I taki to był tydzień w kulturze. 250 lat Ameryki
( 02.07.2026 )
4 lipca. USA obchodzi 250 urodziny. Mógłbym napisać o tym, że kultura Stanów wielka jest jak Alaska i szeroka jak Wielki Kanion, ale zrobiły to już wszystkie możliwe czasopisma w Polsce.
Bo jak widać jest to i nasze święto narodowe, a jeśli nie jest nim jeszcze, to będzie po przenosinach Roberta Lewandowskiego do Chicago. (Dumni z Jackowa!) Ja dodam z okazji tej nie naszej, patriotycznej rocznicy, że w tym samym tygodniu Mel Brooks obchodzi setne urodziny, a kilka miesięcy temu świętowaliśmy trzydziestolecie książki najlepiej oddającej ducha współczesnego USA, czyli „Niewyczerpanego żartu”.
I takie to są Stany i polska nimi obsesja, której też uległem. Ale odkąd mam Stany w domu, czuję coraz bardziej, że ten mit, którym żyjemy, jest odpryskiem, w którym odbijają się nasze własne aspiracje, a nie szersza prawda o USA. Że William Wharton, autor kultowego w Polsce „Ptaśka”, to (może i słusznie) postać w USA raczej anonimowa, że od hołubionego u nas zespołu The Doors popularniejsze w USA były The Beach Boys (co rozumiem, bo w Polsce lepiej płakać niż surfować) czy Grateful Dead. Ale wiecie co mogło się wylosować gorzej. Czesi zakochali się w amerykańskiej muzyce bluegrassu, a w barach wieszają flagi konfederacji. I może na tym polega siła Stanów, że każdy ma takie, w jakich najwygodniej mu się przeglądać.
The Beach Boys
A gdybym ja miał wybierać swoje Stany, to wybrałbym:
„Prostą Historię” Davida Lyncha, bo dla takich widoków i dla takich ludzi jeździ się do USA;
„Rób co masz robić” Spike’a Lee – nie tylko dlatego że ostatnio upały, a New York Knicks wygrali NB;
„Farciarza Guilmore”, bo chociaż nie pada w nim nazwisko żadnego amerykańskiego prezydenta, to przecież właśnie ten film opowiada o zawrotnej karierze pierdolniętego golfisty.
I taki to był tydzień w USA i w kulturze.