Anna Grzymała, Bartosz Górka, dzięki uprzejmości Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski
Anna Grzymała, Bartosz Górka, dzięki uprzejmości Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski

Jak nienawiść staje się czymś zwyczajnym. Rozmowa z Anną Grzymałą

( 18.06.2026 )

Chciałam pokazać, jak mógłby wyglądać świat, z którego zostały wyrugowane wszelkie różnice, a dominująca ideologia przejęła władzę nad tym, jak myślimy i co widzimy. W pewnym sensie to się już wydarzyło.

Niedawno w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski odbył się finisaż wystawy Anny Grzymały, „Białe nieba, białe światy”, w której dominującym motywem jest postępujące bielenie świata. Każdy kolejny obraz przedstawia sceny, w których rośnie liczba białych detali, aż w końcu nie zostaje już prawie nic. Z jedną z najważniejszych przedstawicielek młodego polskiego malarstwa i twórczynią ikonicznego obrazu „Zdejmij mundur, przeproś matkę” rozmawia Agata Pyzik.  

Twoje „Białe nieba, białe światy” w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski to nie tylko wystawa, ale cały ekosystem – takie polskie piekiełko. Na obrazach pojawiają się charakterystyczne, białe jak śnieg i zakapturzone postacie. W Polsce Ku Klux Klan nie jest może bardzo aktywny, ale pomyślałam o Philipie Gustonie, amerykańskim malarzu pochodzenia żydowskiego i komuniście, który od późnych lat 60. XX wieku malował – niemal komiksowo – postaci w białych kapturach. Skąd u ciebie ta wizualna metafora?

Pierwszy raz namalowałam postaci w białych strojach i kapturach na wystawę dyplomową w 2021 roku. Motyw wzięłam ze zdjęcia w starym rodzinnym albumie. To była scena z jakiegoś wyjazdu czy obozu wakacyjnego, gdzie uczestnicy są w białych strojach, bo grają w jakąś grę z tym związaną. Nie do końca wiadomo o co chodzi. Postaciom ze zdjęcia dodałam więcej białych kapturów, bo skojarzyli mi się z Ku Klux Klanem, i umieściłam ich obok dmuchanej zjeżdżalni. Bardzo spodobał mi się wtedy ten motyw: połączenie niewinnej zabawy i jakiejś podskórnej, niewyobrażalnej przemocy. Kilka lat później postanowiłam do niego wrócić, aby go rozwinąć, i wtedy odkryłam malarstwo Gustona. Wystawa jest poniekąd ukłonem w jego stronę, bo kiedy on w latach 70. w Nowym Jorku pokazał swój cykl obrazów z zakapturzonymi postaciami, spadła na niego fala krytyki, że KKK to temat już dawno nieaktualny. Chciałam nawiązać do tej reakcji i pokazać, że tak jak wtedy była to poważna kwestia i po wystawie artysty nie zniknęła, tak i teraz w Polsce nienawiść, rasizm i uprzedzenia nadal są dużym problemem. Kody wizualne są inne w zależności od czasów i miejsca, ale tak naprawdę nic się nie zmieniło.

Guston był regularnie oskarżany o rasizm i przejmowanie poglądów malowanych postaci, mimo że chodziło mu raczej o coś odwrotnego – a na pewno o utrzymanie ambiwalencji. To opowieści o banalności zła, o tym, że te mroczne siły istnieją w każdych czasach i okolicznościach, a przemoc jest normalizowana. A jednak jego retrospektywa sprzed kilku lat była przez wielu odbierana skrajnie negatywnie, w kilku miejscach została nawet odwołana. U ciebie też widzę zainteresowanie tą normalizacją przemocy.

Guston wielokrotnie mówił, że postaci w kapturach to jego autoportrety. Bliski mi jest ten rodzaj humoru i subwersywności. Na pewno trudne dla widza jest dostrzeżenie własnego białego kaptura. Chciałabym, aby moja wystawa natchnęła innych do większej wrażliwości na radykalne treści, którymi jesteśmy bezustannie bombardowani. Cykl wziął się z obserwacji i przerażenia tym, jak nienawistne przekazy najpierw nas oburzają, potem powszednieją. W końcu przestajemy w ogóle je zauważać.

Dziękujemy!

Ania Grzymała, „Niewinny flirt w Suntago / Biel niezauważenie rozleje się po różnych powierzchniach”, 2025

Co cię zainspirowało poza twórczością Gustona?

Tekst Michaela Billiga o banalnym nacjonalizmie. Billig pisze o symbolach narodowych, które otaczają nas wszędzie i stają się przezroczyste, bo do nich przywykliśmy. Nie kwestionujemy ich. Państwo narodowe jest dla nas pojęciem naturalnym. W naszym otoczeniu bardzo często pojawiają się flagi, godła i tak dalej, przez co podświadomie cały czas internalizujemy, jak ważna jest idea narodu. Kiedy wybuchnie konflikt, nie będziemy długo się zastanawiać, za co walczymy i po czyjej stronie jest racja.

Innym motywem, który mnie zafascynował, jest zdanie z serialu „Królestwo” Larsa von Triera. Chłopak myjący naczynia mówi: „It will start as stupidity, but it will end as evil”. Czytałam też reportaż o Ku Klux Klanie Katarzyny Surmiak- Domańskiej i uderzyło mnie w historii KKK właśnie to, że na samym początku ta organizacja była głupią zabawą paru żołnierzy, którzy nie mieli co zrobić z wolnym czasem po wojnie secesyjnej. Chłopcy upijali się, przebierali za duchy, straszyli przechodniów i ogólnie wygłupiali się, powymyślali dziwne rytuały wtajemniczenia i nazwy w stylu „Wielki Mag” czy „Wielki Smok”. Dopiero później przerodziło się to w organizację o charakterze rasistowskim. Zaczęłam się zastanawiać – co Ku Klux Klan robi w wolnym czasie?

*Reklama

Przyjrzyjmy się ikonografii tego cyklu. Białe kaptury bawią się i spędzają czas tylko w towarzystwie innych białych kapturów. Pokazujesz okropność ich aspiracji: wakacje w Egipcie all inclusive, dmuchany zamek-trampolina dla dzieci. Piją koktajle w kolorze swojej skóry. Dzieci-rasiści wyglądają szczególnie niepokojąco. Ważnym elementem są gipsowe Monster Munchies wysypane na podłodze, które dają efekt horroru. To dom strachu.

Do każdego cyklu, nad którym pracuję, powstaje konkretna wizja oraz tekst. Nie jestem w stanie namalować wszystkiego, co sobie wyobraziłam, dlatego rozszerzam wizję poza obrazy i w tekście opisuję to, czego nie zdążyłam namalować. Lubię wizje epickie, totalne. Tak było też w tym przypadku – powstała wizja świata, który przez to, że postaci w białych kapturach patrzą przed siebie z nienawiścią, robi się coraz bardziej biały. Każdy element bieleje. Dla postaci na obrazach biel jest tak naturalna, że zupełnie nie zauważają tych zmian. Na początku ludzie zakładają białe stroje i białe kaptury, wieczorami sączą białe wino i kłócą się o to, czyja biel jest najbardziej biała. Potem bieleją domy, ogrody i zwierzęta. Gdy bohater jednego z obrazów otwiera klapę samochodu, który mu się popsuł, widzi tam białe części, a gdy zamawia pizzę, przyjeżdża ona do niego pokryta białymi dodatkami. Na końcu rośliny bieleją tak, że tracą chlorofil i swoją zdolność do fotosyntezy.

Przestrzeń wystawy to rodzaj fundamentalistycznego festynu rodzinnego „W biały dzień”. Zależało mi na tym, żeby aranżacja wystawy była spójna z tematem i żeby stworzyć dla obrazów scenografię wykluczenia. Padło na biały festyn rodzinny. Chodziło o to, żeby widzowie czuli się częścią tej sytuacji, dlatego estetyka plakatu z programem festynu kojarzy się z „piana party” czy malowaniem buziek na biało. Na ścianach widzimy lekko rozmyty horyzont trawnika, na podłodze znalazł się podest piknikowy z ceramicznymi czipsami w kształcie kapturków z otworami i biały dmuchany zamek, który symbolizuje też nadmuchanie nienawistnych ideologii i ich wewnętrzną pustkę. Wystarczy jednak przebić zamek szpilką, a cały opadnie. Pracowanie nad tą wystawą to była świetna zabawa. Dla mnie ważny jest humor, który uważam za skuteczną broń w walce z radykalizacją. Więc namalowałam takie obrazy, które mnie bawiły.

W 2025 roku spadła na ciebie nieoczekiwana sława po tym, jak twoja praca z 2021 „Zdejmij mundur, przeproś matkę”, nawiązująca do działań Straży Granicznej wobec emigrantów na Podlasiu, ale też innych służb mundurowych w Polsce, stała się częścią ulicznej prezentacji Art Survivalu we Wrocławiu. Wtedy dowiedział się o niej tzw. człowiek z ulicy. W większości przypadków artyści marzą o takiej interakcji, bo sztuka jest odizolowana od społeczeństwa. Z drugiej strony wiemy, jak to się zazwyczaj kończy. Wyzwiska w internecie, obraźliwe wiadomości, pogróżki. Czy te przykrości też były inspiracją do cyklu o białej polskości?

Tak, nawet jeśli nie byłam tego świadoma. Przed tamtą sytuacją malowałam cykl „Czilera Utopia”, o tworzeniu nowych, nieoczywistych sojuszy pomiędzy postaciami polskiego życia społecznego, które wcześniej się nienawidziły. Następuje przyjaźń, a przynajmniej dialog z osobami, z którymi zazwyczaj nie mamy ochoty rozmawiać. Po sytuacji z Wrocławia zaczęłam malować cykl apokaliptyczny, przedstawiający koniec świata, jaki znamy, a następnie przeszłam do opowieści o Ku Klux Klanie i radykalizacji społeczeństwa. Więc faktycznie, przestało być miło i myślę, że jest to związane z doświadczeniem hejtu.

Dziękujemy!

Anna Grzymała, „Zdejmij mundur, przeproś matkę”, 2021

Tak naprawdę stworzyłaś co najmniej dwa obrazy o podobnej ikonografii, z nagim mężczyzną klęczącym przed matką, z mundurem wiszącym obok niczym zwłoki. Dla mnie powodem, dla którego ta scena działa, jest kontrast pomiędzy tematyką a twoim stylem malarskim. Po raz pierwszy zetknęłam się z jedną edycją „Zdejmij” na wystawie „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, gdzie pokazałaś kilka obrazów skupionych na przemocy w twojej charakterystycznej już estetyce.

Ciekawi mnie kontrast pomiędzy łagodnymi, pastelowymi kolorami a tematyką nienawiści, przemocy, wykluczenia, niszczejącej planety czy agresywnego kapitalizmu. Lubię się bawić wizualną niespójnością.

Wystawa w Zachęcie spotkała się ze sporą krytyką, pisano kpiąco, że jest zbiorem przypadkowych obrazów, których nie chciały galerie komercyjne, albo że to „wystawa, którą kochacie nienawidzić”. Dziś chyba możemy spojrzeć na nią inaczej, jako na smutną konstatację o pokoleniu, które czekało całą pandemię, żeby pokazać się w państwowej instytucji, a ta 5 minut później i tak została przejęta przez prawicę. Czy udział w tej wystawie był dla ciebie ważny?

Dziękujemy!
( Literatura ) ( Joanna Piechura )

Nowa Ernaux, „Fat City” i „Jazda” Spark. Polecenia książkowe na majówkę i nie tylko

Wystawa „Niepokój przychodzi o zmierzchu” była dla mnie bardzo ważna. Po raz pierwszy zostałam zaproszona do udziału w tak dużej wydarzeniu w tak poważnej instytucji. Było to dla mnie wyróżnienie i zdawałam sobie oczywiście sprawę, że jest to ostatnia wystawa w Zachęcie przed zmianą władzy. Czułam, że to ostatni moment na pokazanie w publicznej instytucji prac poruszających temat instytucjonalnej przemoc. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, ile czasu upłynie, nim nowa władza całkowicie przejmie stery i zaproponuje nowy program. Poza tym wernisaż „Niepokoju” przypadł na moje urodziny, co było dla mnie ładnym symbolem.

Co napędza twoje malarstwo? Jesteś jedną z niewielu tak otwarcie politycznych malarek młodego pokolenia w Polsce, obok np. Małgorzaty Mycek. Twoja twórczość też jest na granicy queeru, kiedy pokazujesz mocarnych nazioli jako duże bezwłose dzieci o zaróżowionej skórze. Stają się nieszkodliwi. Jesteś uważną obserwatorką tego, co się dzieje: rosnącej siły skrajnej prawicy i jej wpływu na nasze myślenie. Często nawiązywałaś do symboli polskich faszystów, np. mieczyka Falangi. Malujesz polski sejm pełen queeru i aktorów nie-ludzkich. Kiedy pomyślałaś, ze chcesz namalować te elementy rzeczywistości?

Jeszcze podczas dyplomu przeżyłam coś w rodzaju zwrotu tematycznego. To był czas protestów związanych z zaostrzeniem prawa aborcyjnego w Polsce. Uczestniczyłam w nich i obserwowałam przemoc ze strony policji w stosunku do pokojowo protestujących osób. Chciałam w ramach dyplomu napisać cykl współczesnych baśni, które poruszałyby między innymi problem policyjnej przemocy – i faktycznie policja stała się ważnym motywem mojego dyplomu.

Ukazujesz „oprawców” i prześladowane przez nich mniejszości, jak siadają razem do stołu. Twoje obrazy są przez to dwuznacznie i ironiczne: „A rzeki płyną syropem z daktyli”, „Czilera i utopia”, to ma być rzekomo „świat idealny”. Jednak nie wydaje mi się, że rzeczywiście przedstawiasz pragnienie utopii, bo estetyka obrazów sprawia, że jest w nich coś niepokojącego, dziwnie odrażającego. Wierzysz, że „Będziemy przyjaźnić się z tymi, z którymi wydawało się to niemożliwe i z tymi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia”?

Tak. Uważam, że jeżeli coś zostanie namalowane, to ma większą szansę na wydarzenie się w rzeczywistości. W cyklach, o których mówisz, rządzi myślenie utopijne, ale nie uważam, żeby to było określenie pejoratywne. Dla mnie takie myślenie jest ważne, bo jest ćwiczeniem z wyobrażania sobie lepszego świata. Oczywiście nie będzie tak, jak na obrazach, ale samo kierowanie myśli w tę stronę i zauważenie kierunku pokazanych zmian moim zdaniem dużo daje. Być może estetyka moich prac faktycznie wywołuje niepokój, ale czy nie wynika to z tego, że przyzwyczailiśmy się do świata, jaki znamy, i zmiany wydają się nie na miejscu?

Dziękujemy!

Anna Grzymała, fot. Zosia Mencwel

Twoją wystawą dyplomową były „Baśnie ursynowskie”. Opowiesz o niej? Wtedy chyba po raz pierwszy powiązałaś tę „niegroźną” estetykę z życiem codziennym, wydobywając różne jego niepokojące aspekty. Przedstawiasz aurę niesamowitości, która nie pozwala się w tym świecie swobodnie zanurzyć.

Na potrzeby dyplomu nagle okazało się, że musimy napisać trzydzieści stron pracy magisterskiej. Nikt na tych studiach nie uczył nas, jak pisać! Musiałam z tego wybrnąć. Postanowiłam więc, że nie tyle „ominę” ten nakaz, co potraktuję go jako pretekst do zrobienia czegoś innego. Napisałam więc cykl współczesnych baśni, które miały strukturę podobną do „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Narratorem było niemowlę mieszkające na Ursynowie, stąd tytuł. Codziennie przed snem opowiadało ono swoim rodzicom jedną baśń. Baśnie opowiadały między innymi o brutalnej policji, o publicznych linczach, o bojówkach, o coraz większej liczbie sklepów „Żabka” albo o złym Czarnoksiężniku Deweloperze, który zasiał mieszkańcom Krainy pod czapkami ziarenka nienawiści.

Dawniej baśnie – choćby braci Grimm – były pełne brutalności i przemocy, i moje też takie są. Baśnie Ursynowskie miały być niesamowite i niepokojące, co siłą rzeczy wpłynęło na obrazy. Chciałam połączyć wizualną brutalność z baśniowym i uproszczonym podejściem do narracji oraz z problemami zglobalizowanego współczesnego świata. Pojawia się tam wiele magicznych połączeń, na przykład obraz „Zdejmij mundur, przeproś matkę 1” przedstawiał scenę, gdzie jeden z policjantów brutalnie traktujących mieszkańców zdejmuje mundur i przeprasza swoją matkę, przez co cała brutalna policja znika, zamieniając się z powrotem w piękną roślinę, która wcześniej była uznana za wymarłą.

Dziękujemy!

Anna Grzymała, „Kinderbal 1”, 2026

Nie od razu malowałaś tym kreskówkowym stylem, z którym kojarzymy cię dziś, a to ciekawy nurt. Myślę o Gustonie, ale też np. Beryl Cook. Przedstawiała scenki z życia klasy robotniczej i drobnomieszczaństwa w Anglii. Ta estetyka pozwala komentować współczesną przemoc bez dosłowności, ale niweluje też próg wejścia, bo nawiązują do uproszczonej estetyki, którą ludzie znają. Nawet antyrasistka Miriam Cahn mogłaby zostać zaliczona do tego nurtu, a z pozoru jest to malarka „poważniejsza”, bo mroczniejsza. Ty celowo wybierasz estetykę „płaską”, nie starasz się nadać obrazowi sztucznej głębi.

Moja estetyka wzięła się właśnie z tego pierwszego cyklu, z baśni. W baśniach narracja ma być prosta, a postaci są archetypiczne. Wszyscy są albo dobrzy albo źli, nie ma nic pomiędzy. Z tego powodu przyjęłam płaski styl, o której wspominasz: plamy w miarę jednolitych i kontrastujących kolorów. Bohater obrazu nie jest konkretnym policjantem, tylko wszystkimi brutalnymi policjantami. Przy okazji inspirowałam się socrealizmem, jego masywnością i potężnymi figurami, a kolory miały pasować do baśni, dlatego są dziecięce i pastelowe.

To ciekawe, bo nawiązujesz do estetyki „cute”. Socrealizm jest trochę cute, choć w mroczny sposób. Nad „cute” pastwił się mój kolega z „Szumu” Piotr Policht w słynnym tekście o upadku polskiego młodego malarstwa. Krytykował przede wszystkim wyrugowanie z obrazu abiektu, elementów odrażających. Uznał tę tendencję za symptom koniunkturalizmu. Co dla ciebie oznacza estetyka „cute” i czy starasz się ją jakoś rozbić, by wprowadzić ten abiekt?

Myślę, że to skojarzenie wynika z mojego zainteresowania baśniowością. Staram się bawić kontrastem, o którym mówiłam, pomiędzy teoretycznie przyjemnym i miłym obrazem, pastelowymi kolorami, miękkimi liniami, a niewyobrażalną przemocą. Też maluję takie obrazy, które sama chciałabym zobaczyć w galerii – i takie, które mnie bawią. Chcę uzyskać efekt niepokoju połączony z pozytywnym doznaniem estetycznym. Podoba mi się ta ambiwalencja.

Z kim z polskich artystek/tow czujesz powinowactwo?

Na pewno z Julią Woronowicz, z którą mamy grupę artystyczną „Dwie Osoby” i wspólnie tworzymy prace. Także z Mają Janczar, z którą dzielę pracownię i z którą w tym momencie tworzymy projekt. Serdecznie zapraszam na wystawę, którą z Julią otworzymy we wrześniu w galerii Przeciąg w Warszawie, a także na duet z Mają, który pokażemy jesienią w ESKAEM w Gdańsku. Z artystów i artystek, których nie znam osobiście, bardzo podobają mi się prace Alicji Pakosz, Karoliny Konopki i Mateusza Sarzyńskiego.

Twoje obrazy silniej oddziałują na mnie w grupie niż pojedynczo. Zwłaszcza w „Białych niebach”, które sprawiają, że każdy biały element z twoich poprzednich obrazów staje się niepokojący. Lody jedzone przez postaci. Obłoki.

Pracuję cyklami, które są bardzo spójne wewnętrznie. Obrazy łączy konkretna narracja, którą dodaję do wystaw w formie tekstu. Chcę, żeby to były różne formy literackie – baśnie, manifest, przepowiednia apokalipsy albo program festynu. Najnowszy cykl daje takie silne wrażenie spójności, bo motywem przewodnim łączącym obrazy jest biel. Chciałam, żeby ta wizja świata była zarazem totalna i przesadzona. Widzisz, jak wszystkie elementy powoli, niezauważalnie tracą kolor na rzecz dominującej bieli. A potem nie ma już nic innego.

Prace na wystawie są ułożone chronologicznie, według postępujących zmian – od najmniej do najbardziej białych. Każdy najmniejszy element przedstawionej rzeczywistości robi się biały albo przybiera kształt kaptura z otworami na oczy. Stąd przywiązanie do detali w obrazach i do rzeźby, na którą składa się biała porcelanowa paczka czipsów i 171 ceramicznych czipsów duszków w kształcie wspomnianych kapturków. Chciałam pokazać, jak mógłby wyglądać świat, z którego wyrugowane zostały wszelkie różnice, a dominująca ideologia przejęła władzę nad tym, jak myślimy i co widzimy. W pewnym sensie to się już wydarzyło.

Anna Grzymała, „Białe nieba, białe światy”
Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa
1 maja – 14 czerwca
kurator: Paweł Wątroba
wystawa w ramach cyklu {Project Room}

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.