Polecane książki 2026

Książki, które warto zabrać na majówkę

( 28.04.2026 )

Bohaterowie, którzy szukają własnej drogi, złapani w potrzask przez bliskich, przez okoliczności historyczne albo własne pragnienia. Polecamy pięć książek na majówkę, które zabiorą was daleko stąd.

MAJ

 

Hisham Matar, „Moi przyjaciele”, przeł. Hanna Jankowska, Wydawnictwo Czarne 2026

Znacznie trudniej napisać dobrą powieść o miłości do przyjaciół niż dobrą powieść o miłości romantycznej, dlatego większość arcydzieł dotyczy tej drugiej. Hisham Matar, Libijczyk wychowany w Wielkiej Brytanii, laureat Pulitzera, o przyjaciołach potrafi jednak pisać tak, jakby pisał o swoich drugich połówkach. Początek powieści chodził autorowi po głowie przez dekadę, a pierwsze zdanie brzmi: „Nie sposób, rzecz jasna, wiedzieć na pewno, co kryje się w czyimś sercu, zwłaszcza własnym […]”. Traumatycznym doświadczeniem w życiu Matara, opisanym w eseju „Powrót” (2016), było porwanie jego ojca, dyplomaty i zagorzałego przeciwnika reżimu Kaddafiego. Prawdopodobnie został zamordowany, gdy Matar miał dwadzieścia pięć lat. To wydarzenie odbija się echem również w „Moich przyjaciołach”, opowieści o losach trzech libijskich ekspatów rozpiętej między Londynem, Paryżem, Bengazi a Kalifornią. Konflikty i bliskość, które rodzą się między przyjaciółmi, przypominają motywy dobrze nam znane z klasyki polskiej literatury emigracyjnej – nie będzie szczęśliwy ani ten, kto wróci budować ojczyznę od podstaw, ani ten, kto wybierze nowy język i nową tożsamość. Jak „Amerykaana” Chimamandy Ngozi Adichie albo przepiękny „Dom pana Biswasa” V.S. Naipaula, „Moi przyjaciele” są historią o tym, jak zbudować dom, gdy nie wiemy już sami, kim jesteśmy. „Przekonanie, że historia nas nie dotyczy, jest równie głupie jak myśl, że nie działa na nas siła grawitacji”, pisze Matar, a jego bohaterowie będą nieść Libię w sercu bez względu na to, co wybiorą.

okładka

Aleksandra Tarnowska, „Niedźwiedź, syn niedźwiedzia”, Wydawnictwo ArtRage 2026

Druga powieść Aleksandry Tarnowskiej nie zawodzi. Po „Wniebogłosie”, znakomitym debiucie o muzycznie uzdolnionym chłopaku ze wsi, doczekaliśmy się równie udanego „Niedźwiedzia, syna niedźwiedzia”. Tarnowska z polskiej wsi lat siedemdziesiątych przenosi nas do współczesnej Turcji, w której sama mieszka. Mamy wczesne lata dwutysięczne, w Narlidere na przedmieściach Izmiru realia życia przypominają te, które znamy z potransformacyjnej Polski, ale na tureckiej prowincji szanse na awans społeczny są jeszcze mniejsze. Rodzina czternastoletniego Nazıma żyje w biedzie. Domem i niepełnosprawną siostrą bohatera opiekuje się zapracowana matka, a ojciec prowadzi małą kawiarnię i dorabia na innych interesach. W tle rozgrywa się konflikt z Kurdami, których nadzieje na autonomię państwo tureckie bezlitośnie tłumi. Z Ryśkiem z „Wniebogłosu” Nazıma łączy nieodparta potrzeba uprawiania własnej sztuki – źródło nadziei, a zarazem ogromnych kłopotów. Najskuteczniejszą bronią bohatera w walce z nudą i kolejnymi porażkami w szkole jest bowiem pisanie. Tarnowska snuje historię o narodowych mitach, braterstwie i dojrzewaniu nastolatków, którzy nie mają żadnych widoków na przyszłość. W narrację wplecione są opowiadania Nazıma, na podstawie których bohater rysuje komiks – i to w pisaniu, a nie w szkole wojskowej, chłopak odnajdzie swoje powołanie.

okładka

Marianne Fritz, „Prawo powszedniego ciążenia”, przeł. Małgorzata Gralińska, Officyna 2026

Debiut Marianne Fritz jest napisany zwodniczo lekkim stylem, pod którym kryją się trudne do wyrażenia okrucieństwa. „Prawo powszedniego ciążenia” z 1978 roku to krótka książka pełna niedomówień, opis tragicznej powojennej relacji między szoferem Wilhelmem a dwiema przyjaciółkami, Bertą i Wilhelminą. Jedna z nich trafia do szpitala psychiatrycznego zwanego Twierdzą, ale długo nie wiemy, co do tego doprowadziło, i jak na jej losy wpłynęły pozostałe postaci. Wszystkie cztery powieści Fritz są poświęcone refleksji nad rolą, jakie społeczeństwo austriackie odegrało w pierwszej i drugiej wojnie światowej, ale po debiucie pisarka zarzuciła przezroczysty styl i zaczęła rozwijać literacki projekt totalny – serią eksperymentów językowych i graficznych rozpisanych na tysiące stron, które można obejrzeć tu, i które objęła zbiorczym tytułem „Twierdza”. W latach osiemdziesiątych niemiecki wydawca Suhrkamp próbował promować pisarkę jako „żeńskiego Joyce’a”, ale rynek nie był gotowy na talent tego kalibru w kobiecym wcieleniu. Redaktorka i korektorka odmówiły pracy nad 3400 stronami tekstu trzeciej powieści Fritz, a po publikacji recenzenci niemal jednogłośnie skrytykowali ją jako kompletnie nieczytelną. Świat niemal zapomniał o pisarce, dopóki „Prawa powszedniego ciążenia” nie wydano po angielsku w przekładzie Adriana Nathana Westa w 2015 roku. Fritz zmarła w 2007 w wieku 53 lat; osiem lat później dzięki tłumaczowi jej twórczość zyskała drugie życie, a dziś coraz łatwiej znaleźć informacje o jej późniejszych, gigantycznych powieściach.

okładka

Agata Romaniuk, „Dina, Dina”, W.A.B. 2026

Eseistka, socjolożka, reporterka, pisarka literatury dziecięcej, specjalistka od reklamy, właścicielka firmy behawioralnej… Agata Romaniuk odniosła sukcesy we wszystkich tych zawodach mimo ogromnych wyzwań, z którymi mierzyła się w życiu prywatnym i o których otwarcie dziś mówi w wywiadach poświęconych swojej twórczości. Choroba i śmierć brata, praca w Australii i Omanie z dwójką małych dzieci na karku, burzliwy rozwód po dwunastu latach małżeństwa – te wszystkie doświadczenia ukształtowały jej pisanie. O bohaterce swojej najnowszej powieści, „Dina, Dina”, mówi: „Nie wie do końca kim jest, kim chce być, dokąd przynależy. Próbuje, jak kostiumów, różnych wersji siebie. To osobiście bliskie mi doświadczenie. Te poszukiwania zajęły mi jednak dłużej, o całe dekady więcej niż powieściowej Dinie”. Dina jest pół-Włoszką, pół-Ukrainką, poznajemy ją, gdy studiuje malarstwo we Włoszech. Po wybuchu wojny, jak wiele innych młodych osób na całym świecie, postanawia wrócić do Charkowa, by zaopiekować się rodziną. Pomysł na książkę narodził się, gdy Romaniuk kilka dni po inwazji Rosji na Ukrainę podsłuchała rozmowę pewnej pary na placu w Bolonii – ukraińska dziewczyna chciała wracać do kraju, a partner odwodził ją od tego pomysłu. W tym czasie w domu Romaniuk w Warszawie przebywały trzy uchodźczynie z Ukrainy: Dina z babcią i mamą. Nowa książka Romaniuk to poruszający hołd dla tych trzech kobiet.

okładka

Joseph Mitchell, „W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy”, przeł. Kaja Gucio i Jakub Marek Klawe, Wydawnictwo Znak 2026

„Wiedział, że najlepszym źródłem dla reportera bywa barman z knajpy na rogu”, pisze Anna Arno we wstępie do obszernego tomu próz Josepha Mitchella, wieloletniego współpracownika „New Yorkera”. W historii literatury amerykańskiej nie odnotowano chyba dłuższego writer’s block niż ten, na który cierpiał Mitchell, gdy przez ponad 30 lat codziennie rano przychodził do redakcji tygodnika, robił sobie kawę i ze skupionym wyrazem twarzy zamykał za sobą drzwi do biura, zza których dobiegał potem gęsty stukot maszyny do pisania. Z tej samodyscypliny nie narodził się żaden utwór, ale wcześniej, aż do 1964 roku, gdy ukazał się autofikcjonalny „Sekret Joe Goulda” (ostatni rozdział w „Reportażach”), Mitchell napisał dziesiątki błyskotliwych próz, które bardziej przypominały opowiadania niż teksty reporterskie. Większą uwagę przykuwał bowiem do języka i rytmu anegdoty niż do autentyzmu opowieści, które zbierał, niekiedy miesiącami lub latami, od swoich bohaterów – mieszkańców nowojorskich zaułków i obrzeży miasta, pracowników fizycznych, osób bezdomnych, handlarzy, kelnerek, zbankrutowanych artystów, bywalców wszelkiej maści knajp. Wiele reportaży Mitchella zawiera obszerne cytaty, które dowodzą, że prezentowane postaci traktował raczej jak przyjaciół niż źródła dziennikarskie. Efektem tych niezliczonych interakcji jest jedyna w swoim rodzaju panorama Nowego Jorku XX wieku, hołd na cześć miasta, które niegdyś przygarniało wszelkie skrajności.

*Reklama

okładka

 

KWIECIEŃ

 

Michał Choiński, „The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę”, Wydawnictwo Znak 2026

Michał Choiński napisał jedną z najlepszych biografii na polskim rynku – ale nie jest to książka poświęcona jednej postaci, tylko wielogłosowa opowieść o stu latach istnienia „New Yorkera”, kultowego czasopisma, które odmieniło standardy dziennikarstwa na całym świecie i do dziś kształtuje gusta Amerykanów. Wśród tuzinów esejów poświęconych „New Yorkerowi”, książkę Choińskiego wyróżnia choćby to, że jej autor nigdy w tym piśmie nie pracował. Jako człowiek z zewnątrz najpierw musiał zdobyć zaufanie redakcji, przeprowadzić dziesiątki wywiadów z jej pracownikami i przemierzyć niezliczone kilometry, spacerując po Nowym Jorku śladami poprzednich redaktorów pisma. Jego książka to nie tylko biografia tygodnika, to przede wszystkim historia o tym, jak uprawia się dziennikarstwo w jednym z najwspanialszych miast na świecie.

okładka

Kōbō Abe, „Zniszczona mapa”, przeł. Anna Elliot-Zielińska, Państwowy Instytut Wydawniczy 2026

Powieść detektywistyczna zanurzona w estetyce noir. W tle Tokio drugiej połowy XX wieku. Tajemnicza kobieta zleca detektywowi odszukanie zaginionego męża, ale sama robi wszystko, by opóźnić śledztwo. Z czasem okazuje się, że podobnie działa reszta postaci, które bohater napotyka na swojej drodze. Anonimowy detektyw wpada w kolejne ślepe zaułki, a błądzenie po labiryncie poszlak sprawia, że sam zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością. Kōbō Abe, jeden z najwybitniejszych japońskich powieściopisarzy, autor kanonicznej już „Kobiety z wydm”, znał się na medycynie, fotografii, filmie i teatrze. Wielość języków artystycznych, którymi się posługiwał, wpłynęła na uniwersalną tematykę jego prozy i sprawiła, że częściej zestawiano go z francuskimi egzystencjalistami niż z rodzimymi pisarzami. Bohaterowie jego książek są everymanami XX wieku, którzy mierzą się z samotnością i stopniową utratą tożsamości w świecie pozbawionym bliskości. W „Zniszczonej mapie”, jak pisali krytycy, myśliwy staje się zwierzyną i sam w przedziwny sposób pada ofiarą śledztwa, które prowadzi.

okładka

Małgorzata Bargielska, „Szlachetne naczynie”, 
Wydawnictwo Cyranka 2026

„Twoja córka idzie właśnie do psychiatryka i nie ma takiej góry prania, która pomogłaby ci to zatrzymać”, myśli bohaterka, patrząc na nerwowo sprzątającą matkę. Nastoletnia Mira mieszka tuż przy cmentarzu bródnowskim, na którym urządza sobie specyficzne uczty, a potem kompulsywnie wymiotuje – zresztą nie tylko tam, ale groby są dla niej miejscem wytchnienia. Gdy bohaterka trafia na oddział, najbardziej brakuje jej właśnie cmentarza. „Wśród pacjentów trwała nieustająca cicha licytacja, kto ma w sobie większe rysy i pęknięcia […]. A ja w tej licytacji przegrywałam. Moja choroba się nie cięła, nie chudła do kości, nie mówiła, że jest szatanem”. Objawy choroby: zakładanie kłódki na drzwi lodówki, jedzenie mąki łyżkami, dwa bochenki chleba pochłonięte na raz w tramwaju. Diagnoza: cała rodzina wie, że bulimia, i nikt nie chce o tym rozmawiać. Jak dotąd nie mieliśmy w polskiej literaturze szczęścia do książek o zaburzeniach odżywiania, ale debiut powieściowy Małgorzaty Bargielskiej to poruszający opis choroby, który najwięcej mówi nie o pacjentce, lecz o jej bliskich. 

okładka

Marlen Haushofer, „Zabijemy Stellę / Piąty rok”, przeł. Małgorzata Gralińska, Wydawnictwo ArtRage 2026

Gdy kilka lat temu ukazała się kultowa „Ściana” z 1963 roku, wszyscy zgodnie stwierdzili, że potrzebujemy więcej przekładów dzieł Haushofer, ukochanej pisarki Elfriede Jelinek. Tym razem Małgorzata Gralińska przetłumaczyła i posłowiem opatrzyła dwie wcześniejsze nowele austriackiej twórczyni, „Zabijemy Stellę” i „Piąty rok”. Elementem łączącym te teksty jest niewinność bohaterek, która z różnych powodów musi nagle ustąpić, pozostawiając po sobie dotkliwą pustkę. Losy Stelli nie są tajemnicą, bo wiadomo, że zginie, pytanie brzmi: kto zawinił i skąd to tytułowe „my”. O pięcioletniej Marili, bohaterce drugiej noweli, wiemy na starcie znacznie mniej, choć prędko okazuje się, że austriacka wieś i gospodarstwo dziadków, na którym dziewczynka wzrasta, skrywają ponure tajemnice.

A jeśli uporacie się z nowelami Haushofer zbyt szybko i okaże się, że nie możecie już żyć bez austriackiej prozy, z nowości polecam ostatnią część trylogii Moniki Helfer (Filtry) i debiutancką powieść Julii Jost (Cyranka).

okładka

„Widziałem pierś ssącą niemowlę. Czeska liryka i antyliryka”, wybór, przekład i posłowie Zbigniew Machej, Wydawnictwo Ars Cameralis

Zachwycanie się czeską prozą to nie sztuka – każdy słyszał o Kafce, Kunderze i Hrabalu – natomiast mało kto wie cokolwiek na temat czeskiej liryki. Na ratunek spieszy nam poeta i tłumacz z czeskiego Zbigniew Machej, który przygotował wybór ponad 200 wierszy najciekawszych czeskich poetów i poetek XX wieku. W posłowiu do antologii wyjaśnia, w jakich warunkach rozwijała się twórczość jedenastu osób autorskich i z czego wynikały różnice między zaprezentowanymi w książce tematami i stylami. „Wielu wybitnych czeskich poetów drugiej połowy XX wieku to emigranci. Dzięki temu – paradoksalnie – czeska poezja okazała się w tym półwieczu znacznie bardziej otwarta na świat niż na przykład ówczesna polska poezja zatopiona w swoich romantycznych mitach i narodowych martyrologiach”. Od pięknych kaligramów po „Maść przeciw poezji”, „Sonet o śmierci Don Kichota” i przejmujące migawki z amerykańskich miast – jest w tej książce wszystko, czego potrzebujecie.

okładka

MARZEC

 

John Williams, „Butcher's Crossing”, przeł. Maciej Stroiński, Wydawnictwo Filtry

Potrafił napisać western na miarę Cormaca McCarthy’ego i powieść campusową, w której zakochali się Ian McEwan i Julian Barnes. Jego „August”, historyczna powieść epistolarna ukazująca życie cesarza Oktawiana, otrzymała National Book Award ex aequo z legendarną „Chimerą” Johna Bartha – była to pierwsza edycja nagrody, w której równolegle wyróżniono dwie książki. Znakomity wykładowca, po służbie wojskowej skończył studia filologiczne i uczył pisania na Uniwersytecie w Denver. Choć wydał zaledwie cztery powieści, każda z nich zdobyła uznanie krytyków. „Butcher’s Crossing” z 1960 roku jest nazywana pierwszym antywesternem. To opowieść o absolwencie Harvardu, który pod wpływem twórczości Ralpha Waldo Emersona, amerykańskiego poety natury, wyrusza na Dziki Zachód. Tam bierze udział w masowych polowaniach na bizony, których futra i skóry są warte krocie – lata 1870–1880 to okres kulminacyjny wielkiej rzezi bizonów. Williams ukazuje ten moment w historii Stanów Zjednoczonych z perspektywy wykształconego, lecz naiwnego bohatera, którego ucieczka od cywilizacji kończy się nierówną walką o przetrwanie. 

okładka

David Szalay, „Flesh”, Wydawnictwo Pauza

Po polsku ukazały się już dwie książki Davida Szalaya – „Turbulencje” i „Czym jest człowiek”. Niedługo nakładem Pauzy pojawi się również „Flesh”, laureatka Bookera z 2025 roku. To opowieść o węgierskim emigrancie, który po odsiadce w poprawczaku trafia do wojska, a potem wyjeżdża do Wielkiej Brytanii – w komunistycznym Budapeszcie trudno o pracę. Bohater prawdopodobnie jest w spektrum, a jego małomówność i dystans wobec innych postaci sprawiają, że lektura „Flesh” jest trudna, momentami niewygodna – dialogi w książce składają się przede wszystkim ze słowa „okay”, a Szalay opisuje doświadczenia Istvàna krótkimi, rwanymi zdaniami, które oddają pozorną obojętność bohatera. Najbardziej zaskakuje chyba to, że István w ogóle się nie zmienia – tak samo komunikuje się z najbliższymi w wieku piętnastu i czterdziestu lat, jakby dojrzewało tylko jego ciało. Czasem pojawia się jednak wrażenie, że niektóre jego antypatyczne cechy są właściwie cechami narratora, i że to on na swój sposób ucisza bohatera, nie wyjaśnia motywacji niektórych jego decyzji, albo sprawia, że István wydaje nam się przesadnie nieprzyjemny. To napięcie między narratorem i jego postacią, a także wstręt i empatia, które budzi w nas dwuznaczny bohater, świadczą o literackim talencie Szalaya.

Dziękujemy!
( Aleksander Hudzik )

I taki to był tydzień, w którym nie było Marcina Wichy

okładka

Emily Brontë, „Wichrowe Wzgórza”, przeł. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Zysk i S-ka

Jedna z najwybitniejszych powieści wszech czasów. Przerażająca, okrutna i… zupełnie pozbawiona scen erotycznych. Brytyjska reżyserka Emerald Fennell uznała jednak, że na podstawie tego materiału da się nakręcić najseksowniejszy film roku. Na razie z tych przychylniejszych recenzji wynika, że film jest hołdem na cześć urody Elordiego, a cała reszta recenzentów skupia się na rozbitych jajkach w łóżku bohaterki, bo niewiele więcej da się z tego filmu wyciągnąć. Pomijając to, czy tragiczna relacja Catherine i Heatchcliffa powinna zostać skonsumowana na ekranie, i czy Heathcliffa powinien grać aktor o nieco ciemniejszej karnacji, warto wrócić do powieści o dwóch skłóconych rodach, żeby przypomnieć sobie, dlaczego losy bohaterów wywołały takie oburzenie wśród ówczesnych czytelników.

Gdy „Wichrowe Wzgórza” ukazały się w 1847 roku, nikt nie wiedział, kim są siostry Brontë. Przez jakiś czas myślano, że ich pseudonimami literackimi posługuje się tak naprawdę jedna osoba, i że „Wichrowe Wzgórza” oraz popularne wówczas „Dziwne losy Jane Eyre” Charlotte Brontë wyszły spod tego samego pióra. Tymczasem temperament i styl literacki Emily znacznie ją odróżniały od reszty rodzeństwa. Nazywana przez Charlotte i Anne „Majorem”, ceniła sobie samotność, dyscyplinę i anonimowość znacznie bardziej niż one, a jej fascynacja surowym krajowbrazem angielskich wrzosowisk stała się inspiracją dla gotyckich wątków w „Wichrowych Wzgórzach”. Choć Emily zmarła zaledwie rok po ukazaniu się powieści, ta jedna książka wystarczyła, by autorka weszła do kanonu literatury angielskiej.

okładka

Annie Ernaux, „Powroty”,  przeł. Anastazja Dwulit, Wydawnictwo Czarne

Odkąd Annie Ernaux otrzymała Nobla w 2022, w Polsce mniej więcej co roku pojawia się kolejny przekład Francuzki. Ukazały się już: „Lata”, „Bliscy”, „Ciała” i „Życie zewnętrzne” (Wydawnictwo Czarne). O najnowszych „Powrotach” można by powiedzieć: znów dostajemy wariacje na ten sam temat. Ten sam styl, ta sama bohaterka, to samo życie w robotniczym miasteczku w Normandii i to samo skupienie na kwestiach społecznych. Każda książka jest jednak osobnym elementem układanki – dzieciństwo, dorastanie i inicjacja seksualna, trudne relacje z ojcem czy matką, miejskie życie i podsłuchiwanie ludzi w metrze. Razem tworzą spójną autobiografię pisarki i – co ważniejsze – analizę klasowości i rodzinnych traum. I choć książki Ernaux są do siebie podobne, każda na nowo zmusza do spojrzenia na własne relacje, pragnienia i wstyd. W „Powrotach” kluczowy jest właśnie wstyd. Pierwsze zdanie brzmi: „Ojciec chciał zabić matkę pewnej czerwcowej niedzieli wczesnym popołudniem”. Jest rok 1952, Ernaux ma 12 lat. Od tej chwili dzieli życie na „przed” i „po”. Jedna scena z domu rodzinnego uruchamia świadomość klasową i poczucie niższości. To doświadczenie sprawia, że przez wiele lat Ernaux nie używa nazwy rodzinnego miasta – zapisuje ją tylko inicjałem albo nie podaje jej  wcale. Szczegółowe odtwarzanie tamtego niedzielnego popołudnia w rodzinnym domu nie służy jednak epatowaniu traumą, jest próbą zrozumienia siebie przez pryzmat rodzinnej przemocy. W tomie znajdziemy zapis powrotu autorki do Yvetot po latach, spotkania z lokalną społecznością oraz fragmenty dzienników i listów do przyjaciółki z lat 60. 

okładka

Ayşegül Savaş, „Antropolodzy”, przeł. Agnieszka Walulik, Wydawnictwo Filtry

Pierwsze skojarzenie z „Antropologami” Ayşegül Savaş? Powieść „Do perfekcji” Vincenza Latronico. W obu książkach w centrum wydarzeń jest bowiem młoda para emigrantów: dobrze wykształcona, z niezłą pracą, żyjąca w zachodnioeuropejskim mieście. To wygładzony świat bez dramatów. U Latronico jednak bohaterowie żyją w ciągłym poczuciu, że ich prawdziwe życie jest gdzie indziej: nawet jeśli zostają w Berlinie, stale towarzyszy im wrażenie, że gdzieś indziej byłoby lepiej, ciekawiej, bardziej autentycznie. W „Antropologach” dzieje się coś odwrotnego. Asya i Manu nie planują kolejnego wyjazdu ani radykalnej zmiany – zamiast szukać lepszego miejsca, próbują zakorzenić się tam, gdzie już są. Ich codzienność składa się z powtarzalnych czynności, małych decyzji i rytuałów, które mają nadać sens życiu w obcym mieście.

Kluczowe są ich próby stabilizacji. Bohaterowie oglądają mieszkania, rozmawiają o przyszłości, spotykają się z tymi samymi ludźmi i budują własne zwyczaje, mimo że żadne z nich nie mówi do drugiego w ojczystym języku. Są daleko od rodzin, kontakt utrzymują głównie przez wideorozmowy, a ich relacja rozwija się poza normami kulturowymi, do których są przyzwyczajeni. Savaş opisuje dorosłość jako proces powolnego układania życia z drobnych elementów: rutyn, rozmów i wyobrażeń o tym, kim można się stać. Tytuł nie jest przypadkowy — bohaterka działa jak antropolożka, która w obsesyjny sposób analizuje siebie, partnera i najbliższe otoczenie.

okładka

Mircea Cărtărescu, „Solenoid”, przeł. Joanna Kornaś-Warwas, Wydanictwo ArtRage

Cărtărescu porównał proces pisania do wyścigów konnych: jego zdaniem autor, lekki jak piórko dżokej, powinień unosić się nad swoim dziełem, by nie krępować ruchów galopującego zwierzęcia. „Każdej z moich książek dałem wolność, by rozwijała się, którędy tylko chce”, mówi w wywiadzie. Z braku lepszych odniesień porównywany do Kafki czy Borgesa, stworzył siedmiusetstronicową opowieść na granicy absurdu. To zapis myśli nauczyciela szkoły podstawowej, który mieszka w dziwacznym domu w kształcie parowca, wybudowanym na tytułowym elektromagnesie. Dom kupił od wybitnego fizyka i wynalazcy, twórcy solenoidu. Mało tego, dom ma wieżę, w której znajduje się miedzy innymi fotel dentystyczny. To autofikcja à rebours, bo narrator jest niedoszłym pisarzem, który ponosi porażki tam, gdzie Cărtărescu odniósł sukces. Streszczanie fabuły tej książki nie ma sensu, bo większość wydarzeń rozgrywa się w wyobraźni narratora, dość powiedzieć, że to jeden z najbardziej udanych opisów patologii systemu szkolnego w komunistycznym państwie: „Każdy uczeń z 86 musi mieć pod półprzezroczystą kopułą swojej małej czaszki krajobraz tak zrujnowany jak otaczający go świat, jak sama szkoła, stara fabryka, warsztat Automecanica i Fabryka Rur Spawanych”, mówi narrator, i dodaje: „to, co zostało powiedziane i napisane przez wieki, dociera do niego jako gruz, pokruszone cegły, krzywe i zardzewiałe rury, szalunki, z których pozostały jedynie drzazgi wieży Babel w ruinie”. Z tych samych gruzów, cegieł i szalunków Cărtărescu buduje świat swojej dziwacznej powieści.

Dziękujemy!

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.