Jakby jutra miało nie być. Rozmowa z Si On
( 20.04.2026 )
Czy w pracach Si On przeważa radość czy wściekłość? „Raczej krzywy uśmiech” – odpowiada artystka, która w swojej sztuce robi to, co chce, nie oglądając się na oczekiwania, zasady czy logikę.
W twoich pracach powraca postać kobiety. Przybiera różne kostiumy, gra różne role. Raz jest uczennicą, raz boginią, a kiedy indziej szamanką albo wojowniczką. Ma szeroko otwarte oczy; jej spojrzenie bywa pełne zachwytu, czasem wściekłe, a to znów krzyczy, szczerzy zęby. Kim ona jest? Tobą?
Jest zrobiona z resztek mnie – z fragmentów, które odrzuciłam, które uparcie nie chcą umrzeć. Jest podróżniczką. Wędruje przez przeszłość i przyszłość, jakby były jednym korytarzem. Niesie wspomnienia, których nie przeżyłam, i rany, o których myślałam, że dawno się zagoiły. Nie ma stałej tożsamości. Rozpływa się i formuje na nowo. Pojawia się jako uczennica, bogini, wojowniczka, dziecko – jako różne postaci prawdy, której nie potrafię stawić czoła w teraźniejszości. Jej zęby są słowami, których nigdy nie umiałam wypowiedzieć. Jej krzyk jest głosem, który całymi latami pozostawał uwięziony w moim gardle. Zmusza mnie do szczerości. Jest przejściem między światem widzialnym a tym, który wyczuwam pod jego powierzchnią. Jest także siłą, która gromadziła się przez całe lata mojego życia – dziewczyną, którą byłam, kobietą, którą mogę się stać, i cieniem, który idzie obok. Jest kimś, kto odmawia poddania się granicom czasu, pamięci czy tożsamości i nie prosi o wybaczenie za to, że istnieje. Jest świadkinią tego, przed czym uciekłam, i tego, czego się boję. Powraca, żebym nie zniknęła. Jest też tobą – może nami – każdym, kto czuje to, co ja czuję. Więc odpowiadając na twoje pytanie, ona jest mną, a zarazem nie mną. Jest czymś więcej.
Nazwałaś ją podróżniczką. To zupełnie jak ty: zaczynałaś studia w rodzinnej Korei Południowej, kontynuowałaś je w Japonii, przez wiele lat byłaś artystką nowojorską, a teraz od prawie dekady żyjesz w Polsce. Co cię napędza w tej podróży? Uciekasz od czegoś, czy raczej czegoś szukasz?
Si On, fot. Karolina Zajączkowska
W prawdziwym życiu wcale nie jestem typem podróżniczki. Może dlatego moja postać wędruje. Ale to fakt, kilka razy się przeprowadzałam. Myślę, że na początku przede wszystkim uciekałam – od środowiska, w którym dorastałam, od ludzi wokół mnie i oczekiwań, kim powinnam być. Przeprowadzki z Korei do Japonii, potem do Nowego Jorku, a później do Polski nie były częścią żadnego planu. Po prostu podążałam za znakami – albo za tym, w czym chciałam widzieć znaki. Przybycie do nowego miejsca zawsze mnie ekscytowało. Bycie kimś nieznanym i oglądanie wszystkiego po raz pierwszy dawało mi poczucie wolności. Uciekałam też ku czemuś. Szukałam sensu i goniłam za starymi marzeniami – aż uświadomiłam sobie, że stałam się kimś zupełnie innym, niż sobie wyobrażałam. Na pewien czas straciłam kontakt z samą sobą, znalazłam się nie na swoim miejscu, aż poznałam kogoś, kogo pokochałam. Goniłam za miłością – nie tylko romantyczną, ale za poczuciem bycia rozumianą. Za kimś, kto gotów jest mnie zaakceptować, nawet kiedy ja sama nie potrafię tego zrobić. Istotę mojej podróży stanowią więc jednocześnie ucieczka i odkrywanie. Brzmi to paradoksalnie, ale właśnie tak jest. Zostawiałam za sobą wersję siebie, która już mi nie pasowała, szukając miejsca – albo uczucia – do którego mogłabym przynależeć.
Myślisz, że już je znalazłaś?
Wciąż szukam i nie zawsze wiem, czego. Ale samo szukanie ukształtowało mnie bardziej niż jakiekolwiek miejsce, w którym żyłam.
Powiedziałaś, że uciekałaś od środowiska, w którym dorastałaś. Udało ci się? Pytam, bo w twojej twórczości bardzo obecne wydaje się dzieciństwo; weźmy choćby wszechobecność zabawek w twoich pracach. Ale mam również na myśli specyficzną wrażliwość, rodzaj baśniowej perspektywy spojrzenia na rzeczywistość: to widzenie świata jako miejsca niezwykłego, wręcz magicznego, a jednocześnie niebezpiecznego i okrutnego tak, jak okrutne potrafią być baśnie i mity. Czy twoje dzieciństwo nie jest w jakimś sensie niedokończoną sprawą?
Najzabawniejsze jest to, że wcale nie byłam uroczą dziewczynką, która bawiła się lalkami. Zabawki dostawało się tylko na Boże Narodzenie, urodziny albo z innych specjalnych okazji. Nie prosiłam o nie, ale też ich nie odrzucałam – po prostu nie wiedziałam, czego chcę. I szczerze mówiąc, nie mam zbyt wielu związanych z nimi dobrych wspomnień. Jedno utkwiło mi jednak bardzo wyraźnie. Pewnego popołudnia mój ojciec wrócił do domu pijany i przyniósł mi grającą lalkę – taką, którą się nakręca, a ona gra smutną melodię. To nie były moje urodziny ani Boże Narodzenie. Poczułam, że coś jest nie tak między moimi rodzicami. Może ojciec chciał mi coś dać i odejść? Czułam przerażenie, jakby miało wydarzyć się coś strasznego. Na szczęście nic się nie stało i moi rodzice wciąż są razem. Ale ten moment głęboko mnie naznaczył.
Z jakiegoś powodu wiele z zabawek, które dostawałam, wiązało się ze smutkiem. Nigdy nie służyły mi jako pocieszenie. Przypominały raczej o kruchych, ulotnych chwilach z mojego dzieciństwa – a później po prostu znikały, tak jak te momenty. Więc kiedy teraz patrzę na zabawki, dostrzegam w nich jakąś brakującą część dzieciństwa. To przedmioty, które ludzie w końcu wyrzucają. Jednego dnia są twoimi najlepszymi przyjaciółmi, a następnego stają się niepotrzebne, wręcz uciążliwe. W tym sensie może masz rację, że moje dzieciństwo to rzeczywiście niedokończona sprawa. Myślę, że w mojej pracy próbuję ratować te porzucone zabawki. I jednocześnie wyobrażam sobie dziecko, które może się nimi bawić swobodnie, z radością, nietknięte przez beznadziejną stronę rzeczywistości. Czasem nawet kupuję sobie zabawki – rzeczy, o które nigdy nie poprosiłam, kiedy byłam mała. To trochę jak próba przepisania na nowo moich wspomnień z dzieciństwa.
fot. Karolina Zajączkowska
Czy należałaś do tych utalentowanych plastycznie dzieci, które rysują bez przerwy, od najmłodszych lat zdradzając, że zostaną artystami?
Nie sądzę, żebym była uzdolnionym dzieckiem, i nie rysowałam bez przerwy; zresztą do dziś rzadko to robię. Byłam raczej dziwną dziewczynką bez przyjaciół. Zostawałam w domu, leżałam na podłodze i godzinami wpatrywałam się w sufit. Nie dorastałam w kontakcie ze sztuką. Nawet nie wiedziałam za bardzo, czym sztuka jest. Po prostu miałam wyobraźnię, która nie przestawała pracować. A kiedy coś pojawiało się w mojej głowie, musiałam to zrobić. Nie pragnęłam zostać artystką, to moja wyobraźnia poprowadziła mnie tą ścieżką, zanim zrozumiałam, dokąd ona prowadzi. Czasem ogarniają mnie wątpliwości, czy idę właściwą drogą.
Chyba żartujesz! Przecież ty tworzysz tak, jakby miało nie być jutra. Mam wrażenie, że jesteś artystką w sposób totalny. Tworzysz jedno dzieło za drugim, lubisz wielkie formaty, rozmach. A do tego twoje prace są niesamowicie gęste. Łączysz najróżniejsze materiały, motywy, techniki – malujesz, rzeźbisz, wypalasz, topisz, wycinasz, odlewasz, dokładasz przedmioty znalezione – jakbyś chciała w każdej pracy zmieścić wszystko. I gdzie byś to wszystko upchnęła, jeśli nie w sztukę?
Zawsze robiłam po prostu to, co mogłam, i ignorowałam to, czego nie potrafiłam zrobić. To nie historia o przeznaczeniu – raczej coś w stylu: „OK, umiem robić sztukę, więc idę dalej tą drogą, dopóki nie pojawi się coś innego”. Ale na szczęście – albo nieszczęście – niczego innego nie znalazłam.
Miałaś jakieś inne pomysły na siebie, zanim zostałaś artystką?
Zawsze chciałam być kimś zupełnie innym: sportowczynią, potężną bizneswoman albo pisarką. Ale za każdym razem, gdy czytam książkę, zasypiam. Mój mózg raczej słabo dogaduje się z ciałem, więc sport odpada, i nawet nie potrafię dobrze liczyć. Więc większość moich marzeń należała do absurdalnych fantazji. Mimo to, co minutę wpadam na nowe pomysły, kim chciałabym być, i mówię o tym mężowi, co pewnie przyprawia go o stany przedzawałowe.
A ty wracasz do pracowni.
To prawda, rzeczywiście pracuję tak, jakby jutra miało nie być. Podobnie podchodzę do życia. Nie myślę o tym, co stanie się z moimi pracami, gdy umrę. Mam nawet taką dziwną fantazję, żeby nie zostawić po sobie żadnego śladu – a jednocześnie tworzę ogromne, ciężkie prace. Pytasz, w co mogłabym zainwestować całą tą energię, gdybym nie robiła sztuki? Pewnie w jakieś duże kłopoty. Wciąż ich szukam, hahaha.
Kiedy patrzę na twoje prace, zastanawiam się, co w nich przeważa: radość czy gniew? Z jednej strony jest rozmach, fajerwerki kolorów, pulsujące wizualne rytmy, tysiąc pomysłów na godzinę – aura totalnej twórczej wolności ma tu w sobie coś wręcz ekstatycznego. A z drugiej, w twojej sztuce jest wiele gniewu, gwałtowności, przemocy. Mam na myśli obcięte głowy fruwające po obrazach, wściekłe kobiety wojowniczki przyszpilające jakiegoś nieszczęśnika włócznią do ziemi, krew i karabiny. Jak więc pracujesz? Zabierasz się do tworzenia z radosnym uśmiechem? Czy jakbyś szła na wojnę – taką, na której nie bierze się jeńców?
Ludzie lubią widzieć w moich pracach czystą radość albo ślepą wściekłość, ale w rzeczywistości jest w nich raczej krzywy uśmiech. Tak bym to nazwała. Robię w mojej pracy, co chcę. Zero przestrzegania zasad czy logiki, słuchania ludzi, którzy mówią mi, czym sztuka powinna być. Przemoc? Kiedy pisarz zabija kogoś w swojej książce, nikt nawet nie mrugnie. Dlaczego ja nie mogę zrobić tego samego farbą? A co do tych dziewczyn wojowniczek, to owszem, wyglądają jakby z radością przybijały jakiegoś biedaka do ziemi. Ale może to nie jest pierwszy, lecz właśnie ostatni cios w bitwie, której one wcale nie zaczęły? I poprzedzały go dziesiątki lat przełkniętych słów, milczenia i zaciskania zębów? Ludzie lubią oceniać całą historię na podstawie jednego kadru. Znam to stare powiedzenie: kiedy idziesz się mścić, wykop zawczasu dwa groby. Ale czasem i tak jesteś już w połowie pogrzebana, więc nie masz zbyt wiele do stracenia.
Si On, fot. Karolina Zajączkowska
Wydaje mi się, że nie słyszałem, żebyś w prawdziwym życiu kiedykolwiek przeklinała, nawet kiedy pracowaliśmy nad wystawą Have a Nice Doomsday, a była to przecież duża i trudna produkcyjnie wystawa, więc znalazłoby się parę powodów do rzucenia grubszym słowem. Tymczasem w pracach klniesz…
W realu nigdy nie przeklinam. Trzymam język za zębami nawet, kiedy ktoś bluzga na mnie. Sztuka to taka moja tania autoterapia. Wrzeszczę na płótnie, żeby nie wrzeszczeć komuś w twarz. Przekleństwa w moich pracach można podzielić na dwa rodzaje. Jedne to te kulturowe, zwyczajowe, którymi ludzie rzucają bez zastanowienia. Używam ich, by przypomnieć jak nieważkie stają się słowa.
A drugi rodzaj przekleństw?
To te, które wypowiadam w sztuce, bo nie mogę powiedzieć ich komuś wprost. Albo używam ich w imieniu ludzi, którzy nie mogą. Ale zawsze dodaję do tych bluzgów krzywy uśmiech, trochę humoru – bo jeśli nie mogę się z śmiać z tego, co jest straszne, to coś wygrywa.
A co jest straszne?
Obserwuję, jak ludzie niszczą siebie nawzajem. Czuję cudzy ból za mocno, aż do przesady. Nie znoszę niesprawiedliwości, przemocy. Jestem wściekła również na siebie – za bezsilność, za to, że nie potrafiłam się postawić, ale też za to, że nie potrafię sobie tego wybaczyć. A jednak świat nie jest tylko brutalny. Jest również absurdalnie piękny. Jedno zawsze idzie z drugim w parze. Piękno z kolcami, dobroć z bliznami. Dobrzy ludzie, okropni ludzie – wszystko wymieszane jak jakaś zepsuta zupa. A ja tę zupę wylewam na płótno. I okazuje się, że smakuje… zabawnie! W mojej sztuce nie ma filozofii, chodzi o to, żeby przetrwać i – o ile się da – zrobić to w dobrym stylu. Mam nadzieję, że ten mój styl jest całkiem stylowy, hehe.
W rzeczy samej – jest wyjątkowy. Myślę zarówno o tych wszystkich niecodziennych technikach, które wymyśliłaś – jak na przykład tworzenie obrazów poprzez wypalanie lutownicą rysunku w warstwach kolorowej satyny – jak i o twojej strategii wsysania rzeczywistości w dzieło sztuki. W pracach można znaleźć twoje ubrania, dokumenty, odlewy twoich rąk, nóg, przedmioty, które kupiłaś, śmieci, które znalazłaś. W tym gąszczu jest mnóstwo tropów, które wiodą w różne strony, od szamanizmu po kulturę masową. Trudniej precyzyjnie umieścić to, co robisz, na mapie sztuki. Masz jakiejś ulubione artystyczne punkty odniesienia?
Ludzie często mówią mi, że trudno mnie przyporządkować do konkretnego nurtu artystycznego. Rozumiem to – tak naprawdę sama nigdy nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Jak już mówiłam, nie planowałam zostać artystką. Myślałam, że bycie artystą przeznaczone jest dla jakiegoś specjalnego gatunku ludzi, którzy już się tacy urodzili. Nie przyszło mi do głowy, że mogłoby chodzić o mnie. Nie miałam zamiaru się od nikogo uczyć ani podążać za jakąkolwiek szkołą – chociaż chodziłam do wielu szkół. I zwykle lądowałam na dnie klasy, w roli szkolnego przegrywa. Nienawidziłam historii, matematyki. Zapamiętanie czegokolwiek było dla mnie prawie niemożliwe. Nie rozumiałam, dlaczego mam uczyć się czegoś na pamięć albo dlaczego trzeba patrzeć w przeszłość, skoro ona już minęła. Może brzmi to głupio, ale taka prawda. Zresztą spójrz na mnie teraz: mieszkam w Polsce, nie wiedząc o niej prawie nic. System edukacji był więc dla mnie kompletnie nie do zniesienia, a ja żyłam w przekonaniu, że nie posiadam w rękach żadnego talentu, który pozwoliłby mi podążać tradycyjną drogą artystyczną. Zawsze miałam za małą kartkę albo za małe płótno; nie wiedziałam, jak zmieścić rysunek w jakimkolwiek formacie. Brakowało mi cierpliwości, żeby słuchać. Próbowałam więc znaleźć własne sposoby na robienie sztuki, wydreptać własną ścieżkę, wiodącą głównie przez moją codzienność i moje otoczenie – tak, żeby nie musieć się z kimkolwiek porównywać. Mówiłam ci: nie należałam do tych genialnych dzieci, które pięknie rysują. Raczej do tych, które przypalają tkaniny albo włosy lalkom Barbie. O nie! Chyba zabrzmiałam jak psychopatka!
Miałem cię właśnie dopytać, czy masz jakichś mistrzów, ale w tej sytuacji...
Nigdy nie interesowało mnie uczenie się historii sztuki ani wkuwanie długich list nazwisk. O niebo bardziej fascynowały mnie magazyny mody albo prywatne, ukryte ludzkie historie. Ludzkie opowieści zawsze wydawały mi się bardziej żywe niż jakikolwiek artystyczny kanon. Jeśli zapytasz więc, których artystów lubię – oczywiście mogę coś odpowiedzieć, ale będzie to pewną fikcją, wyjściem naprzeciw oczekiwaniom. Mogę powiedzieć na przykład, że uwielbiałam Miró – kiedy byłam w jego muzeum, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jakiś czas temu podziwiałam Martina Kippenbergera. Ale generalnie, jeśli chodzi o „mistrzów”, to nie znam ich nazwisk. Z moją listą ulubionych artystów jest jak z moją playlistą: w jednej minucie jakieś duchowe śpiewy, w następnej folk, a potem nagle ballady z lat 90. Totalna nieprzewidywalność. W tym sensie trudno mnie umieścić w historii sztuki. Może staram się od niej odchodzić jak najdalej, zanim ona zdąży mnie odrzucić? Moje prace nie wyrosły z tradycji. Wyrosły z dezorientacji, ograniczeń, ciekawości, destrukcji, brudnych ulic, porzuconych przedmiotów i osobistych prawd, które na przekór wszystkiemu zawsze szły w ślad za mną.
Si On, fot. Karolina Zajączkowska
Wspomniałaś, że żyjesz w Polsce, nic o niej nie wiedząc. Naprawdę? Mieszkasz tu już dłuższy czas, ostatnio zaczęłaś również intensywnie w Polsce wystawiać. Poza tym do twoich prac zawsze przenikały przecież wątki autobiograficzne, doświadczeń i otoczenia – twoje ubrania, znaleziska, emocje. Czy nie zaczęła przenikać również Polska?
To prawda, ostatnio miałam w Polsce kilka wystaw. Ale przez długi czas nie dostawałam tu propozycji, żeby pokazywać swoje prace. Wcześniej wiodłam życie outsiderki w różnych miejscach na świecie, ale w Polsce początek był ekstremalnie samotny i pełen zagubienia. Czułam się kompletnie odizolowana i przeszłam ciężki okres depresyjny. Nie miałam nawet siły, żeby walczyć z językiem.
Na jednej ze swoich prac napisałaś wręcz „Life is too short to learn Polish”.
Czasem się zastanawiam, jak to możliwe, że pozwoliłam sobie tak długo nic nie robić. Ale powoli zaczęło się poprawiać. W pewnym momencie mogłam już pójść na zakupy i nie zastygnąć w pół kroku. Spotkałam dobrych ludzi i to zmieniło wszystko. Kocham ich, a oni są Polakami – więc technicznie rzecz biorąc, kocham Polaków. (śmiech) Ostatecznie zawsze chodzi o ludzi, nie o miejsce. Czy Polska wpłynęła na moją sztukę? Pewnie tak. Masz rację, że wszystko wokół mnie wcześniej czy później staje się materiałem artystycznym, tylko nigdy nie wiem, kiedy i jak. Polska wydaje mi się pełna rzeczy zapomnianych i może dlatego czuję się tu coraz bardziej u siebie. Ja też jestem trochę zapomniana. Albo sama o sobie zapominam. Ale to nie jest kwestia samego kraju – raczej tego, do czego mnie ciągnie: do miejsc i przedmiotów porzuconych, przeoczonych, lekko zepsutych. Wiesz, o co chodzi. Polska wślizgnęła się do moich prac tylnymi drzwiami, jak kurz z jednego z tych wiecznych remontów. Moje faktury zrobiły się cięższe, ciemniejsze, brudniejsze, bardziej „uziemione”. Nie dlatego, że tak sobie wymyśliłam. To środowisko samo odciska się na mojej pracy.
Kolejną dużą wystawę szykujesz na wiosnę w Bunkrze Sztuki, której kuratorką jest Dorota Masłowska, pisarka totalnie polska – wręcz narodowa, jeżeli wziąć pod uwagę sposób, w jaki operuje polskim językiem.
Kolejna ekscytująca niespodzianka! Wyobraź sobie mnie: na wpół lewitujące, odklejone koreańskie stworzenie, które ledwo potrafi zamówić pierogi. I Dorotę, która posługuje się językiem polskim w jego ekstremalnej, błyskotliwej i niepowtarzalnej formie. To zderzenie może być dobre! Ona przynosi słowa, a ja miejsca, w których język ulega załamaniu. Jestem naprawdę wdzięczna, że mogę z nią pracować. Zobaczymy, co się wydarzy. Lubię rzeczy, które wykraczają poza moją wyobraźnię. Więc, wracając do twojego pytania – Polska mnie kształtuje, nie pytając nawet o pozwolenie. I, szczerze mówiąc, ma to sens. Polska miesza się z moją sztuką tak, jak wszystko inne: nieprzewidywalnie, we fragmentach, które rozpoznaję dopiero długo po tym, gdy stały się moje.
Wywiad został opublikowany w drugim roczniku drukowanego magazynu Mint.