Techno, marazm, ultrafiolet. „Millennium Mambo” Hou Hsiao-hsiena

( 09.11.2023 )

Millennium Mambo to może i łatwo przyswajalny obraz pokoleniowego rozczarowania, ale jego kultowy status nie wziął się z samych ładnych obrazków

Pamiętacie rok 2010? Na przykład tytuł największego ówczesnego hitu radiowego – TiK ToK amerykańskiej wokalistki Ke$hy? Wtedy kojarzył mi się tylko z tykaniem zegara, nie z miliardową chińską aplikacją, ale wszyscy już i tak masowo oglądamy krótkie filmiki na YouTube, a twarze chowamy za instagramowymi filtrami. Najlepiej zarabiającym filmem na świecie jest Toy Story 3, wychodzi czwarta generacja iPhone’a, a Microsoft wypuszcza kontroler Kinect, wierząc w bliżej nieokreśloną rewolucję w świecie wirtualnej rozrywki. Najwyższym budynkiem świata nie jest już Taipei 101 ze stolicy Tajwanu, tylko wznoszące się prawie na kilometr Burj Khalifa w Dubaju. W wyścigu technologicznym z samym sobą świat zasuwa naprawdę żwawo.

A skoro Vicky (Shu Qi), centralna bohaterka Millennium Mambo, właśnie z perspektywy roku 2010 opowiada o przełomie mileniów, to pewnie po to, żeby wrócić pamięcią do niemal niewinnych czasów, jeszcze niezagarniętych przez tamte wytwory kapitalizmu i wszechobecne monitory; czasów sprzed zamachu na World Trade Center i ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego. Dlatego wszystko, co oglądamy na ekranie – prosta fabuła rozgrywająca się w pierwszym roku nowego tysiąclecia – wydaje się podręcznikowym przykładem nostalgicznego kina. Takiego, w którym nawet mikroskopijne kawalerki wyglądają jakoś fajniej, problemy zdają się łatwiejsze do rozwiązania, a chujowi partnerzy warci tego, żeby do nich wracać. W tle leci melancholijna muzyka, a trzy czwarte filmu jest nakręcone w neonowym świetle, które automatycznie zaszczepia nostalgiczny vibe. Doskonale znacie tę estetykę. Łezka samoistnie kręci się w oku. Ale w wydaniu Hou Hsiao-hsiena to wcale nie razi.

Źrenice szeroko otwarte

Rzecz w tym, że tajwański twórca nie ogranicza się do stereotypowych chwytów i najprostszych reżyserskich instynktów. Millennium Mambo to może i łatwo przyswajalny obraz pokoleniowego rozczarowania, ale jego kultowy status nie wziął się przecież z samych ładnych obrazków. To wizja wchodzenia w dorosłość, w której wyjątkowo łatwo zobaczyć siebie sprzed lat. Nie żebyśmy wszyscy za młodu spędzali co drugi wieczór na techno wiksie albo mieli samych przemocowych partnerów. Z uniwersalnych wspomnień dostajemy tu raczej miotanie się w poszukiwaniu bliskości, zagłuszanie marazmu używkami i uczucie przegrywania życia na wielu frontach.

Z tego powodu trzeba by stawiać Millennium Mambo raczej obok Kidsów i Spring Breakers niż filmów Johna Hughesa czy Skinsów. Jeśli więc mówię, że to dzieło wzięte z podręcznika filmowej nostalgii, to mam na myśli najlepsze dzieła tego nurtu. Takie, które pod efektowną estetyczną podszewką zawsze skrywają społeczne brudy i zostawiają po sobie gorzki posmak.

Tylko co w takim razie zrobić z tą nostalgią? Czy z dzisiejszą świadomością da się oglądać Millennium Mambo, przymykając oko na przemocowe relacje? Albo szerować neonowe kadry bez żadnego kontekstu?

Najpierw trzeba by zapytać, jakich namiętności broni sam film. Wtedy okaże się, że Millennium Mambo wcale nie trzeba weryfikować po latach, bo film od początku nie miał romantyzować bolesnego wchodzenia w dorosłość. Hou nie próbuje nikomu wciskać, że kiedyś to było, ani że trzecia dekada życia to najfajniejszy okres dojrzewania. To nawet nie jest film gloryfikujący euforyczne stany, w których można zapomnieć o problemach. Millennium Mambo opowiada o tragedii pokolenia, które tylko euforia utrzymuje przy życiu. Dlatego za dnia śpią, a wstają dopiero, gdy otwierają się kluby.

W ultrafiolecie

*Reklama

To wszystko wygląda w kadrze tak pociągająco, jakbyśmy byli ofiarami oszustwa. Bo gdyby zgasić dyskotekowe światła, na ekranie zostałyby same szare twarze i zagubione spojrzenia. Niech wszechobecny ultrafiolet nie przysłania tego, co jest w nich zapisane.

Tajwańskiego reżysera interesuje młodość jako wyjątkowy moment, w którym świat biegnie alternatywnym torem, gubi ułożony rytm zdarzeń oraz logikę przyczyn i skutków. Chodzi o to, że u Hou Hsiao-hsiena zastajemy postaci w przedziwnym momencie zawieszenia. Ani nie rozpamiętują przeszłości, ani nie oczekują cudów w przyszłości. Realne umocowanie mają tylko w teraźniejszości – planowanie swoich spraw jest po prostu zbyt niepewne w epoce szybkich zmian. Tragizm tajwańskiego filmu bierze się też z tego, że o wszystkim, co nastąpi w życiu głównej bohaterki, może wiedzieć co najwyżej Vicky o dziesięć lat starsza, która gada do nas z offu. Patrząc na siebie sprzed dekady, widzi pozbawioną sprawczości dziewczynę bez choćby jednego drogowskazu przed oczami.

W efekcie Millennium Mambo to jeden z najciekawszych raportów z kręcenia się w kółko. Limbo teraźniejszości sprowadza się do transowych imprez i łagodnego, ale stale podtrzymywanego haju. Codzienność Vicky to przećpana odyseja rozpięta między tym samym klubem, tym samym kacem i tym samym chłopakiem. On z kolei wiecznie ślęczy nad domową didżejką, tyle że nic nie wynika z tej bezcelowej zajawki. Dziewczyna będzie ciągle wracać do Hao-Hao (Tuan Chun-hao). Czemu? Może po to, żeby czas nie wypadł ze stałej ramy, żeby przypadkiem nie zrobić jakiejś wyrwy w codzienności, broń Boże nie zainicjować zmiany. Bo nawet jeśli w tej chwili jest nam średnio, to kto wie, czy krok w przód nie będzie oznaczał czegoś gorszego.

Ślina na język

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Rozmowa ) ( Joanna Kinowska )

Kim są zwierzęcy agenci?

Przebłyskiem geniuszu, bez którego nie powstałaby legenda tego filmu, był na pewno wybór metody pracy na planie. Hou nawet nie spisał dialogów, postawił na daleko posuniętą improwizację (bardzo adekwatną do treści filmu). Aktorki i aktorzy dostawali tylko wskazówki, w jaką stronę ma iść każda kolejna scena i jakie emocje mają okazać. Ich sprawa, w jaki sposób to zrobią. A przecież w taki sposób – zupełnie jak w życiu – nie wymyślisz trzymającej się kupy struktury dialogu. Dlatego bywa, że sceny w Millennium Mambo trwają bez końca, trochę stoją w miejscu, a mimo to pulsują niespodziewanym.

Spontaniczność wypowiadanych na ekranie kwestii ma też swoje odzwierciedlenie w ścieżce muzycznej. Jeśli miałbym szukać odpowiedniego porównania, powiedziałbym, że temu soundtrackowi jest najbliżej do kultowej muzyki z Między słowami. Może i środki są kompletnie różne – u Hou elektroniczne plumkania i automatyczne perkusje, u Sofii Coppoli przesterowane gitary – ale chodzi o wywołanie bardzo podobnych emocji. W konsekwencji nawet soft techniawa w Millennium Mambo jakimś cudem bardzo przypomina kawałki Kevina Shieldsa z My Bloody Valentine w Między słowami. To pewnie kwestia zapętlonych perkusji i rozmytych brzmień. W obu filmach muzyka kręci się w kółko jak sami bohaterowie i wciąż serwuje te same motywy. Efektem jest pejzaż mentalny, muzyczna transmisja z głowy tych postaci, które jadąc przez miasto wyobrażają sobie za szybą teledysk z własnego życia.

Powrót

Millennium Mambo po ponad dwudziestu latach od premiery dalej oddziałuje na widzów z jeszcze jednego powodu. Hou Hsiao-hsien w momencie kręcenia, w 2000 roku, mógł sobie tylko wyobrażać, w jakim świecie będzie żyć starsza wersja Vicky i jaki świat zastanie on sam w 2010. Ten fakt łączy się z perspektywą, którą przybierają widzowie oglądający Millennium Mambo – już ze świadomością zmian, które nastąpiły w XXI-wiecznym świecie.

Powroty do tego filmu za każdym razem zmuszają do dwojakiej weryfikacji; z jednej strony – starych wspomnień, z drugiej – nowo narosłych oczekiwań. Ze swojego pierwszego, licealnego seansu Millennium Mambo zapamiętałem to, co wszyscy: światła ulicy, ogniki papierosów, neony reklamowe i te fluorescencyjne światła, w których tak obłędnie wyglądają białe staniki i papierosowy dym. Za drugim seansem bardziej rzucały mi się w oczy szarości i cienie tej rzeczywistości, a najważniejszy wydał się epizod w Yūbari – mieścinie jak z innego świata, w której wciąż wiszą plakaty filmów z lat siedemdziesiątych, a twarz Vicky w końcu rozświetla blask słońca i naturalny uśmiech. Zawsze uznawałem, że zakończenie jest szczęśliwe, ale przy kolejnym podejściu zaczyna mnie zastanawiać powód, dla którego Vicky wraca do opowiadania swojej historii. Czy na pewno uwolniła się od wspomnień z początku milenium? Może za kolejne dziesięć lat mój seans znów będzie miał happy end.

Film „Millennium Mambo” do zobaczenia podczas 17. Azjatyckiego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków: 17 listopada o 21:00 w Kinotece, 19 listopada o 20:30 w kinie Muranów oraz online od 15.11 do 3.12.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.