() Patronat
JAK ONI TO ZROBILI: Żeby to nie było hollywoodzkie. O „Faraonie” Kawalerowicza
( 10.04.2026 )
80-letni dziś Jerzy Zelnik, który debiutował w „Faraonie” jako 20-latek, na moją wiadomość odpisał krótko, że nie udziela już wywiadów. Gdy pytam o film znajomych trzydziestolatków przyznają, że filmu w całości nie widzieli. Tak, krytycy też, choć zastrzegają, że mają to w planach. „Faraon” po 60 latach pozwala zrozumieć dwie rzeczy: czym jest arcydzieło filmowe i dlaczego takie arcydzieła w Polsce powstają niezwykle rzadko.
Polska superprodukcja nakręcona 60 lat temu nie tylko otrzymała nominację do Oscara, ale trafiła także do Cannes. – To był jeden rok: filmem otwarcia były „Popioły” Andrzeja Wajdy, a filmem zamknięcia „Faraon” Jerzego Kawalerowicza. Na miejsce przyjechały dwie polskie ekipy filmowe. Beata Tyszkiewicz mi opowiadała, że kiedy tylko zajechał tam Jerzy Zelnik, Cannes zupełnie oszalało na jego punkcie – wspomina Łukasz Maciejewski, uznany krytyk filmowy. – Pamiętajmy, że „Faraon” powstał w 1965 roku. To jest prehistoria. Oglądanie tego filmu stanowiłoby wyzwanie dla współczesnej publiczności. Każdy jednak, kto kocha kino, dostrzega, z jakim kunsztem został zrealizowany. Ten film pokazuje, że kino nie bardzo się rozwinęło od tamtego czasu. Oglądając dzisiejsze superprodukcje, nie mówię o Marvelu, tylko o filmach historycznych – to wszystko jest gorsze, często znacznie gorsze niż projekt Kawalerowicza sprzed 60 lat – podkreśla Maciejewski.
„Faraona” zaczyna się kilkudziesięciosekundowym ujęciem dwóch walczących skarabeuszy. Chrząszcze te w starożytnym Egipcie uchodziły za święte owady. Jedno z prabóstw – Chepri – było czczone właśnie pod postacią skarabeusza, a imię jego oznaczało: „Ten, który się rozwija”. Walczące ze sobą święte żuki nie tylko krzyżują plany młodego Ramzesa XIII (w tej roli Zelnik), ale też wyraźnie sugerują, że wyniszczająca walka o władzę pozostanie najważniejszym wątkiem filmu – bez względu na przyświecające jej ideały.
„Faraon”, reż. Jerzy Kawalerowicz
Praca bez wytchnienia
Film, na który nie szczędzono środków, powstawał przez trzy lata na trzech różnych kontynentach: w Azji, Afryce i Europie. Temperatura w trakcie kręcenia na uzbeckiej pustyni sięgała nawet 60 stopni. W upale ekipa filmowa spędziła ponad pięć miesięcy. Taśmy trzeba było przechowywać w specjalnych warunkach, by nie niszczały – stworzono w tym celu specjalne chłodnie. Wodę dla twórców dowożono cysternami. „Pracowaliśmy w warunkach monstrualnie trudnych. Mało ludzi tam wytrzymywało. Prawie pół roku na pustyni, 4. rano trzeba było wstawać, potem 2 godziny jazdy na pustynię po wertepach, jakimiś prehistorycznymi busikami. W tej kurzawie, w tym upale trzeba było pracować. Bez wytchnienia. W południe nawet tubylcy mieli dość, a myśmy pracowali. Ciężkie warunki były, ale one nas zahartowały, można rzec. Mnie na całe życie” – opowiadał trzy lata temu Zelnik na spotkaniu zorganizowanym przez Filmotekę Narodową-Instytut Audiowizualny. Gdy kręcono „Faraona”, był na pierwszym roku studiów. Jeszcze nie zawodowiec, już nie amator. W swoją postać przelał jednak cały entuzjazm i zapał debiutującego aktora. Plotkarskie zaułki polskiej mediosfery regularnie przypominają o głośnym romansie z Barbarą Brylską (wówczas będącą w innym związku), do którego doszło na planie. Rola w „Faraonie” była przełomowa także w jej karierze.
Sam Zelnik został wybrany m.in. ze względu na charakterystyczną urodę. Dobierając aktorów, Kawalerowicz poszukiwał konkretnych rysów. „Szukałem twarzy, które miałyby pewne piętno starożytności, szlachetności. Wśród oglądanych w Egipcie płaskorzeźb przede wszystkim zainteresowały mnie reliefy z okresu Amenhotepa IV. Tworzył je doskonały rzeźbiarz, wprowadzający pewną świadomą deformację rysów twarzy. Wydawało mi się, że wydobywała ona to, co było najbardziej charakterystyczne dla rysów egipskich. Wybierając później aktorów, szukałem w ich twarzach właśnie tego”. Do roli młodego władcy był też brany pod uwagę m.in. Daniel Olbrychski, reżyser wybrał jednak Zelnika. „Wydaje mi się, że moi aktorzy grający Egipcjan byli bardziej egipscy, niż byliby nimi współcześni Egipcjanie” – zapewniał w „Więcej niż kino”. Tak, te słowa niewątpliwie wywołałyby oburzenie i dziś byłyby rozpatrywane w kategoriach zawłaszczenia kulturowego, ale dzięki temu nastawieniu Zelnik natychmiast trafił do panteonu sław polskiego kina. Była „w nim była jakaś harmonia niezwykła, estetyka wyglądu ludzkiego ciała i wyglądu postaci. Wyglądał bardzo naturalnie, nie musiał udawać i grać” – wspominał Kawalerowicz w książce „Nie powtarzałem siebie”.
Ze współczesnej perspektywy problematyczny byłby też wybór lokalizacji. Część scen kręcono w Polsce. Warszawska Stocznia Rzeczna na potrzeby filmu zbudowała starożytny statek egipski. Oglądając na ekranie Nil, w rzeczywistości patrzymy na polskie jezioro Kirsajty. Na potrzeby filmu odpowiednio przyciemniono rosnące przy brzegu trzciny.
„Faraon”, reż. Jerzy Kawalerowicz
Projekt-marzenie reżysera
„Faraona” Bolesława Prusa Kawalerowicz po raz pierwszy przeczytał jako trzynastolatek. O adaptacji marzył bardzo długo. – Ktoś już to zestawił. Myśląc o polskim kinie, personifikacją Henryka Sienkiewicza byłby Jerzy Hoffman, a Bolesława Prusa – właśnie Kawalerowicz. Mówimy o dwóch różnych twórcach i dwóch odmiennych podejściach do kina – zauważa Maciejewski. – „Faraon” był filmem-marzeniem życia Kawalerowicza. A za takimi marzeniami rzadko idzie spełnienie. Tu się udało. Powieść Prusa chodziła za nim bardzo długo. Mamy w pamięci inne wielkie, epickie filmy, jak choćby „Potop”, „Noce i dnie” czy „Ziemię obiecaną”, ale ekranizacja „Faraona”, opowieści o mechanizmach władzy, jest wyjątkowa, bo z jednej strony to film niesłychanie rozpasany wizualnie dzięki wybitnym zdjęciom Jerzego Wójcika i Wiesława Zdorta, a z drugiej, wymagający ogromnego skupienia i namysłu – dodaje krytyk. – Kawalerowicz, uznawany nie bez powodu za jednego z najlepszych, o ile nie najlepszego warsztatowca w polskim kinie, nie pozwolił sobie na populizm i mizdrzenie się do widza. Na kokieterię.
Maciejewski podkreśla w rozmowie, że reżyser świadomie odrzucił obowiązek nakręcenia filmu popularnego, co dziś byłoby jeszcze większym wyzwaniem, i że współcześnie projekt o takim rozmachu jak „Faraon” prawdopodobnie w ogóle by w Polsce nie powstał. – Ten film kosztowałby dziś miliony złotych. Poza tym to też film, który wciąż stawia widzom bardzo wysokie wymagania. Superprodukcja intelektualna.
Trudno się z tymi słowami nie zgodzić w rzeczywistości, w której coraz więcej produkcji, nie tylko tych popularnych, powstawać ma w zgodzie z wymogami second screen viewing. „Faraona” ponad wszelką wątpliwość nie da się obejrzeć z telefonem z ręku. Oglądanie tego filmu skłania ponadto do rozważań nad kierunkiem rozwoju współczesnego kina, nie tylko polskiego – ponad pół wieku temu udało nam się stworzyć arcydzieło wyświetlane w blisko 40 krajach, walczące o Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. Choć przegrało z nowoczesnym melodramatem „Mężczyzna i kobieta” Claude'a Leloucha, było zrealizowane na tyle odważnie, że zrewolucjonizowało światowe kino. To odważne słowa, ale kto choć raz obejrzał „Faraona” w całości, ten nie spojrzy już na polskie kino po 1989 roku tak samo.
„Faraon”, reż. Jerzy Kawalerowicz
Stworzony, by zostać arcydziełem
Warstwa wizualna filmu zachwyca do dziś i nie ma w tym nic z przypadku. „Faraon” prawdopodobnie nie odniósłby takiego sukcesu, gdyby nie malarska pasja reżysera. Kawalerowicz, podobnie jak Andrzej Wajda, przez pewien czas kształcił się bowiem jako artysta. Na Kurs Przeszkolenia Filmowego w Instytucie Filmowym w Krakowie trafił, studiując równolegle w Akademii Sztuk Pięknych. – Kiedyśmy zabierali się do „Faraona”, w pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że jest to szansa na zrealizowanie wielkiego widowiska. Ale chcieliśmy to widowisko zrealizować nie na zasadzie przykładów z Hollywood, tylko znaleźć własną wizję. I tu się zaczęła bardzo ciekawa praca: nad tym, z czego zrezygnować, żeby to nie było hollywoodzkie. Żeby to nie było cukierkowate. Żeby było surowe – opowiadał zmarły w 2007 roku Jerzy Kawalerowicz. – Doszliśmy do wniosku, że mamy do dyspozycji kolor. Że możemy zrezygnować z wielu pośrednich kolorów. Myśmy to zamknęli właściwie w ludzkim ciele. W kolorze ludzkiego ciała, piasku i nieba. Przez cały film żonglowaliśmy tymi trzema kolorami – wspominał reżyser. Kawalerowicz odwiedził Egipt kilkukrotnie przed kręceniem filmu, a egipska pustynia wydawała mu się „brudna” i „nieestetyczna”. Szukając malowniczych wydm i odpowiedniego pleneru twórcy udali się na tereny obecnego Uzbekistanu i Turkmenistanu, w tym na pustynię Kara-kum. Tam pojawiły się jednak problemy innego rodzaju – z oczywistego braku Egipcjan statystami musieli zostać Uzbecy. W monumentalnych scenach zbiorowych w „Faraonie” udział brało nawet do 2 tysięcy statystów, w tym również radzieccy żołnierze. Choć estetycznie zadowalająca, wybrana pustynia okazała się kłopotliwą lokalizacją ze względu na ruchome wydmy. Krajobraz zmieniał się z upływem każdej nocy.
„Faraon”, reż. Jerzy Kawalerowicz
O sukcesie filmu decydowały nie tylko względy wizualne. – Scenariusz do „Faraona” napisał Tadeusz Konwicki, pisarz wybitny, a przy okazji również człowiek kina – szef studia filmowego – przypomina Maciejewski. Jeśli spojrzeć na sukcesy polskiego kina w latach sześćdziesiątych (poza „Faraonem” powstały wówczas „Popioły” i „Rękopis znaleziony w Saragossie”) i siedemdziesiątych, widać, że był boom na adaptacje. Polscy twórcy w najlepszych latach kinematografii nie bali się wielkiej literatury. Mierzyli się jednak z tymi wszystkimi narracjami nie po to, by przypodobać się widzom, ale by opowiedzieć też coś o własnej rzeczywistości. Dziś, jeśli już wracamy do Prusa, to czytamy „Lalkę”, która tylko w tym roku doczeka się kolejnych dwóch ekranizacji.
– „Faraon” zdumiewa do dzisiaj, nie tylko jako świetna adaptacja, ale też ze względu na zdjęcia i kunszt operatorów, wspaniałe kostiumy i scenografię, bardzo nowoczesną jak na tamte realia. Oglądając ten film, widać, że tam po prostu nie ma błędów – stwierdza Maciejewski. – „Faraon” pod względem formalnym jest filmem nieskazitelnym. Powrót do tej produkcji to najlepsza szkoła artystycznej roboty filmowej. Bo mówimy cały czas o kinie artystycznym – filmie autorskim, festiwalowym. Mało jest tego rodzaju pomników – podsumowuje krytyk. „Piramida to nie grób Cheopsa. To wola Cheopsa”, mówi w filmie młody Ramzes XIII. Rozmach i monumentalność „Faraona” byłyby w takim razie dziełem woli Kawalerowicza. Bo gdy tej w kinie zabraknie, faktycznie zostaje już tylko grób.
Tekst powstał we współpracy z Timeless Film Festival Warsaw
17-27 kwietnia
Kina: Iluzjon, Luna, Muranów, Warszawa