„Coś brutalnego”. Wywiad z Ottessą Moshfegh
( 01.03.2024 )
Nie potrafię pisać historii, które nie dotyczą pragnienia czegoś, czego się nie ma, i chęci wyrwania się ze świata, w którym się jest. Wojciech Engelking rozmawia z Ottessą Moshfegh.
Trudno znaleźć we współczesnej literaturze amerykańskiej bardziej oryginalny głos od Ottessy Moshfegh. Niezależnie od tego, czy pisze o młodej dziewczynie w latach sześćdziesiątych w Nowej Anglii czy o zamożnej milenialce z Nowego Jorku, która decyduje się przespać cały rok, Moshfegh snuje opowieści o chęci kliknięcia przycisku unsubscribe. To historie o tym, jak życie, niezależnie od epoki, staje się nie do zniesienia, a jednocześnie nie ma się go do końca ochoty porzucać; samobójstwo nigdy nie jest rozwiązaniem. Co więc jest?
Twoja najsłynniejsza powieść, Mój rok relaksu i odpoczynku, i świeżo w Polsce wznowiona Eileen, dzieją się w epokach przed wielkim przełomem: Mój rok… przed 11 września 2001 roku, Eileen zaraz po zabójstwie JFK, jednak zanim the sixties stały się tym, czym się stały.
Żyłam w Nowym Jorku, gdy wydarzył się 11 września, ale oczywiście nie żyłam w Stanach lat sześćdziesiątych, choć jakby trochę żyłam. Wiesz, dlaczego? Ponieważ od zawsze byłam karmiona ich obrazem: że była to epoka wyzwolenia seksualnego, praw czarnych i kobiet, że poszliśmy do przodu jako cywilizacja, zostawiając za sobą to, co przestarzałe. To trochę jak z uczeniem w szkole, że Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę. Nagle ktoś zadaje pytanie: a może wcale nie odkrył? Czy możliwy jest inny punkt widzenia? Mój więc był taki: nie wszyscy byli wtedy hipisami.
Eileen mieszka daleko od Kalifornii, flower power i tak dalej – w zimnej Nowej Anglii. Idee Timothy’ego Leary’ego tam nie dotarły. Z drugiej strony, marzy o ucieczce, ale marząc, niewiele w tym kierunku robi, jakby była czwartą siostrą u Czechowa.
Kiedy byłam na studiach creative writing, zapytano nas, jaki jest cel literatury. Odpowiedziałam od razu: zmienianie świata i inspirowanie do tej zmiany. Pozostali studenci spojrzeli na mnie jak na wariatkę, chociaż byłam przekonana, że uważają tak samo… Tymczasem ja nie potrafię pisać historii, które nie dotyczą pragnienia czegoś, czego się nie ma, i chęci wyrwania się ze świata, w którym się jest. Życie polega na transformacji i utknięciu w jakiejś jego formie, z której chcemy się wyzwolić. Czasem trzeba czegoś brutalnego, byśmy dali radę. W przypadku Eileen to bycie świadkiem śmierci: chodzi o doświadczenie tego, co jedna istota ludzka może zrobić drugiej.
Ottessa Moshfegh, fot. Krystal Griffiths
To „coś brutalnego” czasem jest w twoich powieściach wyzwalane, a czasem oddalane za pomocą używek. Bohaterka Mojego roku… odgradza się za ich pomocą od świata, Eileen z kolei pije, żeby się na świat otworzyć. Co stało się w Stanach z używkami między latami sześćdziesiątymi a XXI wiekiem? Przypominam, że rozmawiamy w momencie, w którym kryzys opioidowy jest już szeroko rozpoznanym problemem.
I Eileen, i bohaterka Mojego roku… czują się uwięzione i nieszczęśliwe. Różni je oczywiście klasa: Eileen pochodzi z robotniczej i mieszka z ojcem, który również nadużywa alkoholu. Mówimy tu więc o samonapędzającej się dynamice współuzależnienia. A jednocześnie alkohol pije, by ułożyć sobie życie. Natomiast bohaterka Mojego roku… chce od życia uciec, a może tego chcieć, ponieważ ma do tego odpowiednie środki, jest finansowo niezależna. Rodzice nie nauczyli jej wyrażać emocji, traktowali je jako coś obrzydliwego, wstydliwego. Gdy więc oboje umierają, nie ma się przed kim ich wstydzić, a jednocześnie wciąż się wstydzi. Więc ucieka. Nie myślę o niej jako o ćpunce czy osobie uzależnionej. Ona po prostu zasypia, i tyle.
Jaka jest różnica między ochotą, by wypisać się z życia, a ochotą, żeby umrzeć? Kiedy czytałem Mój rok…, pomyślałem o dwóch rzeczach. Po pierwsze: o Hamlecie i znaku równości między „umrzeć” a „zasnąć”. Po drugie: o oposie, zwierzaku, który, gdy wyczuwa zagrożenie, potrafi przez wiele godzin udawać martwego.
Śmierć jest – przede wszystkim – permanentna. Nie wiemy, co dzieje się z naszą świadomością, gdy umieramy. Nikt tego nie przeżył, jakkolwiek zabawnie by to zdanie brzmiało. Sen to po prostu tymczasowy stan umysłu. Możemy śnić o rzeczach, które są niemożliwe w prawdziwym życiu, przykładowo o rozmowach ze zmarłymi. Możemy jednak też używać snów, żeby przygotowywać się do życia. Czytałam o eksperymencie: ludzie, którzy cały dzień grali w pewną grę wideo, potem też o niej śnili, i rano, po przebudzeniu, byli już w tę grę dużo lepsi. Wszyscy twierdzili, że o niej śnili. Sen więc był też ćwiczeniem.
Powiedziałaś kiedyś, że gdy po dwudziestce żyłaś w Nowym Jorku, irytowała cię instytucjonalizacja świata: tego, że społeczeństwo daje jednostkom wybór pięciu, sześciu, dziesięciu, piętnastu sposobów życia, a inne są głęboko niedozwolone. Czy śnienie albo nadużywanie substancji jest obroną przed tym zjawiskiem?
Nie sądzę, że snami można w jakikolwiek sposób od czegokolwiek uciec. W końcu przecież musisz się obudzić, a bohaterka Mojego roku relaksu i odpoczynku budzi się w chwili, w której dwa samoloty uderzają w World Trade Center i kończy się świat, w którym mogła sobie pozwolić na wypisanie się z niego. Odtąd wszystko będzie inaczej, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale na całej kuli ziemskiej.
Co do instytucjonalizacji, to rzeczywiście sprawia, że Eileen nie mogłaby żyć w naszej epoce – tkwi w czasach, w których wystarczy wyjechać z Nowej Anglii do Nowego Jorku, żeby stać się kimś zupełnie innym. Wtedy nawet zmienianie nazwisk było proste. Teraz, także ze względu na media społecznościowe, to niemożliwe. Zawsze będzie ktoś, kto zna kogoś, kto znał nas w poprzednim życiu. Ono będzie się za nami ciągnąć. Chyba że się tych mediów nie ma, jak ja.
Inny sposób ucieczki od życia to dołączenie do kultu. Ten temat przewija się w twojej ostatniej powieści, Lapvonie.
Nienawidzę kultów i sekt. Uważam ich istnienie za godne ubolewania i przerażające. Cała ich organizująca zasada polega przecież nie na tym, że postanawiasz żyć zgodnie ze swoimi ideałami, ale: że nagle znajduje się ktoś, jedna, charyzmatyczna osoba i ci, którzy za nią podążają, którzy mówią ci: hej, oto sposób życia, który jest właściwy, uporządkuje ci wszystko, od A do Z. Dołącz do nas! Z tym że w kulcie nigdy przecież nie chodzi o sam sposób życia – on służy tylko do utrzymywania dyscypliny – ale o to, co głosi i nakazuje przywódca. Pół biedy, jeśli takim przywódcą będzie Jezus albo jakiś jego ziemski przedstawiciel. Jeśli okaże się to ktoś inny, można wpaść w niezłe tarapaty.
Kiedyś stwierdziłaś, że twoja niechęć do tożsamości grupowej sprawia, że właściwie nigdy nie byłabyś w stanie nazwać się feministką. To się zmieniło?
Gdy wydałam pierwsze powieści, wielu dziennikarzy i czytelników pytało mnie: czy napisałaś je po to, żeby zwrócić uwagę na niesprawiedliwe traktowanie kobiet? Byłam zdziwiona, jak trudno im zrozumieć odpowiedź: nie. To jest pisanie. To jest literatura. Nie służy realizowaniu żadnej politycznej agendy. Na szczęście dzisiaj podobne pytania zdarzają się coraz rzadziej. Ludzie zauważyli, jakie to głupie.
Pytam, bo literatura amerykańska z epoki, w której rozgrywa się akcja Eileen, obfituje w męskie narracje na temat młodej osoby obrzydzonej światem i jego zasadami – weźmy choćby Philipa Rotha i Saula Bellowa – natomiast trudno znaleźć taką, w której do abominacji przyznawałaby się kobieta.
Tu cię zdziwię, ponieważ Bellowa nigdy nie czytałam, a po Kompleks Portnoya sięgnęłam dopiero po trzydziestce, kiedy Eileen była już gotowa. I – wiesz, co pomyślałam? Wpierw, że jest to powieść niesamowicie zabawna, a potem, kiedy dotarłam do wątku miłosnego, że główny bohater wszystko zaprzepaścił i jest kretynem. Na sam koniec byłam strasznie rozczarowana. Jeśli zaś chodzi o kobiece postaci – to nie jest tak, że tylko one mnie interesują. Sam wspomniałeś Lapvonę, w której głównym bohaterem jest mężczyzna, właściwie chłopiec. Nie piszę po to, żeby zaprowadzić jakąś równowagę. Przede wszystkim nie czuję się kimś, kto byłby w stanie to zrobić.
Ostatnio napisałaś esej o tym, jak się czujesz jako milenialka, która skończyła czterdziestkę. Myślenie o sobie w kategoriach pokoleniowych – czy to nie instytucjonalizowanie samej siebie?
Oczywiście, że jest! Co więcej, kiedy dostałam zamówienie na ten tekst, musiałam sprawdzić, co to znaczy „milenials”. Byłam więc milenialką, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy… Ile ty masz lat?
Trzydzieści jeden.
Więc jesteś prawie w wieku Jezusa… to drugi raz w tej rozmowie, kiedy o nim wspominam. W każdym razie to niesamowicie intensywny czas, przynajmniej u mnie taki był: moment odrywania się od własnych fantazji co do tego, jak będzie wyglądało nasze życie. Fantazji, które często są właśnie zapośredniczone w zinstytucjonalizowanych sposobach życia. Nagle odkrywasz, kim naprawdę jesteś i w którym kierunku pójdziesz.
W twoim przypadku tak to wyglądało? Miałaś intensywne lata dwudzieste, mieszkałaś na paru kontynentach, a po trzydziestce przydarzyła ci się wielka kariera.
Kiedyś powiedziałam, że postanowiłam zostać pisarką, ponieważ nie udało mi się zostać pianistką. To nieprawda. Nie miałam żadnego planu na samą siebie, ani też poczucia, że mnóstwo w siebie zainwestowałam, dlatego muszę podążać drogą, którą wybrałam po dwudziestce – jak ktoś, kto poszedł uczyć się na prawnika, a tak naprawdę zawsze chciał projektować samochody, ale teraz głupio mu się za to brać. Eileen zaczęłam pisać, bo następnego dnia musiałam zapłacić czynsz. Instytucjonalizacji w tym nie było. I, mam nadzieję, nigdy w moim życiu już nie będzie.
Ottessą Moshfegh, Eileen, przeł. Teresa Tyszowiecka, Wydawnictwo Pauza, 2024.
Czytaj też: Sigrid Nunez: Pandemia? Nie było tak źle. Wywiad