Kraj zmarnowanych szans. 10. rocznica musicalu „Hamilton” przypomina o tym, co utraciła Ameryka
( 13.01.2026 )
W esejach broniących Konstytucji Stanów Zjednoczonych Hamilton przestrzegał przed politykami, którzy wykorzystują zaufanie publiczne do przejęcia władzy. Trump, otwarcie lekceważący prawo i budujący swoją siłę na podziałach społecznych, marnuje kolejne szanse, o które tak zaciekle walczył Hamilton. I które z taką wiarą podkreślał Lin-Manuel Miranda w swoim musicalu.
„I am not throwin' away my shot”
Ojciec kategorycznie mu to odradzał. To było pierwsze zaproszenie Lina do Białego Domu i ojcu zależało, by chłopak pokazał się z jak najlepszej strony. Przełom w karierze 29-letniego „theatre kid” nastąpił rok wcześniej, w 2008, po premierze debiutanckiego „In the Heights” na Broadwayu. Wszyscy oczekiwali, że na wieczorku poetyckim u Obamów wykona piosenkę właśnie z tego musicalu. Ale Lin nie jest znany z tego, że spełnia oczekiwania innych. Chociaż tata namawiał go, by wystąpił ze sprawdzonym materiałem, on i tak wolał wykonać roboczą wersję piosenki ze swojej nowej płyty. Nie zamierzał zmarnować szansy.
Skonsternowany śmiech wypełnił salę, kiedy Lin-Manuel Miranda przedstawił swój repertuar. „Pracuje właśnie nad albumem koncepcyjnym o życiu kogoś, kto moim zdaniem ucieleśnia hip-hop. Sekretarza skarbu Alexandra Hamiltona.”. O swoim nowym materiale młody twórca mówił z gorączkową werwą, absurdalnego pomysłu był gotów bronić do samego końca. „Śmiejcie się, ale to prawda. Urodził się jako sierota bez grosza przy duszy, w Saint Croix, dziecko z nieślubnego związku. Stał się prawą ręką George'a Washingtona, sekretarzem skarbu, miał na pieńku z każdym z ojców założycieli. A wszystko to dzięki talentowi pisarskiemu. Myślę, że biografia Hamiltona pokazuje, w jaki sposób można zmieniać świat” – przekonywał Lin sceptyczną widownię, wymachując rękami w charakterystyczny dla siebie sposób. Kompozytor Alex Lacamoire zagrał pierwsze nuty, Miranda wcielił się w rolę Aarona Burra, największego nemezis Hamiltona, i zaczął rapować. Nastrój w sali wkrótce uległ zmianie, Michelle Obama zaczęła pstrykać do rytmu. Zakłopotany chichot zmienił się w pełne niedowierzania salwy śmiechu. Barack Obama wstał i zaczął klaskać. Nikt nie był do końca pewien: Lin to geniusz czy szaleniec?
„Hamilton”, mat. prasowe Disney+
„The man is non-stop”
Dziś już się nie śmieją. W 2025 roku „Hamilton” obchodzi okrągłą rocznicę na Broadwayu, a jego twórca jest żywą legendą, której status w teatralnym światku ciężko przebić. Płytę napisaną pod wpływem 700-stronicowej biografii autorstwa Rona Chernowa przekształcił w musical, który w styczniu 2015 roku zadebiutował w nowojorskim The Public Theater. Lin-Manuel stworzył do niego słowa, muzykę, a do tego wcielił się w tytułową rolę. Bilety wyprzedały się na pniu, a sztuka z offu trafiła na mainstreamowy Broadway, do Richard Rodgers Theatre. Miranda podczas lektury biografii Hamiltona był w szoku, że nikt wcześniej nie zaadaptował tego materiału. Widzowie byli w szoku, że historia, która do tej pory usypiała pochylonych nad podręcznikami uczniów, okazała się rozrywką pełną zwrotów akcji, miłosnych uniesień i krwawych zemst.
Akcja musicalu śledzi losy Alexandra Hamiltona, który jako imigrant przybywa do Nowego Jorku, „najwspanialszego miasta na świecie”, by zacząć nowe życie. Podczas studiów na King's College wspólnie z Lafayette’em, Johnem Laurencem i Herculesem Mulliganem angażuje się w działania rewolucyjne i awansuje na adiutanta George'a Washingtona. Choć pragnie stanąć na prawdziwym polu walki, przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych dostrzega, że jego retoryczne umiejętności mają większą siłę niż karabinowe kule. Stopień wojskowy pozwala Hamiltonowi wejść na nowojorskie salony i poznać siostry Schuyler – Eliza wkrótce zostaje jego żoną, a Angelica – niespełnioną miłością. Akt pierwszy skupia się na rewolucji, drugi na tym, co pozostaje, gdy opada wojenny kurz. Zbudowanie kraju od podstaw okazuje się znacznie trudniejsze od bitewnych manewrów. Intrygi, sprzeczne interesy, szantaże, pojedynki – te na słowa i te na kule. Demokratyczne państwo powstawało w politycznym chaosie, gdy nie było wiadomo, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Narratorem opowieści, tak jak w pierwotnym zamyśle, pozostał zazdrosny o powodzenia Hamiltona Aaron Burr, jego przyjaciel, a zarazem zabójca.
Mimo kluczowej roli, jaką Hamilton odegrał w historii Stanów, przed premierą musicalu pamiętali o nim raczej tylko historycy. I może te osoby, które zagapiły się na 10-dolarowy banknot. Mirandę bolał ten brak uznania. „Historia każdego innego ojca założyciela zostaje opowiedziana. Każdy inny ojciec założyciel miał szansę się zestarzeć” – w finałowej piosence wypomina tę niesprawiedliwość wcielająca się w postać Angeliki Renée Elise Goldsberry. A przecież gdyby nie Hamilton, konstytucji, w którą tak wierzą Amerykanie, mogłoby wcale nie być. Polityk walczył o nią bezkompromisowo: napisał w jej obronie 51 (!) esejów. Największą bronią Hamiltona zawsze było pióro. Podobnie jest w przypadku Mirandy. Na napisanie „My Shot”, piosenki, która tłumaczy motywacje głównego bohatera, twórca poświęcił cały rok. Jeśli miał przedstawić sekretarza skarbu jako najbardziej hip-hopowego człowieka wszechczasów, musiał stworzyć najlepsze strofy w swoim życiu. A to tylko jeden spośród 47 utworów napakowanych znaczeniami, grami słownymi, ukrytymi przesłaniami, które znalazły się w sztuce. A lista podobieństw między Hamiltonem i Mirandą nie zatrzymuje się na ambicji, poświęceniu pracy i pisarskich umiejętnościach.
„Hamilton”, mat. prasowe Disney+
„The room where it happens”
„Chcę być w pokoju, gdzie TO się dzieje” – wyznaje publiczności swoje skryte ambicje Aaron Burr. Do tego najważniejszego pokoju, gdzie prowadzone są najważniejsze rozmowy i zapadają najważniejsze decyzje, mają wstęp tylko nieliczni. Ambicje Burra nigdy się nie spełniły, za to „Hamilton” otworzył drzwi dla innych: aktorów pochodzenia latynoskiego i afroamerykańskiego, którzy mieli trudności ze znalezieniem ról na Broadwayu. Musical, który jest opowieścią o dawnych imigrantach, został obsadzony potomkami dzisiejszych imigrantów.
Tata Mirandy opuścił karaibskie Portoryko i przyjechał do Nowego Jorku kiedy miał 18 lat, w tym samym wieku, co pochodzący z karaibskiego Saint Croix Hamilton. Angielskiego nauczył się dopiero podczas podyplomowych studiów z psychologii na Uniwersytecie Nowojorskim. Został ważnym konsultantem politycznym (kolejne podobieństwo), doradzał między innymi w kampanii Hillary Clinton. Rodzina Lesliego Odoma Jr., który wcielił się w Aarona Burra, ma korzenie w RPA i na Barbadosie. Dziadkowie Philippy Soo, która zagrała Elizę Hamilton, wyemigrowali z Chin do Stanów Zjednoczonych. Rodzice Okieriete Onaodowana, czyli musicalowego Herculesa Mulligana i Jamesa Madisona, pochodzą z Nigerii. Zgodność z autentycznym wyglądem podręcznikowych postaci (białych facetów po 40-stce) nie miała dla twórców znaczenia. Miranda chciał, żeby historia Ameryki z przeszłości została opowiedziana przez Amerykę teraźniejszą. Pokolenie, którego ambitni przodkowie poświęcili wiele, by ich dzieci i wnuczęta mogły brać udział w życiu publicznym. „My imigranci doprowadzamy robotę do końca” – śpiewają Hamilton i Lafayette, przybijając piątkę.
Udział w „Hamiltonie” okazał się dla jego obsady przepustką do wielkiej kariery. Musical zdominował ceremonię Tony Awards w 2016. Spektakl otrzymał rekordową liczbę 16 nominacji, z czego wygrał 11. Statuetka trafiła do Lesliego Odoma Jr. za główną rolę Aarona Burra, do Renée Elise Goldsberry za drugoplanową rolę Angeliki Schuyler i do Daveeda Diggsa za drugoplanowe role Lafayette'a i Thomasa Jeffersona. Największym wygranym z tej trójki był chyba 30-letni Diggs, który przed castingiem nawet w najśmielszych snach nie wyobrażał sobie, że praca na scenie w Nowym Jorku jest dla niego możliwa. Lin-Manuel Miranda otrzymał Tony za scenariusz oraz muzykę, ale wygrał znacznie więcej. Za każdym razem, gdy ktoś z jego ekipy pojawiał się na scenie, wyglądał jak najdumniejszy ojciec świata. Status broadwayowskich gwiazd zaowocował rolami serialowymi i filmowymi, karierami muzycznymi i ogromną rozpoznawalnością. Nie tylko dla pierwszego i drugiego planu. Ariana DeBose, jedna z tancerek z poboczną rolą, niedługo po występie w musicalu doświadczyła przełomu w karierze, by w 2022 roku za rolę Anity w filmowej adaptacji „West Side Story” otrzymać Oscara. Przez ostatnie 10 lat Hollywood znacznie się zmieniło. Imigranci weszli do pokoju i wygodnie się rozsiedli.
„Hamilton”, mat. prasowe Disney+
„I wrote my way to revolution”
Miranda nie miał wątpliwości, że musical odzwierciedlający burzliwe przemiany społeczne musi być napisany rewolucyjnym językiem hip-hopu – subkultury, która wywodzi się z nowojorskiej społeczności afroamerykańskiej i latynoskiej. Twórca „Hamiltona” zauważył, że wszystkie jego ulubione hip-hopowe utwory to tak naprawdę klasyczne przykłady teatralnych „I want songs”. Życiową aspiracją raperskiego podmiotu lirycznego jest wyjście z marginesu. Nie dość, że każda postać otrzymała swój indywidualny, charakterystyczny ton głosu – siostry Schuyler są jak dziewczęcy zespół R&B, król George III cierpiący po utracie kontroli nad USA śpiewa swoje własne „breakup song", a charyzmatyczny Lafayette rapuje tak szybko i zaciekle, jakby mógł roznieść brytyjskie wojska w pojedynkę. W dodatku każdy moment w historii został odzwierciedlony poprzez odpowiednie hip-hopowe brzmienie. Przed poznaniem Hamiltona zwrotki Lafayette’a, Laurence’a i Mulligana mają bardzo prostą konstrukcję, przypominają rap z lat 80., sprzed ery Rakima. Kiedy Alexander dołącza do bandy, muzyka się zmienia. Jego intelektualne flow wprowadza rymy charakterystyczne dla Big Puna, Eminema, Jaya-Z. Posiedzenie gabinetu z 1789 to już pełnoprawna raperska bitwa między Hamiltonem, a Jeffersonem. Hołd dla amerykańskich ojców założycieli jest także hołdem dla tych, którzy stworzyli scenę hip-hopową.
„Who lives, who dies, who tells your story”
„Nie masz wpływu na to, kto opowiada twoją historię” – to gorzkie przesłanie Washington kieruje do swojego podopiecznego, Hamiltona, przed decydującą Bitwą pod Yorktown. Lin-Manuel Miranda również stracił kontrolę nad swoją opowieścią. Za musical zarobił Pulitzera i 12,7 milionów dolarów tylko do 2017 roku. Niestety historia o tych, którzy budowali kraj bez grosza przy duszy, pełna nadziei dla tych, którzy dziś nie mają grosza przy duszy, jak na ironię stała się dostępna tylko dla elit.
Kapitalizm zatruwa świat, zatruł też „Hamiltona”. Bilety na spektakl kosztują od około 120 do 1500 dolarów, a i tak trudno je dostać. Możliwość obejrzenia sztuki jest takim przywilejem, że gdy Emily Blunt przyznała w programie Grahama Nortona, że widziała ją 4 razy, prowadzący zatchnął się ze zdziwienia. Ci, których nie stać na broadwayowskie bilety w regularnej cenie, mogą wziąć udział w loterii „Ham4Ham”. Wygrana pozwala na zakup dwóch wejściówek w cenie 10 dolarów, za symboliczny banknot z wizerunkiem samego Hamiltona. Jednak liczba promocyjnych miejsc jest bardzo mała. Aby choć trochę rozrzedzić atmosferą celebryctwa unoszącą się nad Richard Rodgers Theatre, Miranda zaczął organizować krótkie plenerowe spektakle dla tłumów zgromadzonych przed teatrem i czekających na loterię. Dzięki temu mogli doświadczyć namiastki przedstawienia nawet bez wygranej.
Częściowym lekarstwem na paradoks „Hamiltona” okazał się streaming musicalu przez Disney+. Film, który można oglądać na platformie od 2020 roku, powstał poprzez zmontowanie nagrań z trzech przedstawień zarejestrowanych zaraz przed odejściem osób z oryginalnej obsady. Dzięki temu spektakl dotarł do widzów na całym świecie, dla których podróż do Nowego Jorku i zakup biletu były tylko mrzonką. W tym roku, z okazji 10. rocznicy „Hamiltona”, można było go zobaczyć także w kinach, w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Portoryko, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Australii i Nowej Zelandii. „Nie mieliśmy pieniędzy, żeby pójść na Broadway, ale chodziliśmy do kina cały czas. Wiem, że jest wiele rodzin, które mogą teraz oglądać Hamiltona na dużym ekranie.” – ojciec Lin-Manuela, Luis A. Miranda Jr., podczas wywiadu dla „People” nie ukrywał radości z powodu coraz szerszej dystrybucji filmu.
Miranda już na początku postanowił, że jego przedstawienie o fundamentach narodu dotrze do tych, którzy stanowią o jego przyszłości. Z pomocą Instytutu Historii Ameryki Gildera Lehrmana oraz Fundacji Rockefellera stworzył program „EduHam”, w ramach którego od 2015 roku licealiści z różnych nowojorskich szkół mogli zaprezentować na deskach teatru własne dwuminutowe utwory opowiadające o wydarzeniach lub postaciach z czasów założycielskich, a następnie zobaczyć oryginalny musical na żywo. W 2020 roku program został rozszerzony o cyfrową wersję „EduHam At Home”, materiały edukacyjne z udziałem obsady dostępne online. Błyskotliwy tekst Mirandy bez wątpienia ma walory edukacyjne. Wiem, co mówię, bo obudzona w środku nocy jestem w stanie wyrecytować: „The battle of Yorktown, seventeen eighty-one”.
„Hamilton”, mat. prasowe Disney+
„History has its eyes on you”
„Hamilton” zadebiutował na wieczorku poetyckim u Baracka Obamy, wdrapał się na deski teatru jeszcze za jego kadencji i był celebrowany przez byłego prezydenta USA. W 2016 obsada została zaproszona do Białego Domu, by wystąpić przed uczniami szkół średnich. Podczas wizyty Miranda z Obamą nawet zaimprowizowali wspólny kawałek. W 2018 roku, rok po odejściu z urzędu, były prezydent wystąpił w remiksie „One Last Time”, utworu, w którym Christopher Jackson, jako George Washington, tłumaczy, że trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. To nie zbieg okoliczności. Barack Obama, który jako pierwszy w historii Afroamerykanin zasiadł za biurkiem w Gabinecie Owalnym, czyli w pokoju, w którym dzieje się WSZYSTKO, jest postacią na wskroś hamiltonowską.
Po 10 latach i w trakcie drugiej kadencji Donalda Trumpa musical nabiera nowego znaczenia. Zamiast nieść nadzieję na lepsze jutro, jest raczej ostoją wartości, które są dziś zagrożone. W „Federaliście”, cyklu esejów broniących Konstytucji Stanów Zjednoczonych, Hamilton przestrzegał przed politykami, którzy wykorzystują zaufanie publiczne do przejęcia władzy. Trump, otwarcie lekceważący prawo, budujący swoją siłę na podziałach społecznych, stanowi poważne zagrożenie dla systemu opracowanego przez ojca założyciela. Konsekwentnie marnuje kolejne szanse, o które tak zaciekle walczył Hamilton. I które z taką wiarą podkreślał Lin-Manuel Miranda w swoim musicalu. Podpisana niedawno proklamacja, zamykająca granicę USA dla obywateli 12 państw, w tym: Haiti, Afganistanu, Iranu i Sudanu, zaprzecza prawom imigranckich poprzedników Trumpa, dzięki którym może on dziś zasiadać na swoim ukochanym stołku. „Nauczymy ich, jak się żegnać (...) Jeśli ja się pożegnam, naród nauczy się iść dalej, przetrwa, kiedy mnie już nie będzie” – śpiewa Washington, gdy rezygnuje ze swojej pozycji. Ciężko wyobrazić sobie Donalda Trumpa dobrowolnie opuszczającego Biały Dom. Zwłaszcza po tragicznym ataku na Kapitol Stanów Zjednoczonych, do którego podjudził tłumy po wygranej w wyborach Joe Bidena.
Obsada „Hamiltona” była świadoma zagrożenia już od pierwszej kadencji Trumpa. I korzystała z rozgłosu musicalu, by zająć mocne stanowisko. „Jesteśmy różnorodną Ameryką, która jest zaalarmowana i zaniepokojona tym, że pana nowa administracja nie będzie nas chroniła”. Tymi słowami w 2016 roku Brandon Victor Dixon, aktor grający Aarona Burra, przemówił ze sceny do obecnego na widowni Mike'a Pence’a, przyszłego wiceprezydenta w gabinecie Trumpa. Ameryka w idealistycznej wizji Mirandy to miejsce inkluzywne, rozbrzmiewające hip-hopem, w którym czerpiące z różnorodnych wpływów kulturowych pieśni uliczne mają moc kształtowania świata. Ameryka w oczach Trumpa to prywatny plac zabaw, po którym przemieszcza się on prywatnymi odrzutowcami i helikopterami do ścieżki dźwiękowej ze „Szklanej pułapki”. Nawet jeśli nikt dotychczas nie przerwał tego kuriozalnego spektaklu, w „Hamiltonie” postać Washingtona przypomina: „Historia ma na niego oko”.
„Hamilton”, mat. prasowe Disney+