Schronisko dla zwierząt w Wałbrzychu fot. Maciej Lulko
fot. Maciej Lulko

Wysmarować rękę pasztetem i działać. O projektowaniu dla zwierząt i schronisku w Wałbrzychu

( 01.07.2026 )

„Pojechaliśmy do kilku schronisk, między innymi do Wrocławia. Rozmawialiśmy z pracownikami, zostaliśmy oprowadzeni po obiektach. Nagrałem trochę materiałów na przyszłość. Szybko zauważyliśmy wspólny dla tych schronisk problem. Żadne z nich nie miało na siebie pomysłu, były dosłownie cięte z metra”. Rozmawiamy z Krzysztofem Grześkowem z „Rewizji. Grupy Projektowej”, odpowiedzialnej za realizację schroniska dla zwierząt w Wałbrzychu.

Dziś w Polsce obchodzimy Dzień Psa. Wiele czworonożnych przyjaciół otrzyma w prezencie nowe szelki, żwacze wołowe, ulubione smaczki. Niestety, przygnębiający odsetek psów spędzi to święto bez swoich opiekunów. Należą do nich psy mieszkające w schroniskach. Czy architektura schronisk może w jakiś sposób ulżyć im w ich niełatwej codzienności? To pytanie zadała sobie pracownia Rewizja. Grupa Projektowa. Odpowiedzią stał się projekt schroniska w Wałbrzychu, które działa od grudnia ubiegłego roku. 

O historii jego powstania, procesie projektowym i trudnościach związanych z realizacją rozmawiam z założycielem pracowni, Krzysztofem Grześkowem. Poza realizacją schroniska Krzysztof od kilkunastu lat prowadzi złożony proces rewitalizacji Lubomierza. To ponad 20 projektów o różnej skali, obejmujących między innymi Muzeum Miejskie, remizę, zespół klasztorny, urząd miasta, rynek, bibliotekę, mieszkania socjalne, świetlicę wiejską, Lubomierskie Centrum Kultury oraz Ogrody Benedyktyńskie.

Jak zaczęła się wasza historia z wałbrzyskim schroniskiem?

Pracownię prowadzimy od 2012 roku. Na początku braliśmy większość projektów, które się pojawiały. Po pierwsze dlatego, że nie mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby ich nie brać. Po drugie – wszystkie wydawały się fascynujące. Po pięciu latach, kiedy zrozumieliśmy, że w architekturze liczy się Excel i wyciskanie PUM-u, zaczęliśmy przesuwać środek ciężkości na mniej oczywiste tematy.

Włączyło się poczucie misji?

Nie. Przynajmniej na początku było to czysto egoistyczne podejście. Chcieliśmy, żeby nasze życie było ciekawe.

W 2018 roku pojawił się w moim życiu Adam, piękna biała akita. Jestem pracoholikiem i wierzyłem, że Adama da się ułożyć obok mnie. Na początku był małym pączkiem, ale później, gdy miał jakieś sześć czy siedem miesięcy, już nie panował nad siłą. Nieraz było tak, że kiedy za czymś pobiegł, ja leciałem jak Superman ze smyczą przez parę metrów, bo tak mną szarpało. Wiedziałem też – a o akitach panują takie opinie – że to nie jest łatwa rasa. Ale żyłem w przekonaniu, że psa da się wyszkolić. Zadzwoniłem do jednej trenerki, pani Danuty, i mówię: „Ja tutaj mam biuro, pani przyjdzie, ja zapłacę i może pani ułoży mi tego pieska, bo chcę z nim spędzić kolejne dziesięć czy piętnaście lat”. A ona na to: „Panie Krzysztofie, ja nie będę szkolić Adama, tylko pana”.

Dziękujemy!

fot. Maciej Lulko

Ta zmiana perspektywy wpłynęła na relację twoją i Adama?

Nie będę mówił o takich banałach jak miłość, przyjaźń i tym podobne. Adam po prostu nauczył mnie pewnej empatii. Trenerka wyciągała mnie z biura, gdzie klikam, dzwonię, wystawiam faktury, i nagle musiałem wyjść do parku naprzeciwko, usmarować rękę pasztetem, skakać jak króliczek, podnosić głos. To był dla mnie punkt zwrotny w zrozumieniu tego, co mogą dać nam zwierzęta i czego od nas oczekują.

Potem przyszedł 2020 rok. Nie mieliśmy zbyt wielu zleceń, a ja nie chciałem już powielać tych samych schematów z dotychczasowymi deweloperami. Kiedy pojawiła się kolejna możliwość – schronisko w Wałbrzychu – postanowiliśmy złożyć ofertę.

W ramach przetargu?

Tak. I tu już pojawia się poczucie misji. Nie lubię architektów, którzy stawiają siebie ponad zlecenia publiczne, a tym samym ponad społeczeństwo, i mówią, że nie będą brać udziału w przetargach, bo – dajmy na to – honoraria są za niskie. Gdzie w takim razie jest społeczny wymiar tego zawodu?

Trudno wymagać od każdego finansowego poświęcenia.

Rzeczywistość jest, jaka jest, i trzeba się w niej odnaleźć. My, architekci, powinniśmy brać udział w przetargach. Znam duże, fajne biura, które to robią, mimo że na początku się bały. Może nie są to zlecenia tak prestiżowe jak konkursy, ale uczestnictwo w przetargach to nasz obowiązek. Na schronisko w Wałbrzychu wpłynęły dwie oferty. Często wpływa tylko jedna. Gdyby zainteresowanie architektów było większe, poziom lokalnej architektury na pewno by wzrósł.

Czy realizacja schroniska opłaciła wam się finansowo?

Nie.

Dziękujemy!

fot. Maciej Lulko

Było warto z innych powodów?

Tak. To będzie brzmiało, jakbym romantyzował, ale niesamowity jest moment, w którym po pięciu latach od postawienia pierwszej kreski mogę stanąć przy budynku i stwierdzić, że jest. W przypadku schroniska w Wałbrzychu dochodziła jeszcze świadomość, że te zwierzęta miały strasznie przejebane i zasługiwały na lepsze warunki. W poprzednim schronisku prym wiodło, nazwijmy to, addytywne, azjatyckie podejście. Czegoś nam brakuje, widzimy jakąś dziurę – przykryjemy ją blachą. Psom jest zimno – przykryjemy budę kocem. Psy to w końcu pogryzą, więc dołożymy coś kolejnego.

Nie było żadnego konkretnego planu, warunki były fatalne. Trudne było też samo ukształtowanie terenu. Schronisko znajdowało się na stoku i musiało mierzyć się z wodami opadowymi. Nie było tam kanalizacji. To był po prostu dramat. Fakt, że tak długo dojrzewano do budowy nowego schroniska, uważam za coś absurdalnego.

*Reklama

Nowa lokalizacja wskazana przez miasto była trafnym wyborem?

Tak. Zachowano ponad 300 metrów odległości od zabudowy mieszkaniowej, w okolicy jest punkt selektywnej zbiórki odpadów, las i hałda pokopalniana. To wszystko sprawia, że bariera oddzielająca schronisko od ludzi jest duża i naturalna. Problemem była jedynie infrastruktura, a właściwie jej brak. Nie dało się tam dojechać inaczej niż dziurawą drogą polną. Nie było ani kanalizacji deszczowej, ani sanitarnej. Wymagało to równoległych inwestycji – przebudowy drogi, doprowadzenia nowej sieci i tak dalej.

Projektując hotel pracowniczy, zamieszkaliście na jakiś czas w jednym z nich, żeby lepiej zrozumieć jego funkcjonowanie. Jak przebiegał wasz research w przypadku schroniska?

Pojechaliśmy do kilku schronisk, między innymi do Wrocławia. Rozmawialiśmy z pracownikami, zostaliśmy oprowadzeni po obiektach. Nagrałem trochę materiałów na przyszłość. Szybko zauważyliśmy wspólny dla tych schronisk problem. Żadne z nich nie miało na siebie pomysłu, były dosłownie cięte z metra. Układ wszędzie wyglądał podobnie: przez środek biegł niedoświetlony korytarz, po obu stronach znajdowały się boksy. Pod względem układu wiele schronisk w Polsce przypomina hale przemysłowe – jak Lidla czy Kauflanda. Efekt jest taki, że brakuje naturalnego światła. Jest co prawda wentylacja, ale wyłącznie mechaniczna.

W każdym schronisku zadawaliśmy to samo pytanie: „Dlaczego tutaj tak śmierdzi, skoro jest wentylacja?”. W niektórych obiektach wydano na nią dwa-trzy miliony złotych. Tylko po to, żeby kilka lat później pracowniczka schroniska powiedziała: „Wie pan co, skoro brakuje nam pieniędzy na karmę, to na prąd tym bardziej, więc tej wentylacji po prostu nie włączamy”. To dało nam do myślenia. Oczywiście wymiana ciepła, rekuperacja i podobne rozwiązania mają swoje zalety, ale uznaliśmy, że lepiej oprzeć się na naturalnej wentylacji. Prawdopodobnie i tak skończyłoby się na tym, że schronisko, szukając oszczędności, ograniczałoby koszty utrzymania.

Dziękujemy!

fot. Maciej Lulko

Co jeszcze rzuciło wam się w oczy?

Nieludzka urbanistyka. Ona z niczego nie wynika. No, chyba że z braku zaangażowania.

Musi kryć się za nią jakiś aspekt praktyczny, skoro jest tak powszechna.

Na pewno, ale da się to zrobić dużo lepiej. Często nie wiadomo nawet, gdzie znajduje się strefa wejściowa, a to już podstawowy błąd projektowy. Druga kwestia to skala tych obiektów. Dla mnie, dorosłego faceta, stanięcie przed takim budynkiem bywa przytłaczające. Te obiekty są mało przyjazne, a przecież architektura powinna być bliska człowiekowi.

A jeśli jest bliska człowiekowi, to automatycznie staje się też bliska czworonożnym zwierzętom?

Myślę, że tak. Zwierzęta nie mają wielkich wymagań. Potrzebują odpowiedniej temperatury – ani za zimno, ani za ciepło – jedzenia, wody, ruchu i pewnej dozy wolności. W gruncie rzeczy ich potrzeby są zbieżne z naszymi. Schronisko projektuje się przede wszystkim dla ludzi, bo to my mamy bardziej wygórowane oczekiwania.

Ludzi trzeba przekonać odpowiednią narracją czy efektownym wykończeniem. U zwierząt tego nie ma. Były jednak jakieś decyzje projektowe dotyczące wykończenia, które podjęliście przede wszystkim z myślą o nich?

Na etapie realizacji pojawiało się sporo głosów zdziwienia, dlaczego w schronisku jest tyle czerwonego. Chodziło o to, że psy nie widzą czerwieni – odbierają ją jako odcienie szarości – więc ten kolor im nie przeszkadza. Istotne były też materiały wykończeniowe. Musiały być odporne na mocz i łatwe do czyszczenia. Ważna była konstrukcja klapy prowadzącej z boksu na wybieg. Pies sam może decydować, kiedy wyjdzie na zewnątrz. Klapa składa się z piętnastu elementów. Nawet jeśli zwierzę pogryzie jeden z nich, wystarczy wymienić tylko tę część.

Poza tym zwierzęta nie potrzebują designu w taki sposób, jak potrzebują go ludzie. Natknąłem się kiedyś na badania pokazujące, że nie potrzebują światła dziennego w takim stopniu jak my. Chodziło o syntezę witaminy D, którą i tak ogranicza sierść. Ale koniec końców schronisko to jeden organizm. Są w nim zwierzęta, ale są też pracownicy spędzający tam po kilkanaście godzin dziennie, wolontariusze przychodzący z poczuciem misji i ludzie chcący adoptować zwierzę.

W przypadku tych ostatnich przestrzeń szczególnie zapisuje się w pamięci. Zawsze wyobrażałem sobie moment adopcji jak scenę z filmu. Przychodzisz z partnerką albo partnerem, dojrzewa w was decyzja o adopcji, nawiązujecie więź z tym jednym psem i nagle wiecie, że pojedzie z wami do domu. Dobrze, jeśli w takim momencie przestrzeń pracuje na te emocje. Przez okno wpada promień słońca, odwracasz głowę i widzisz jakiś ciekawy detal. Architektura ma szansę subtelnie towarzyszyć takim chwilom i zapisać się razem z nimi w pamięci.

Dziękujemy!

fot. Maciej Lulko

Co w takim razie zaproponowaliście?

Przekrój pojawił się dość naiwnie. Nawiązując do Le Corbusiera i jego Modulora, narysowałem pośrodku kartki człowieczka, a po obu stronach dwa psy. Z różnicy wysokości między człowiekiem a zwierzęciem wziął się cały przekrój: trójnawowa hala doświetlona bocznym świetlikiem w nawie głównej. Ten jeden prosty pomysł pomógł nam rozwiązać naprawdę wiele problemów. Doświetlił cały budynek. Zapewnił naturalny komin wentylacyjny – powietrze wpływa przez wejścia dla zwierząt, ogrzewa się wewnątrz i może naturalnie wydostawać się górą. Poza tym niższe nawy boczne oznaczają mniejszą kubaturę do ogrzania.

Obniżając wysokość boksów dla zwierząt do około dwóch metrów, osiągnęliśmy jeszcze jeden efekt. Do budynku można podejść i dotknąć okapu czy deski okapowej. To zapewnia rzadki dziś komfort i poczucie bezpieczeństwa – takie fizyczne obcowanie z budynkiem.

Dziękujemy!
( Redakcja )

Kultura obowiązkowa 23 lutego – 1 marca

Te nawy boczne nadają schronisku lekko sakralny charakter.

Być może. Mam słabość do włoskiej architektury, antyku, symetrii, klasycznych proporcji. Ale najważniejsze było dla nas zrozumienie, czego tak naprawdę potrzebuje schronisko w Wałbrzychu. Sam przetarg przygotowany przez miasto miał długość połowy strony A4. Można było przygotować go trzy razy lepiej.

Jak wyglądały wtedy regulacje dotyczące schronisk?

Kiedy zaczynaliśmy projektować, obowiązywało właściwie tylko jedno rozporządzenie z 2004 roku. Zawierało bardzo ogólne wytyczne: że powinno być pomieszczenie na karmę, miejsce do przechowywania zwłok lub lodówka, kilka podstawowych pomieszczeń i wyjście na zewnątrz. To było tak enigmatyczne, że trudno było traktować te wytyczne jako realną podstawę projektową. W 2022 roku, kiedy oddaliśmy już projekt, weszło nowe rozporządzenie. Pojawiły się w nim konkretne wymagania – na przykład dotyczące minimalnej wielkości boksów, stosowanych materiałów czy nawierzchni, które nie powinny nadmiernie się nagrzewać.

Później, w 2025 roku, weszła jeszcze ustawa łańcuchowa. Nasz problem nie polegał jednak wyłącznie na tym, że przetarg był bardzo ogólny. Nie poprzedziły go żadne badania ani analizy potrzeb mieszkańców.

Dziękujemy!

fot. Maciej Lulko

I stąd protesty mieszkańców, kiedy dowiedzieli się o planowanej budowie?

Tak. Złożyliśmy wniosek o wydanie warunków zabudowy, ale dostaliśmy decyzję odmowną właśnie dlatego, że mieszkańcy protestowali. Nie rozumiałem, jak można być przeciwko schronisku. Może chodziło o brak wiedzy? Może nie wiedzieli, że 300 metrów to zbyt duża odległość, żeby zapach kupy mógł się ponieść. Bali się, że wartość ich nieruchomości spadnie. Winę za to ponoszą władze miasta, które nie przeprowadziły konsultacji na etapie przedprojektowym.

Ostatecznie warunki zabudowy zostały jednak wydane.

Tak. Schronisko działa od grudnia. Chociaż moim zdaniem coś takiego jak schronisko w ogóle nie powinno istnieć.

Co masz na myśli?

Schroniska nie powinny istnieć, bo żadne zwierzę nie powinno musieć tam trafiać. Powinniśmy na tyle uporządkować proces adopcji i opieki nad nimi, żeby schroniska przestały mieć w Polsce rację bytu. W Holandii rozwiązano to między innymi poprzez edukację, podniesienie podatku od zakupu psa i ułatwienie czipowania. Dzięki temu nie ma już tak wielu głupich decyzji, jak kupowanie dzieciom psów na Boże Narodzenie, a potem porzucanie ich w lesie.

Załóżmy, że polskie schroniska już opustoszały. Jaką funkcję pełni schronisko w Wałbrzychu?

Mam nadzieję, że dalej służy zwierzętom. Zamiast miejsca wielomiesięcznego pobytu staje się, dajmy na to, hotelem dla zwierząt. Gdy wyjeżdżamy i nie uda nam się znaleźć dogsittera lub dogsitterki, zostawiamy tam naszego psa z poczuciem, że trafia do dobrego miejsca – z dużymi wybiegami, troskliwymi opiekunami, odpowiednimi warunkami. Jesteśmy gotowi zapłacić więcej, żeby zapewnić mu jak najlepszą opiekę, a te pieniądze wracają później do zwierząt – na lepszą karmę, leczenie, zabawki, na rozwój tego miejsca.

A może zmieni się w ośrodek rekonwalescencji po zabiegach weterynaryjnych? Dlatego dobrze, gdy w schronisku znajduje się gabinet weterynaryjny – nawet w świecie bez bezdomności zwierząt taka funkcja nadal będzie potrzebna.

Dzisiaj schroniska utrzymują się głównie z budżetów miast i gmin, dlatego niemal zawsze brakuje środków na ich funkcjonowanie. W świecie, w którym pełniłyby rolę hoteli i ośrodków opieki, pieniądze pochodziłyby przede wszystkim od ludzi, którzy kochają swoje zwierzęta i chcą zapewnić im jak najlepsze warunki. Dzięki temu łatwiej byłoby utrzymać wysoki standard opieki. Taki świat jestem sobie w stanie wyobrazić.

Wasza droga do realizacji schroniska w Wałbrzychu była długa i żmudna. Jak można ją ułatwić kolejnym projektantom?

Fajny byłby katalog detali architektonicznych dla schronisk – opracowanie, w którym znalazłyby się rozwiązania dotyczące wyjść na wybiegi, obrotowych misek, materiałów odpornych na intensywne użytkowanie, liczby punktów czerpania wody i wielu innych elementów, które dziś każdy projektant odkrywa sam. Kilka tygodni temu spotkaliśmy się z biurem Kwadratura, które projektowało rozbudowę warszawskiego schroniska „Na Paluchu”. To była potrzebna rozmowa. Tak właśnie powinno to działać – potrzebujemy badań poprzedzających przetargi, katalogów dobrych praktyk, publikacji i platformy do wymiany myśli.

Dziękujemy!

fot. Maciej Lulko

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.