I taki to był tydzień, w którym nie było Marcina Wichy

( 31.01.2025 )

A tu wychodzi Wicha: okrągła twarz schowana w ramionach, ręce w kieszeniach, buty, które naprawdę przestały kochać dizajn. I sam ustawia się w kącie. Cichy obserwujący.

To był tydzień bez Marcina Wichy. I można by tu przywołać cytat Wichy o Wisze – jakiś pasujący, o śmierci, o rzeczach, o pożegnaniu. To będzie o Wisze, ale dopiero za chwilę, bo oto gdzieś w Polsce ktoś myśli sobie: „A chuj, mam za dużo pieniędzy, więc postawię w ogródku największy pomnik Matki Boskiej – taki, żeby Jezus ze Świebodzina nakrył się nogami, a ten w Rio de Janeiro poczuł się jeszcze gorzej”. I tak pod Toruniem powstanie rzeźba Matki Boskiej. 55 metrów wysokości! Totalna dominacja!

I przydałby się Wicha, żeby powiedzieć o tym, że ktoś gdzieś znów przestał kochać. Nie dizajn – tylko ludzi.

Bo Wicha pisał o przedmiotach i o sztuce, ale przede wszystkim o tym, jak być człowiekiem.

*Reklama

„Kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami, dopóki nie umiemy tego zrobić. Dopiero martwych ludzi mamy na własność, zredukowanych do jakiegoś obrazka czy kilku zdań. Postaci w tle. Teraz już wiadomo – byli tacy albo śmacy. Teraz możemy podsumować całą tę szarpaninę. Rozplątać niekonsekwencje. Postawić kropkę. Wpisać wynik”.

*Reklama

Te zdania otwierają książkę Rzeczy, których nie wyrzuciłem Marcina Wichy.

Kiedy zmarł 25 stycznia, za szybko i za młodo, okazało się, że wielu, w tym ja sam, poczuło potrzebę zredukowania go do kilku określeń, którym potrafił sprostać tylko on. A był wielkim pisarzem i dobrym człowiekiem – połączenie, które w przyrodzie występuje zbyt rzadko.

Poznałem go przy okazji wywiadu. Napisał właśnie książkę Kierunek zwiedzania. Był już tym Wichą, który pisał o dizajnie i pokazał nam, jak na niego patrzeć. W książce Rzeczy, których nie wyrzuciłem, wspiął się na wyżyny humanizmu, ukazując własne cierpienie i stratę poprzez opis tego, z czym kojarzy nam się drugi człowiek: rzeczy, które po sobie zostawił.

Dziękujemy!

Marcin Wicha w swoim mieszkaniu, Warszawa 2018, fot. Mikołaj Starzyński

To był Wicha, który postanowił napisać książkę o malarzu Kazimierzu Malewiczu – w dodatku tak, żeby z książki zrobić wystawę i wskazać nam tytułowy kierunek zwiedzania. Umówiliśmy się na spacer i rozmowę o tym eseju. Jak zawsze przed takim spotkaniem czułem strach, bo znam pisarzy i wiem, że jak ktoś jest diablo inteligentny, to wie, jak tej wiedzy użyć, żeby sprawić, że ktoś poczuje się gorzej. Żeby rozstawić po kątach tych, którzy myślą, że są jak on. 

A tu wychodzi Wicha: okrągła twarz schowana w ramionach, ręce w kieszeniach, buty, które naprawdę przestały kochać dizajn. I sam ustawia się w kącie. Cichy obserwujący. Mówi, żebyśmy poszli do parku, bo sam czasem się stresuje, gdy ma porozmawiać. I tak zestresowani spacerowaliśmy przez godzinę.

Opowiadał, że fascynuje go dziedzictwo rosyjskiej kultury. I słyszałem to, co wiedziałem z książek – że to namiastka jego wiedzy dowolny temat. A potem powiedział, żebym mu przesłał tekst do autoryzacji, że nie będzie problemu.

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Scena ) ( Kacper Peresada )

Kultura obowiązkowa, 16–22 czerwca

I nie było.

„Dwa zdania poprawiłem, nic nie przewalałem”, odpisał po piętnastu minutach, chociaż mógł zmienić wszystko. I załączył jedno zdjęcie z jakiegoś rosyjskiego muzeum, obraz, na którym widać napis Ty byś tak nie potrafił.

Nie potrafiłbym.

Nikt by nie potrafił. 

I taki to był tydzień, w którym nie było Marcina Wichy.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.