Otwarty stół i szczelne akwarium. Rozmowa z Leną Górą
( 28.04.2026 )
Są obywatelami całego świata, a spotkali się we Wrocławiu, na American Film Festival. Po kilku latach reżyser Pete Ohs oraz scenarzystka i aktorka Lena Góra wracają na ten sam festiwal, tym razem wspólnie, z filmem „Erupcja”. Nakręcili go w Warszawie, z międzynarodową ekipą, a do undergroundowego projektu dołączyła Charli XCX w samym środku Brat Summer. Wywołała tym lawinę pytań, na które w końcu możemy odpowiedzieć.
„Erupcja” jest takim brat movie – wcale nie dlatego, że gra w niej Charli XCX. Wasz film powstał za dwa złote, w partyzancki sposób, w grupie przyjaciół. Nie jest wymuskany i nie próbuje wkraść się w niczyje łaski. Czy uważasz, że duże budżety, wytwórnie i platformy streamingowe zabijają kreatywność?
Nie kreatywność, a spontaniczność. Mainstreamowe kino skupia się na pieniądzach, szybkiej produkcji, algorytmach i politycznej poprawności. To fabryka, i jeśli jest się częścią tego wielkiego kombajnu, jest wiele rzeczy, których nie można powiedzieć. Poza tym ciąży na tobie ogromna presja, by wywiązać się z kontraktów. Jeżeli chcesz zrobić coś we własnym tempie, musisz wziąć się w garść i po prostu dowieźć, bez wsparcia wielkich wytwórni. Tak jak Jim Jarmusch robił swoje pierwsze filmy. Tak jak moja mama łamała system w „Imago”.
Dziś jest tak niewiele osób, za którymi można podążać. Dla mnie najbardziej interesujący są obecnie zespół Kneecap i niedawno wybrany burmistrz Nowego Jorku, Zohran Mamdani. Nie mają w sobie strachu, proponują kontrę do ogólnej społecznej myśli. Taka jest też rola artystów. Artyści od zawsze byli rewolucjonistami. John Lennon, Yoko Ono, Patti Smith, Nina Simone, David Bowie sprzeciwiali się nakazom i walczyli o wolność. To o wolność i pokój walczymy od lat i o to jest cała wielka rewolucja. Urodziłam się w 1990 roku, jestem nazywana przez prasę „dzieckiem wolności”. Więc jak każde dziecko, walczę o swoją matkę.
Lena Góra, fot. Michał Więckowski
„Erupcja” to amerykański film zrobiony w Polsce, a „Roving Woman” – polski film zrobiony w Ameryce.
W jakiś sposób te projekty są dla mnie siostrzane. POV [point of view, punkt widzenia – red.] polskich oczu w Ameryce i amerykańskich w Polsce. W przypadku „Erupcji” wszyscy nasi twórcy byli z Ameryki, a film dzieje się w Polsce i pod polskim tytułem. W przypadku „Roving Woman” jest dokładnie na odwrót. Wszyscy twórcy byli z Polski, a film, pod angielskim tytułem, dział się w Stanach.
Jako osoba, która mieszka i w Stanach, i w Polsce – jak postrzegasz współczesną Warszawę?
Dla zabawy wytypujmy jeszcze jedną, odrębną tożsamość geograficzną. I to ją nazwijmy „Warszawą”. Czasem jest francuska, nostalgiczno-romantyczna, co widać bardzo dobrze w filmach Kieślowskiego, Polańskiego lub Żuławskiego. Czasem trashowowschodnia. Czasem niczym Berlin, anachroniczna i nowoczesna. Eklektyczna, bardzo różna i wspaniała. Może przydałoby się jeszcze kilka fajnych barów. Ale poza tym jest dobrze. Warszawa fajnie się wymyśliła, odrodziła i postawiła na nowo.
Dla bohaterki „Erupcji”, pochodzącej z Londynu Bethany, Warszawa jest miejscem bez kulturowych ograniczeń, przestrzenią, gdzie może być w pełni wolna, odkryć się na nowo. Nie jestem pewna, czy wszyscy warszawiacy mogą powiedzieć o swoim mieście to samo.
Jestem dumna z bycia Polką, Warszawianką, Sopocianką, teraz podczas American Film Festival także Wrocławianką. Dumna i zachwycona tym, co tutaj mamy. Wielu Polaków postrzega ten kraj jako miejsce opresyjne. Bardzo chciałabym zmienić tę perspektywę. Przyciągając do Polski największą gwiazdę popu i innych świetnych amerykańskich twórców, kręcąc dobre filmy w Warszawie – chcę pokazać Polakom, jacy jesteśmy cool. I dumnie to poczucie wartości eksportować.
Lena Góra po premierze filmu „Erupcja”, Toronto International Film Festival 2025, fot. Michał Więckowski
Jak poznałaś swoich partners in crime z erupcyjnej bandy, reżysera Pete’a Ohsa i Charli XCX?
Pete’a przedstawiła mi Ulka Śniegowska, tu we Wrocławiu. Stwierdziliśmy, że chcemy razem coś stworzyć. Zaprosiliśmy do współpracy wszystkich naszych ulubionych ludzi, żeby zrobić taką kreatywną zupę. Wspólnie ją ugotować, posolić, popieprzyć i zobaczyć, co z tego wyjdzie. W maju 2024 roku, zaraz przed premierą płyty „Brat”, Charli zadeklarowała, że chce dołączyć do projektu, że w sierpniu jest wolna i może przyjechać do Warszawy. Z perspektywy czasu wydaje mi się to jeszcze bardziej magiczne. Pete mieszkał wtedy w Warszawie. Kiedy wszystko było postanowione, zaprosiłam do projektu najbliższych mi ludzi: Michała Więckowskiego, Maję Michnacką, Agatę Dziurgot, Agatę Trzebuchowską – tytułową Idę z oscarowego filmu Pawła Pawlikowskiego. Ale wbrew pozorom w naszej ekipie nie było erupcji. Podeszliśmy do projektu z dużym spokojem i skupieniem. Rozumieliśmy się bez słów.
W filmie też pada niewiele słów. Komunikacja nie jest mocną stroną bohaterek. Czego nie dowiadujemy się z rozmów, dopowiada narrator z offu.
Bohaterowie wypowiadają się u nas bardzo lakonicznie. Zależało nam, by nie nazywać wszystkiego wprost. Raczej dać publiczności przestrzeń, by wspólnie pomilczeć i poczuć, o czym jest nasza opowieść. To nie jest tak, że nie lubię przegadanych filmów. Amerykański mumblecore jest mi bardzo bliski, tak samo filmy Jarmuscha, które mają więcej słów niż mniej. Ale czasami cisza jest dużo głośniejsza niż słowa. A nasz film, w sercu, jest właśnie o zrozumieniu, wybaczeniu i daniu sobie pozwolenia, by żyć, jak chcemy. Nawet jeśli kulturowo jesteśmy inni: nasze zasady, cele, potrzeby i podstawy bytu są inne. To cicha opowieść o rozmowie.
Scenariusz pisany z dnia na dzień, praktycznie przez całą obsadę. Reżyser, który jednocześnie nagrywa, montuje, edytuje dźwięk. Dlaczego proces powstawania filmu był taki nietypowy?
Proces Pete’a przypomina matematykę, nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś podobnego. To mistrz minimalizmu, korzystania z tego, co jest dostępne. Kiedy montuje, kiedy filmuje, kiedy na bieżąco tworzy scenariusz, dosłownie słychać rytm jego pracy. Wystarczyło się temu poddać i uczestniczyć w jego piosence. To był bardzo żywy proces. Taki otwarty stół. Nie mieliśmy gotowej tezy, wiele rzeczy odkrywaliśmy w trakcie. Wieczorem wszyscy razem robiliśmy kolację, piliśmy wino i rozmawialiśmy o tym, co może wydarzyć się z naszymi bohaterami następnego dnia.
Charli XCX i Lena Góra, Toronto International Film Festival 2025, fot. Michał Więckowski
A w jaki sposób udało wam się pogodzić techniczne aspekty robienia filmu z tym, że powstawał na spontanie?
Dla mnie niezbędne jest stworzenie takiego szczelnego akwarium, w którym artysta czuje się totalnie bezpieczny. Środowiska, w którym można kreować autentyczny sposób wypowiedzi, odpuścić kontrolę. Dlatego te ramy są tak ważne – żeby potem móc się w nich zgubić.
Gubią się też bohaterki „Erupcji”. Wymykają się odgórnie narzuconej tożsamości kulturowej, ale w ich życiu pojawia się pustka.
Młodzi ludzie nie mają teraz zbyt wielu wzorców. Są przebodźcowani wszechobecnymi opiniami, nadmiarem informacji. Czuć w nich strach przed nawiązywaniem głębszych relacji. Te przypadkowe i krótkotrwałe wydają się bezpieczniejsze, bo nie wymagają określania się. Nie utożsamiają się ze starymi wartościami, ale jeszcze nie znaleźli dla siebie nowych. Pojawia się potrzeba ucieczki i poszukiwania własnej drogi. Miejsce urodzenia bardzo nas warunkuje i ciężko jest wyjść poza swoją tożsamość kulturową. A ja bardzo polecam nazwać ten swój normcore i spróbować go porzucić.
Jeśli idzie się przez życie zupełnie wolno, nie ma możliwości, by kogoś po drodze nie skrzywdzić. Grana przez Charli XCX Bethany dusi się w związku i całkowicie olewa swojego oddanego, ale nudnego chłopaka na rzecz nocnego życia Warszawy.
Bethany reprezentuje pewną toksynę; to mroczniejsze przesłanie płyty Charli, bycie brat. Jej podejście jest zderzone z czułością mojej bohaterki, Nel. Ten wielogłos, złożoność kobiecych charakterów w kinie jest dla mnie bardzo ważny. Był taki moment, że feministyczne bohaterki musiały być wiecznie silne. Podkreślać swoją niezależność poprzez kopanie męskich tyłków. A to jest takie płaskie! Jak przyjmowałam rolę w „Przesmyku”, od razu oznajmiłam, że moja bohaterka nie będzie po prostu zimną, seksowną agentką. Ta reprezentacja kobiety na ekranie jest feministyczna tylko z pozoru, a tak naprawdę to wciąż jest male gaze. Dlatego laski w „Erupcji” nie są wydmuszkami albo karykaturami, są wielowymiarowe. Patrzą w lustro i zastanawiają się – nad sobą, nad światem, kulturą, swoimi potrzebami. Są mocne, ale i delikatne. Łamią serca i cierpią z miłości. Albo jak główna bohaterka „The Worst Person In The World” Joachima Triera, są po prostu the worst. I to też jest ok.
Wywiad został opublikowany w drugim roczniku drukowanego magazynu Mint.
„Erupcja”
reżyseria: Pete Ohs
Premiera: 22 maja 2026 (Polska)
Dystrybutor: Velvet Spoon