarzyszą mlaśnięcia, pomacania faktur i zapachy wiercące w nozdrzach? Jak się do niej dobrać, by wyszło z tego coś więcej niż tekst o nostalgii?

No więc tak – książka-zlew, ten totartowski, trójmiejski i alternatywny, oparta na powykręcanych asocjacjach, czepiająca się czasem słowa, zwrotu, myśli i odchodząca z nimi na kolejne kręgi luźnych skojarzeń. Książka-zjawisko, tak bardzo sprzęgnięta z estetyką pokolenia i formacji Hrycyk, że wykraczająca poza materiał literacki; promowana intensywnie (jak na możliwości naszego środowiska literackiego, rzecz jasna) wizerunkami autorki wsuwającej sobie do ust chipsy duszki i kiszonego ogóra, tulącej naczynie wypchane makaronem, obłożonej sadzonymi jajkami, czającej się na piramidę masła z Lidla. Chyba jednak przede wszystkim książka-mem, albo książka memów, nie tych z wyobrażeń Marcina Giełzaka, ale artystycznych i treściwych. Ze szkoły Wiesławca Deluxe (choć bez jego słuchu) i epigonów – obśmiewających nowoczesność i aspiracyjność, wielbiących dosadność i biorącą z zaskoczenia brutalną wulgarność; celowo niedbałych, fachowych w swej paintowości. Napędzana poszukiwaniem relu, bo tylko rel może nam dziś zapewnić poczucie wspólnotowości.

okładka

Justyna Hrycyk, fot. Marek Berezowski

Wszystko zostało już powiedziane?

Na pierwszy rzut oka książka Hrycyk plecie się jakoś z nowościami dostarczanymi ostatnio przez polski obieg literacki. „Girl dinner” jest pozycją krótką i uciekającą od wielkich narracji. Autobiograficzne wątki sprzyjają uobecnianiu ciała, a dziewczyńskość – akceptacji jego niedoskonałości. Cierpki humor wspiera nas we współodczuwaniu bólu i potencjalnego wstydu narratorki. No i oczywiście żarcie, występujące nie tylko w roli atrakcyjnego i plastycznego ornamentu, pośrednik między jej umysłem a światem, element domowych mikrokultur, symbol wybranych instytucji, najdoskonalszy może wehikuł sentymentów – jeśli ktoś nie ogląda piłki nożnej, to tylko smakiem i zapachem namierzy tak precyzyjnie swoje punktowe doświadczenia (tu na przykład ekstrakcja zęba przy użyciu kotleta mielonego, spotkanie dziewczyny) i przeszłe rytuały (towarzyszące jedzeniu ryby oglądanie Ewy Drzyzgi po powrocie ze szkoły, kacowy rosół gotowany po seksie z mężczyznami). Trzy patronki książki: Virginia Woolf, Clarice Lispector i Annie Ernaux zostają wymienione przez samą autorkę, „bo przecież wszystko, co było do powiedzenia, zostało już powiedziane”. Uważna czytelniczka zauważy jednak, że mimo powtarzania niektórych tropów „Girl dinner” wyróżnia się na tle rodzimej stawki.

*Reklama
Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Rozmowa ) ( Aleksander Hudzik )

Kapitalizm jest w stadium terminalnym i chce nas pociągnąć na dno. Rozmowa z Griseldą Pollock

Językowy i zmysłowy nadmiar tej książki nijak ma się do rzeczy nieudanych – chociażby święcących nieuprawnione triumfy „Trzewi”. W odróżnieniu od Aleksandry Paduch, Hrycyk panuje nad stylistyką obfitości i naturalizmu. Melduje się nie tylko z natłokiem bolączek i wątpliwości, ale też z dystansem i dyskretną erudycją. Choćby wtedy, gdy w środek pędzącej dykteryjki przemyca nagle niespodziewany, schulzowski patos („[n]a czele On – ojciec Posejdon ze swoją wybranką, pokonujący żółte, wrzące fale na lśniącej frytkownicy. [...] Za nim oczywiście my – czekające na ogony syreny, surfujące na ufrytowanych kawałkach warzyw, ślizgające się po bursztynowych falach [...]”).

Tym, co wyróżnia pisanie Hrycyk jest też uczciwy balans między prawem do wyjątkowości prywatnego doświadczenia a świadomością jego pokoleniowej reprezentatywności. Jako rówieśnik autorki potwierdzam, że wie, co mówi, gdy opowiada o przedszkolnej duchocie i dziwnych strategiach odchudzania w świecie wzbierającego dobrobytu. Ale „Girl dinner” to nie tylko prywatna maszyna myśli – dowiemy się też, jak nad jedzeniem ujawnia się prawda o międzyludzkich podobieństwach i różnicach („mam po niej najwięcej, upodobanie do pożywnej brzydoty, kształt uszu i ust, pomarańczowe piegi”), i jak przy użyciu najprostszego głodu wytwarzać można metafory pierwotnego, witalistycznego pragnienia.

okładka

Justyna Hrycyk, „Girl dinner”, Wydawnictwo Cyranka

Rządy frytkownicy

Kiedy to czytacie, jesteśmy nieledwie dwa tygodnie po tym, gdy prawica urządziła w Internecie histerię wokół roślin strączkowych w szkolnych stołówkach. Z tym większym zrozumieniem czyta się więc Hrycyk, która wie, ile można zrobić z jedzeniem na poziomie dyskursu, ile potencjalnych pól walki i napięć zorganizować przy pomocy gastronomicznej symboliki. Jedzenie jest ideologiczne, statusowe, podatne na teorie spiskowe; łatwe do przechwycenia przez rozmaite zwroty – antynowoczesny i antykapitalistyczny, antyprzemysłowy, ludowy.

„Girl dinner” czujnie sygnalizuje wszystkie te obszary. Wykształcony przyrodniczo ojciec uprzykrza więc życie swojej rodziny po przeczytaniu internetowych bzdur na temat zdrowotnych właściwości dań z frytkownicy („… w kuchni zawładnęła przestrzenią – potrzebowała dla siebie całego stołu [...]. Kłęby pary buchały znad białej plastikowej pokrywy, gęsty dym wypełniał kuchnię, rozpełzając się następnie przez przedpokój do sypialni i salonu. Spychał nas z kanapy, spełzałyśmy więc na podłogę”). Żywnościowy klucz estetyczny służy też klasowym i estetycznym dystynkcjom – „[...] placki nie należały do jej świata. Ona nie należała do świata placków, świata niechlujstwa, utytłanych placów, tłuszczów trans i glutenu buzującego pod skórą” („chłopcy o twarzach ziemniaczanych” – to też o was).

Wszechstronność rozpoznań czyni Hrycyk pisarką co najmniej obiecującą; oryginalną i przewrotną, choć niewolną jeszcze od resztek wielkomiejskich przyzwyczajeń twórczych spod znaku Matyldy Damięckiej (czytając otwierającą zbiorek „Kiełbasę polską” naprawdę bałem się, że będzie dużo gorzej). Pytanie, czy potrafi uszczelnić przejścia między swoimi mikrohistoriami. A więc powieść, proszę.

Dziękujemy!

Justyna Hrycyk, fot. Emilia Oksentowicz. Zdjęcie dzięki uprzejmości autorki

Justyna Hrycyk, „Girl dinner”
Wydawnictwo Cyranka 2026

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.