Wystawa „Ernest Cole: fotograf na wygnaniu”, fot. Przemysław Walczak, PME
Wystawa „Ernest Cole: fotograf na wygnaniu”, fot. Przemysław Walczak, PME

„Biały to wciąż kolor przywileju”. Kronika niesprawiedliwości Ernesta Cole'a

( 18.06.2025 )

Co najbardziej uderza u Cole’a z przełomu lat 60. i 70.? Fotograf łapczywie pochłania życie we wszelkich jego przejawach. W Ameryce wszystko jest nowe. Każdy uśmiech, każde spojrzenie. Mieszane pary, mężczyźni trzymający się za ręce – wiele z tych obrazów w RPA nosiło znamiona przestępstwa.

„Ryzykowałem życiem każdego dnia” – te słowa wracają niczym zaklęcie w jego zapiskach. Zdjęcie to stan permanentnego zagrożenia. Każda chwila, którą Cole podkrada rzeczywistości, jest chwilą, w której świat zamiera. Fotograf zbiera dowody. Problem w tym, że na każdym kroku ciągnie się za nim bolesny cień. Dokądkolwiek idzie Cole, cień podąża za nim.

Bezkształtne monstrum, którego obecność czuć na tych zdjęciach, przybiera różne formy, czasem ukryte, czasem wyrażone wprost, zinstytucjonalizowane. Pierwsza z brzegu odbitka; na ławce siedzi elegancka kobieta, obok napis: „Europeans only”. W głębi kadru ledwo widać siedzącego na ziemi mężczyznę. Jedyna różnica między nimi jest taka, że on jest czarny, a ona biała. Jest rok 1967. Tabliczka z napisem „Tylko dla białych” powraca na kolejnych zdjęciach. Wszystko jest podzielone: miejsca w autobusie, toalety, restauracje. Gdy trzeba zadzwonić po pomoc, dyspozytor pyta, jakiej rasy jest pacjent. Biali i czarni są delegowani do różnych szpitali. Upokorzenie staje się częścią codzienności.

Dziękujemy!

Wystawa „Ernest Cole: fotograf na wygnaniu”, fot. Przemysław Walczak, PME

*Reklama

Ernest Cole pokazuje, jak wyglądają realia Południowej Afryki. Zdjęcia zaczął robić w latach 50., gdy był jeszcze nastolatkiem. „House of Bondage”, książka wydana w roku 1967, to arcydzieło, jeden z najważniejszych cykli fotograficznych XX wieku; praca nad nim zajmie mu dziesięć lat. Do cyklu wejdą 183 zdjęcia; przedstawiają nie tyle jawną przemoc, co skutki segregacji narzuconej podstępem przez państwo. O Cole’u będą mówić kronikarz niesprawiedliwości. Kronikarz apartheidu. W maju 1968 roku książka została zakazana w RPA. Cole był już w Nowym Jorku; przemycił negatywy przez ocean. Nigdy nie wrócił do swojego kraju.

„Biali ludzie mają władzę, co oznacza, że górują nad czarnymi, a świat zna niezliczone sposoby na to, aby ci drudzy doświadczyli tej różnicy, odczuli ją i by napełniła ich ona strachem” – pisał James Baldwin w eseju „Następnym razem pożar”, wydanym tuż przed „House of Bondage”. Zestawienie Cole’a z Baldwinem wydaje się naturalne. „Baldwin dał mi głos, dał mi słowa” – pisał Raoul Peck, reżyser filmu „Nie jestem twoim murzynem”, we wstępie do książkowego wydania scenariusza. „Baldwin obdarzył mnie językiem, w którym mogłem zamieszkać. Teraz mam całą potrzebną mi intelektualną amunicję”. Cole, bohater nowego filmu Pecka, zilustrował ten język; nadał mu wyrazisty kształt.

Dziękujemy!

Wystawa „Ernest Cole: fotograf na wygnaniu”, fot. Przemysław Walczak, PME

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Rozmowa ) ( Joanna Ruszczyk )

Nigdy bym nie pomyślała, że mój obraz może gdzieś dumnie wisieć. Rozmowa z Ant Łakomsk

Co najbardziej uderza u Cole’a z przełomu lat 60. i 70.? Fotograf łapczywie pochłania życie we wszelkich jego przejawach. W Ameryce wszystko jest nowe. Każdy uśmiech, każde spojrzenie. Mieszane pary, mężczyźni trzymający się za ręce – wiele z tych obrazów w RPA nosiło znamiona przestępstwa. Cole miał poczucie, że trafił do całkiem odmiennego świata, bez strachu i uprzedzeń. „Z jakiegoś powodu myśleliśmy, że ta kraina wolności i demokracji powita nas z otwartymi ramionami: myliliśmy się” – napisze. „To niezwykłe doświadczenie, żyć tak, jakby życie było karą za bycie czarnym”.

Cole’owi udało się pokazać, co znaczy być czarnym w świecie białego człowieka. Dla wielu Ameryka stała się symbolem braku perspektyw, przemocy instytucjonalnej i okrutnych doświadczeń. Eseje Baldwina były nazywane „granatem wrzuconym w świat białych”. Fotografie Cole’a miały podobną siłę rażenia. Każda z nich coś odsłania, wzywając przy tym do naruszenia istniejącego układu i prowokując pytania: czy wy, wielcy tego świata, zamilklibyście, gdybyście byli na naszym miejscu? Gdyby karano was za mówienie na głos o równości? Czy biały człowiek nie stawiłby oporu?

Dziękujemy!

Wystawa „Ernest Cole: fotograf na wygnaniu”, fot. Przemysław Walczak, PME

Los fotografii Cole’a był dziwny i nieprzewidywalny. Po jego śmierci odnaleziono ponad 60 tysięcy negatywów, które dotychczas uznawano za zaginione. Oglądanie tych nieznanych zdjęć, które Cole zrobił w Stanach, jest źródłem wyjątkowych doznań. Powstały w momencie przebudzenia, w czasie walki o prawa obywatelskie Afroamerykanów. „Black Pride, Black Power!”, skandowano na demonstracjach. „Not only do we have the right to be free, we have the duty to be free” – głosił Martin Luther King. Niewiele się dziś zmieniło. Czarna Ameryka to sprawy Trayvona Martina, Erica Garnera, George’a Floyda. Biały to wciąż kolor przywileju, czarny jest zaś traktowany z podejrzliwością. Pół wieku później odkrywamy, jak boleśnie współcześni są i Cole, i jego zdjęcia.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.