Wyzwolenie, reż. Maja Kleczewska, fot. Bartek Barczyk, Joanna Siwiec
„Wyzwolenie”, reż. Maja Kleczewska, fot. Bartek Barczyk, Joanna Siwiec

Po „Wyzwoleniu” Mai Kleczewskiej: mam dość teatru!

( 19.03.2026 )

„Wyzwolenie” Mai Kleczewskiej to najsłabsze ogniwo jej trylogii w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Spektakl robi wrażenie odklejonej od rzeczywistości, chwilami bełkotliwej adaptacji, której nie spaja muzyczna, oratoryjna forma.

„Wyzwolenie” Wyspiańskiego to tekst oceniany zerojedynkowo: jako przejaw geniuszu, któremu trzeba dorównać – co nie wszystkim się udaje – lub bełkot artysty chorego na syfilis, w potężnej gorączce. Oczywiście: jedno nie wyklucza drugiego!

Jednak spektakl Mai Kleczewskiej – na szczęście krótki, niespełna dwugodzinny – poza rzadkimi momentami, nawet z pozycji kibica jej twórczości ogląda się z rosnącym rozczarowaniem, któremu towarzyszy pytanie: po co to wszystko, o co tu chodzi? Co by z tego zrozumieli zagraniczni widzowie, skoro wyrafinowana publiczność obecna na premierze (a zjechało się wiele ważnych dyrektorek i dyrektorów teatrów, festiwali i instytucji) tym razem nie miała siły na dyplomację? Brawa były okrutnie zdawkowe, krótkie, jakby wszyscy chcieli wyjść jak najszybciej i zapomnieć.

Zdanie wygłoszone w finale przez dyrektora krakowskiej sceny Krzysztofa Głuchowskiego (gra Reżysera) do scenicznego Konrada (Mateusz Bieryt), ale przecież również członka zespołu, brzmi jak okrutna recenzja: „Mam dość teatru”. Nie będę ukrywał: utożsamiłem się z tą kwestią. Nic dodać, nic ująć.

Dziękujemy!

„Wyzwolenie”, reż. Maja Kleczewska, fot. Bartek Barczyk, Joanna Siwiec

Czterdzieści i cztery

Cel premiery był ambitny. „Wyzwolenie” miało zwieńczyć trylogię Mai Kleczewskiej w Teatrze im. Słowackiego, który chciał skonfrontować współczesność ze swoim założycielskim, legendarnym repertuarem, jaki ponad 120 lat temu Stanisław Wyspiański wprowadził na scenę działającą wówczas pod nazwą Teatr Miejski w Krakowie.

Przypomnijmy: po prapremierze „Wesela” w marcu 1901 roku Wyspiański otrzymał wieniec z symboliczną liczbą 44, nawiązującą do „Dziadów” Mickiewicza i oznaczającą Zbawcę Polski. W mniemaniu fundatorów wieńca liczba miała być symbolem czwartego wieszcza narodowego. Wyspiański potraktował zaś wyróżnienie jak zobowiązanie. Niedługo potem, 31 października 1901 roku, wystawił jako pierwszy mickiewiczowskie „Dziady” oparte na wszystkich częściach utworu. Przygotował też własną odpowiedź na „Dziady” – „Wyzwolenie”, które miało premierę 28 lutego 1903 roku. Do dziś fascynuje nowoczesną i zagadkową formą, jego bohaterem jest bowiem Konrad „przechwycony”, „przejęty” z tekstu i inscenizacji „Dziadów” dla własnych, bynajmniej nie brązowniczych celów. Bohater zbuntowany przeciwko Mickiewiczowi. Ten został przedstawiony krytycznie w postaci Geniusza, który wylansował martyrologiczną wizję naszej historii.

Dziękujemy!

„Wyzwolenie”, reż. Maja Kleczewska, fot. Bartek Barczyk, Joanna Siwiec

Wyspiański napisał bowiem utwór, który miał wyzwolić Polaków z okowów toksycznej polskości oraz opresyjnego katolicyzmu. Uczynić ich wolnymi w nowoczesnym tego słowa znaczeniu, co w innym języku kontynuował z powodzeniem Witold Gombrowicz. Wyspiański uczynił to jako jedna z najważniejszych postaci reformy teatralnej ówczesnej Europy, tworząc „teatr ogromny”, inspirowany katedrami, operami Wagnera i myślą Gordona Craiga – jako wizjoner, dramatopisarz, poeta, malarz, scenograf, a w końcu wieszcz.

Z perspektywy rozwoju teatru niebanalne było to, że autor postawił swojego bohatera, a zarazem alter ego, na konkretnej scenie Teatru Miejskiego (dziś Słowackiego), tworząc „dramat miejsca”. Stworzył postać, która pojmuje wolność w sposób totalny, nietzscheański: nie uznaje autorytetów, systemów, religii, konwenansów. Spiera się ze wszystkimi (także ze sobą) o wszystko – w wymiarze ideowym, politycznym, życiowym i artystycznym, teatralnym. Przecież „Wyzwolenie” zamyka scena rozejścia się aktorów biorących udział w performansie Konrada, gdy ów performans się kończy.

Dziękujemy!

„Wyzwolenie”, reż. Maja Kleczewska, fot. Bartek Barczyk, Joanna Siwiec

Swinarski i Klata

Co najmniej kilku wybitnych reżyserów udowodniło już, że „Wyzwolenie” nie jest bełkotem. Do legendy przeszło „Wyzwolenie” Konrada Swinarskiego z 1974 roku w Starym Teatrze. Jerzy Trela grał Konrada w psychiatryku – tak Swinarski odniósł się do realiów gorączki Wyspiańskiego, ale i do sprzeczności w samym tekście.

*Reklama

Ostatnio w Teatrze Wybrzeże z powodzeniem wystawił „Wyzwolenie” Jan Klata, jeszcze przed objęciem posady dyrektora w Teatrze Narodowym. Premiera odbyła się w Gdańsku na dzień przed wyborami, w których zwycięła „koalicja 15 października”. Klacie udało się stworzyć pojemną sceniczną formę również dzięki możliwościom technicznym zmodernizowanej sceny Wybrzeża. Pokazał bohaterów Wyspiańskiego w chwili sądu ostatecznego przypominającego obraz Memlinga z gdańskiej Bazyliki Najświętszej Marii Panny. Polskie piekło kończyła pełna rozpaczy, wstrząsająca scena samospalenia, będąca jednocześnie hołdem dla współczesnego Konrada, czyli Piotra Szczęsnego. W 2017 roku, w proteście przeciw rządom Zjednoczonej Prawicy, stał się pochodnią protestu, o której tyle mówi się u Wyspiańskiego.

W dniu ogłoszenia wyników wyborów, tuż po premierze – można było sądzić, że ofiara nie poszła na marne.

Dziękujemy!

„Wyzwolenie”, reż. Maja Kleczewska, fot. Bartek Barczyk, Joanna Siwiec

Cykl Kleczewskiej

Maja Kleczewska rozpoczęła przygotowania do „Wyzwolenia” na długo przed próbami do spektaklu. Za punkt startu z dzisiejszej perspektywy można uznać jedno z najważniejszych przedstawień ostatnich lat, na pewno pod względem politycznym. W „Dziadach” z 2022 roku z Dominiką Bednarczyk grającą pierwszego kobiecego Konrada oglądaliśmy m.in. scenę w więzieniu, którą można było interpretować jako rzecz o aresztowaniu uczestniczek Strajku Kobiet lub też o białoruskich dysydentkach za Łukaszenki. To zestawienie pokazywało, jak nisko upadła Polska pod rządami PiS.

Z kolei sekwencja z Ewą, rozgrywana na tle gigantycznej sylwety ołtarza Wita Stwosza, była protestem przeciw pedofilii w Kościele. Całość była dopełniona finałem „Salonu Warszawskiego”, gdzie postać Nowosilcowa – grana na zmianę przez Jana Peszka i Krzysztofa Głuchowskiego – została odebrana przez ówczesny rząd jako krytyka jego poczynań i wywołała skandal. PiS wszedł wtedy na drogę, którą obrała PZPR po premierze „Dziadów” Dejmka w 1968 roku: odwoływanie dyrektora i pacyfikowanie zespołu. Teatr im. Słowackiego stracił szansę na tytuł narodowej sceny, a więc i gwarancję zwiększonej dotacji, dyrektor Krzysztof Głuchowski znalazł się zaś w kafkowskiej sytuacji – odwoływano go ze stanowiska przez 800 dni.

Dziękujemy!

„Wyzwolenie”, reż. Maja Kleczewska, fot. Bartek Barczyk, Joanna Siwiec

Joker i Konrad

Wspominam o „Dziadach” z tych samych powodów, dla których istotny jest kolejny spektakl Kleczewskiej w „Słowaku”, czyli „Wesele”. Chodzi bowiem o to, że wiele postaci z tych przedstawień przeniknęło do „Wyzwolenia”. Reżyserka powiązała najnowszą premierę z dwoma wcześniejszymi premierami – poprzez tematykę, bohaterów, kostiumy, rekwizyty, tworząc cykl pełen wewnętrznych odniesień. Krzysztof Głuchowski w roli Stańczyka w „Weselu” posługiwał się mimiką Jokera. W „Wyzwoleniu” powraca w roli Reżysera, ale już w kostiumie i makijażu Jokera, co daje efekt cynicznego łowcy hitów. Reżyser w mało wiarygodny sposób namawia Konrada do wystawienia sztuki opisującej współczesną Polskę. Po prostu trzeba czymś ogromną scenę zapełnić!

Reżyser-Joker porusza się po gigantycznych schodach, zaprojektowanych przez scenografkę Justynę Łagowską, krokiem Joaquina Phoenixa, pokazując jednoznacznie swój kunktatorski charakter. W tę mało ambitną aurę wpisuje się też Muza (Karolina Kazoń), spływająca z nadscenia na cyrkowej obręczy. Nie kryje, że jest gwiazdą amatorskich teatrzyków, przyzwyczajoną do sztampowych ról i pojmowania sztuki w przebrzmiały, romantyzujący sposób.

Dziękujemy!

„Wyzwolenie”, reż. Maja Kleczewska, fot. Bartek Barczyk, Joanna Siwiec

W „Dziadach” alter ego kobiecego Konrada (poruszającego się o kulach, co było hołdem dla siły Janki Ochojskiej) tańczyła choreografka Kaya Kołodziejczyk, prezentując tę heroiczną sprawczość kobiet, która – ujmując rzecz słowami Mickiewicza – pozwala trony dźwigać i obalać. Postać o kulach pojawia się również w „Wyzwoleniu”, grając Maskę 3, buntując się przeciwko pochwale nienawiści Konrada Wyspiańskiego.

Wracają inne postaci z „Wesela”. Zespół Teatru im. Słowackiego występował tam w kostiumach mieszczan i Krakowiaków, ale to był tylko pozór historycznego odczytania. Kleczewska częściowo przeniosła bowiem scenę ze zjawami z początku XX wieku w realia II wojny światowej. Ocalonych Żydów rozstrzeliwuje nacjonalistyczna partyzantka. Ten wątek ma teraz kontynuację: oficer Narodowych Sił Zbrojnych pojawia się w sekwencjach zbiorowych „Wyzwolenia”, które mają z kolei dzisiejszy nacjonalistyczny kontekst, wyrażony flagami ONR i symbolem falangi.

Dziękujemy!

„Wyzwolenie”, reż. Maja Kleczewska, fot. Bartek Barczyk, Joanna Siwiec

NSZ i Wernyhora

O wielkiej sile „Wesela” świadczył również pomost przerzucony z przeszłości do współczesności – dosłownie. Właśnie tym pomostem ponad widownią wchodzili na scenę nie tylko nacjonalistyczni partyzanci i ich żydowskie ofiary, ale też Wernyhora. Tę postać gra ukraińska aktorka Anna Syrbu. To bardzo mocny trop interpretacyjny: proroctwo Wernyhory, strata Złotego Rogu i bierność polskich bohaterów zostały spuentowane wizualizacjami współczesnych pożarów, które miały za zadanie popsuć nasze dobre samopoczucie perspektywą rozszerzenia się wojny w Ukrainie poza jej granice, również na polską wieś, gdzie spokój jest pozorny.

Teraz Anna Syrbu powraca w „Wyzwoleniu” w rolach Hestii, Konrada X i Erynii.

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Esej ) ( Monika Stobiecka )

Michał Anioł z Alei Zielenieckiej. Niedyskretny urok wystaw imersyjnych

Piszę tak dużo o zakorzenieniu „Wyzwolenia” w dwóch poprzednich spektaklach, ponieważ z jednej strony nie można pomijać ewidentnych odwołań i nawiązań, z drugiej zaś można odnieść wrażenie, że to protezy, mające wzmocnić nieprzekonującą formę i wykonanie trzeciej części cyklu. Ci, którzy widzieli „Dziady” i „Wesele”, mają do rozpoznania związki między postaciami. Ale reszta, która będzie oglądać „Wyzwolenie” bez znajomości kontekstu – nie dość, że waloru skomplikowanej konstrukcji nie dostrzeże, to będzie również mieli kłopot poznawczy z powodu łączenia aktorek i aktorów z wieloma postaciami.

Trzeba więc zadać kardynalne pytanie: dlaczego rozpoczynająca próby do „Wyzwolenia” Dominika Bednarczyk, czyli Konrad z „Dziadów”, ostatecznie nie gra w „Wyzwoleniu”. Zrezygnowała? Odmówiła? Jej nieobecność pogłębiła wrażenie chaosu poprzez rozszczepienie postaci głównego bohatera/ki na dwanaście postaci, ostatni Konrad nosi bowiem nr XII.

Do całości nie nastraja dobrze początek spektaklu. Intrygujące jest jeszcze to, gdy grupa polityków i postaci – Karmazyn, Hołysz, Prezes, Przodownik, Kaznodzieja, Prymas, Samotnik – na oczach wchodzącej do teatru publiczności przygotowuje się do udziału w programie publicystycznym, poprawia makijaże i mikroporty. Ale zanim zobaczymy to polityczne piekło na ekranie, tę pożal się Boże polską debatę, oglądamy Konrada nr 1.

Dziękujemy!

„Wyzwolenie”, reż. Maja Kleczewska, fot. Bartek Barczyk, Joanna Siwiec

Chór bez głosu

Mateusz Bieryt na proscenium skanduje tekst „Jestem w każdym z nas”, włączając do gry chór rozmieszczony na parterze widowni, pośród widzów. Niestety, w Słowaku ta scena nie imponuje świeżością. Po wielkim sukcesie musicalu „1989”, muzyczna forma w krakowskim teatrze nazbyt często staje się sposobem na zyskanie aprobaty widzów. Zanim Kleczewska zaproponowała nam oratoryjne „Wyzwolenie” – styczniowa musicalowa „Antygona” w reżyserii Jakuba Roszkowskiego rozczarowała „modnym” podejściem do tematu, mającym przyciągnąć młodych widzów. Jednocześnie uwertura „Wyzwolenia” może kojarzyć się z Chórem Kobiet, choć nie ma ani takiej siły jak zespół Marty Górnickiej, ani tak klarownego przesłania.

Z pewnością wrażenie robi scenografia Justyny Łagowskiej, której najważniejszy element stanowią gigantyczne schody z obrotowym wnętrzem. Pod koniec dają efekt rozpadliny, przepaści bez dna. Ponad schodami znajduje się ekran – dzisiejsze zwieńczenie wszystkich form przekazu i treści! – który przypomina sarmacki portret trumienny. Wizualizacje Krzysztofa Garbaczewskiego w scenie z królami wprowadzają nas do wawelskich krypt z sarkofagiem Piłsudskiego, gdzie przetworzeniu uległy nagrobne inskrypcje Lecha Kaczyńskiego. To wszystko robi wrażenie, gdy mutuje akcję spektaklu w film zrealizowany z użyciem AI, zniekształcający twarze postaci, by przypominały portrety Francisa Bacona. Zapowiedziana jeszcze we foyer scena publicystycznej debaty o Polsce z udziałem wszystkich politycznych sił, ilustrowana w tle głośnymi dziś hasłami, jest komiksowa i wypada dość płasko.

Dziękujemy!

„Wyzwolenie”, reż. Maja Kleczewska, fot. Bartek Barczyk, Joanna Siwiec

Zamach na „Wyzwolenie”

Ostatecznie, oglądając te pomieszane postromantyczne cytaty z Wyspiańskiego, oddalałem się od tego obcego, anachronicznego świata, którego chyba nie potrafimy zmienić. Dlatego wypowiadana przez Krzysztofa Głuchowskiego fraza „Mam dość teatru” trafnie wyraziła mój stan.

Co ciekawe, we wcześniejszych inscenizacjach Stary Aktor, mówiący w finale, że czuje się nikim wobec dawnych bohaterów, ponieważ zajmuje się sprawami codzienności – był uosobieniem pospolitości, która skrzeczy. Jednak w „Wyzwoleniu” Kleczewskiej postać Tadeusza Międzika na tle wszystkich koturnowych figur i chwytów zaciekawia prostotą.

O naszej codzienności i o tym, jaki powinien być dziś teatr, mówi spektakl „Zamach na Narodowy Stary Teatr” Jakuba Skrzywanka, zaczynający się pastiszem i pośrednio odrzuceniem „Wyzwolenia”. Tymczasem Maja Kleczewska wraz z dramaturgiem Grzegorzem Niziołkiem nie chcieli wychodzić poza ramy tekstu. Ambitnie! Czemu nie? Nie znaleźli jednak języka, by skomunikować swoje próby z rzeczywistością.

Może dlatego w trakcie spektaklu myślałem też: „A co w Iranie?”. Po przedstawieniu, gdy wszyscy włączyli telefony, okazało się, że zabito ajatollaha Chameneiego, a nam grozi kolejny krwawy konflikt trwający latami. Kto nas z tego wyzwoli?

„Wyzwolenie" 
reżyseria: Maja Kleczewska
Teatr im. Słowackiego w Krakowie
czas trwania: 2h
premiera: 28.02.2026

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.