JAK ONI TO ZROBILI: Chciał mieć kasetę, na której jest napisane: Jakub Żulczyk. Rozmowa 20 lat po debiucie

( 26.05.2026 )

Z Jakubem Żulczykiem rozmawiamy z okazji 20. rocznicy debiutu. Świat Książki niedawno wznowił specjalną edycję powieści „Zrób mi jakąś krzywdę” – autor dopisał do niej epilog, opowieść, która rozgrywa się dwie dekady po wydarzeniach z debiutanckiej książki.

Artykuł jest częścią cyklu Amelii Sarnowskiej pt. „JAK ONI TO ZROBILI”. 

Nie wchodząc w szczegóły, po latach radykalnie rozprawiasz się z happy endem swojej pierwszej powieści.

To był ciekawy i ekscytujący eksperyment. Powrót do tej historii był zarazem powrotem do okoliczności, w których powstawała. To też powrót do siebie sprzed dwudziestu lat. Byłem wtedy inną osobą – trudno być jednym i tym samym facetem w wieku 22, a potem 42 lat. 

Jak doszło do tego eksperymentu?

Pierwszym etapem procesu był uśmiech. Uśmiechnięcie się do siebie. To trochę historia o tym, że ja wciąż uczę się świętować. Była to jedna z tych rzeczy, których postanowiłem nauczyć się w wieku dorosłym: celebrowania rzeczy, które są tego warte. A dwadzieścia lat bycia pisarzem w Polsce jest tego warte. To taki mój torcik urodzinowy. Polak się w cyrku nie śmieje, a jubileusze traktuje serio.

Najpierw pojawił się sam pomysł, by napisać opowiadanie, które pokaże, co stało się z Kaśką i Dawidem po dwudziestu latach. Otworzyłem Worda i pozwoliłem się temu wylać. To moja przyjęta metoda pisarska, przynajmniej przy pierwszych draftach czegokolwiek: „odkopywanie dinozaura”, o którym pisał Stephen King. Ja zawsze mam historię w sobie. Po prostu muszę ją znaleźć w trakcie pisania.

Jaki był twój stosunek do bohaterów po takim czasie?

Od razu wiedziałem, co się z nimi dzieje po tych dwudziestu latach, ergo, kim są w istocie. Po napisaniu opowiadania dałem je do przeczytania paru osobom, najpierw mojej narzeczonej, potem agentce. Potem jeszcze ze dwóm zaufanym osobom. Wszyscy zgodnie orzekli, że jest strasznie smutne. Przyznam, że tego nie rozumiem. Często słyszę: pan to pisze takie mroczne i brutalne książki. Okej, ale są też chyba trochę śmieszne? Są? Nie są? No chyba są. Nie wiem. Dla mnie to trochę memiczne – ta płonna nadzieja, że ktoś w tym gruzie i czarnym gipsie dostrzeże iskierki mojego poczucia humoru.

Najciekawszym odkryciem było jednak to, że im dalej w las, tym częściej łapałem się na tym, że Dawid, główny bohater, wydawał mi się po prostu dupkiem. Przestraszonym, zakićkanym w sobie dupkiem. Przy pisaniu epilogu należało postawić kluczowe pytanie: czy pozostał tym dupkiem dalej? Czy przynajmniej zdaje sobie z tego sprawę? Samoświadomość zawsze trochę zmniejsza dupkowatość.

Obietnica, która krąży wokół tytułu, , „Zrób mi jakąś krzywdę”, nie zostaje ostatecznie spełniona. Dawid obiecywał sobie, że nigdy nie skrzywdzi Kaśki. Odmawiał też, gdy wprost go o to prosiła. W epilogu wywracasz to do góry nogami.

Czekaj, przeczytałaś to tak, że ona po tych dwudziestu latach jest, jaka jest, właśnie przez niego? Przez to, co się między nimi wydarzyło?

Tak. Poniekąd.

Ciekawe. Nie miałem takiej intencji. Myślę, że już jako piętnastolatka miała w sobie cały potencjał tego, kim ostatecznie się stała. Epilog, który napisałem, jest już właściwie zawarty w tej „bazowej” powieści sprzed dwudziestu lat.

Zejdźmy może trochę na bok, by nie zaspoilerować. Wspomniałeś, że pisanie tego opowiadania było rodzajem powrotu do siebie. O tego Kubę sprzed dwudziestu lat chciałam dopytać. Co ci wtedy siedziało w głowie?

Rzeczy zaczęły dziać się szybciej, niż zdążyłem o nich pomyśleć. To był dość ciekawy moment w moim życiu. Byłem oczywiście strasznym dzieciakiem. Bałem się powiedzieć na głos, czego tak naprawdę bym chciał. Jako początkujący pisarz nie miałem żadnej strategii. Działałem wtedy intuicyjnie. Chciałem po prostu pisać. Przez jakiś czas myślałem nawet, zostanę dziennikarzem prasowym. Wtedy ludzie jeszcze mieli takie pomysły, przypomnę, że to było dwie dekady temu. Specjalizację prasową wybrałem na studiach chyba jako jedyny, wszyscy poszli na PR – a ja w sumie po licencjacie i tak przeprowadziłem się na amerykanistykę. W międzyczasie próbowałem pisać. W zasadzie całe życie probuję. 

okładka

Jakub Żulczyk, „Zrób mi jakąś krzywdę”, 2026, Wyd. Świat Książki

Chyba całkiem dobrze próbujesz.

Bardzo wcześnie okazało się, że pisanie jest tym, do czego mam największe zdolności. Na pewno większe niż do czegokolwiek innego. Moment, w którym w przypływie jakiegoś animuszu wysłałem pierwsze opowiadanie do „Lampy”, był badaniem gruntu, gestem dość zuchwałym. Miałem 21 lat, i pierwszą pracę, która też polegała na pisaniu. Byłem redaktorem w portalu internetowym.

Porozsyłałem pierwsze teksty – i po pewnym czasie odpisali z „Lampy”, proponując publikację jednego z opowiadań. Wysłałem je mailem, chociaż na stronie była wyraźna adnotacja, że nie czytają tekstów otrzymywanych mailowo. Intuicja, aby zadziałać na przekór, okazała się słuszna – dużo później w Rastrze zobaczyłem zakurzoną dwumetrową styrtę wydruków z tekstami od ludzi, którzy marzyli o zostaniu pisarzami, której to styrty nikt nie miał siły nawet wynieść na śmietnik.

Pamiętasz tego maila?

Popisałem straszne dyrdymały – że jestem apostołem pokolenia przegrywanych kaset (śmiech). Coś ich tam zaintrygowało. Poprosili, żebym jakoś rozwinął to opowiadanie, „Gamecube girl” – o chłopaku i dziewczynie, którzy poznają się na imprezie w domku na Mazurach.

I z tego zrobiłeś książkowy debiut.

Opowiadanie stało się książką, ponieważ Paweł Dunin-Wąsowicz – człowiek, jakich dziś już nie ma na rynku wydawniczym, redaktor, ale też kurator, a trochę i opiekun – powiedział, bym zrobił z niego powieść. Sam chciałem pisać inną książkę, „Radio Armageddon”, która ostatecznie została moją drugą powieścią, ale Pawłowi to „Radio Armageddon” się nie podobało. Interesowało go, co stanie się dalej z bohaterami „Gamecube girl”.

Z dzisiejszej perspektywy widzę, że była to najpiękniejsza motywacja zawodowa, jaką kiedykolwiek w życiu dostałem. Nie na zasadzie: zróbmy to, bo to się akurat sprzeda, tylko: napisz, jestem ciekawy. Bardzo było mi to wówczas potrzebne. Ustawiło mi też wiele w głowie, zrozumiałem, że nie tylko ja sam decyduję, co jest ciekawe i dobre w moim tekście. Jest ktoś taki, jak redaktor, niezbędny w całej tej zabawie.

Jakie miałeś marzenia, jeśli chodzi o pisanie?

Wiesz, nie było nawet czasu na marzenia. Choć oczywiście były rojenia.

*Reklama

Jakie rojenia?

Cała ta historia wydarzyła się w długim cieniu debiutu Doroty Masłowskiej. A był to debiut, który także mnie umożliwił zostanie pisarzem, ze względów czysto pragmatycznych. Po pierwsze, dzięki Dorocie ludzie sobie uświadomili, że można w Polsce wydawać książki młodych, i to takich, którzy przeklinają. Po drugie, Dunin-Wąsowicz, który cztery lata wcześniej wydał i zarobił na wydaniu „Wojny polsko-ruskiej”, miał warunki i środki na to, by takie debiuty jak mój wydawać.

Co zapamiętałeś z tamtego okresu?

Szybko zakolegowałem się z pisarzem Mirkiem Nahaczem, który w pewnym sensie został oddelegowany przez Dunina i Marka Włodarskiego, sekretarza „Lampy”, do opieki nade mną. Gdy przyjechałem pierwszy raz do Warszawy w sprawie publikacji, miałem załatwiony nocleg u niego – ludzie z „Lampy” zepnęli nas, licząc chyba, że z nim najbardziej się dogadam. I mieli rację.

Mirek był dla mnie wtedy takim starszym kolegą po fachu, mimo że metrykalnie był ode mnie rok młodszy. Mnóstwo czytał, tak jak ja jarał się amerykańską literaturą, kontrkulturą. Ale też miał konsolę i palił jointy. Mirek miał już wydane trzy książki, pierwszą opublikował jako 19-latek. Bardzo mi w tamtych latach imponował, podobnie jak Dorota. Nie liczyłem chyba na to, że będę kiedyś w miejscu, w którym oni już wtedy byli. Pamiętam, że gdy pierwszy raz przyszedłem na imprezę do Doroty, byłem onieśmielony, strasznie dużo gadałem, próbowałem im wkręcać, że czytałem „Tęczę grawitacji”, której nie przeczytałem do dzisiaj – chociaż ostatnio kupiłem sobie nowe tłumaczenie z ArtRage, wiec może w końcu się uda. Blef nie wyszedł, bo Nahacz zaczął bezwzględnie mnie z tej książki odpytywać, i zostałem od razu rozpykany (śmiech).

Mój debiut wiele Mirkowi zawdzięcza. Na bieżąco podsyłałem mu tekst i wiele o nim rozmawialiśmy. Rok później droga pisarska Mirka została niestety tragicznie przerwana wraz ze śmiercią. To była ogromna tragedia. Mirek miał najlepsze przed sobą. Sam zaliczył mocny start, mógł napisać genialne rzeczy. Połknęła go Ciemność. To była też wielka przestroga, aby nigdy się tej kurwie Ciemności nie dać. Również byłem blisko, ale się udało.

Jak oceniasz te lata dzisiaj, dwie dekady poźniej?

Byłem bardzo tam i wtedy. Byłem ciekaw, do czego to wszystko doprowadzi. Miałem w sobie sporo ekscytacji. Dużo nadziei i jakiegoś pędu. Nie robiłem żadnych planów, skoczyłem wtedy na falę, która trochę trwała, po czasie jednak życie okazało się twardsze niż przypuszczałem. Mniej przyjemne. Nastąpiły momenty trudne i frustrujące. Ale kilka lat później to wszystko znów się odmieniło.

Ślepnąc od świateł”, „Wzgórze psów”. Fala znów poniosła. Co zmienił debiut w tamtym momencie?

Publikacja „Zrób mi jakąś krzywdę” otworzyła przede mną bardzo wiele możliwości, w tym zawodowych. Może nie zarabiałem kokosów, ale nagle zacząłem pisać do popularnych pism, „Machiny”, „Exklusiva”, zostałem stałym autorem „Dziennika”, pisałem teksty dla Tomasza Platy. W 2008 roku przeprowadziłem się do Warszawy i utrzymywałem z pisania. Sprzedałem opcję do ekranizacji debiutu za bodajże 10 tysięcy złotych, to była wtedy dla mnie jakaś fortuna. Z moją ówczesną dziewczyną pojechaliśmy za to na dwa miesiące do Hiszpanii. Pisałem scenariusz do tego niezrealizowanego filmu w biwakowej kantynie.

Emocje zawarte w tej książce, cała ta ekscytacja, haj, wyrastały z tego, co sam wtedy czułem. Muszę jednak przyznać, że nie był to tylko haj. Zawsze byłem w tym wszystkim trochę sprytny, bo chyba od początku interesował mnie aspekt biznesowy tej pracy. Jak to wszystko działa? Ile można dostać zaliczki? Jaki jest nakład, i ile zarabia się na takim nakładzie? Jak jest z prawami filmowymi, teatralnymi?

Miałem w życiu mocny imperatyw: bardzo nie chciałem chodzić do pracy. Nawet kiedy byłem najbiedniejszym frilanserem na świecie, którego wszyscy po kolei kopali w dupę – co też się zdarzało – w chwilach największego kryzysu mogłem sobie powiedzieć: przynajmniej nie wstajesz rano i nie jeździsz do roboty, do biura. Nie mają cię na smyczy.

okładka

Jakub Żulczyk, „Zrób mi jakąś krzywdę”, 2006, Wyd. Lampa i Iskra Boża

Warunki przeżycia na rynku książki dla wielu autorów i autorek wciąż pozostają nieoczywiste. Jak zdobywałeś tę wiedzę tajemną w dobie sprzed ChataGPT?

Wypytywałem o wszystko Mirka, z którym spędzałem najwięcej czasu. Pamiętam, że mu się to nie podobało.

Dlaczego?

Mirek był kimś bardzo czystym, jeśli chodzi o podejście do literatury i twórczości. Czystym i gwałtownym: wszystko albo nic, podchodził do tych kwestii bardzo zero-jedynkowo. Z chęcią mi wszystko tłumaczył, ale kwasił się. Kilka razy powtórzył:  dobra dobra, zarobisz te swoje pieniądze, ty się nie przejmuj. On sam mógł przeżyć tydzień na bułce z serem. Pieniądze były dla niego niczym deszcz – popadało, fajnie, jest mokro, roślinki się napiły. Czy jutro popada, nie wiadomo. W jego optyce musiałem jawić się pod tym względem jako dupek, choć byliśmy kumplami.

I mimo to drążyłeś?

Nie chciałem, by ktoś mnie wystawił. Chciałem znać swoje możliwości. Bardzo szybko nawiązałem współpracę z agentką, z którą działam zresztą do dzisiaj, z Moniką Regulską. Ale na przykład Łukasz Orbitowski, którego poznałem jeszcze w Krakowie, miał zupełnie inne podejście niż ja. Że jest robota i trzeba robić, tyle. Że są tak zwane prace pisarskie do zrobienia. Tyle że Łukasz wywodził się z fandomu, środowiska fantastycznego, o które też się otarłem; z boku patrząc, wydaje mi się, że była tam większa środowiskowa solidarność. Łatwiej było wydać tam książkę, łatwiej też było cokolwiek na niej zarobić. Główny nurt miał ją w dupie, fantastyka była wtedy zupełnie oddzielnym ekosystemem. Trzeba było autorów sejsmicznych i wybitnych, takich jak Jacek Dukaj i Radek Rak, „Wiedźmin” musiał stać się globalnym IP, aby polski główny nurt tę fantastykę przynajmniej częściowo wchłonął. Dodam, że był to czas, kiedy ukazywało się znacznie więcej debiutów niż teraz. Do dziś pamiętam, że „Zrób mi jakąś krzywdę” zostało zrecenzowane przez Piotrka Koftę w „Dzienniku”, w zbiorczym artykule, w którym zebrano siedem czy osiem debiutów z tamtego roku. Klucz był taki, że były to wyłącznie debiuty napisane przez mężczyzn. Uwzględniono m.in. książkę Julka Strachoty, który debiutował w tym samym czasie co ja. Zmierzam do tego, że każdy z nas miał wtedy inne warunki finansowe. Ktoś wykładał na uczelni, ktoś coś tam. Mirek był na tym tle specyficzny. W momencie debiutu był właściwie wciąż dzieciakiem.

Pamiętasz tę pierwszą recenzję?

Pamiętam, że z tych wszystkich recenzowanych książek moja została oceniona najlepiej. Ale może tylko tak sobie po latach wmówiłem? Pamiętam też, jak Dunin przyjechał do Krakowa podpisać ze mną umowę. Zajmowała pół kartki A4. Wynikało z niej tyle, że przy mnie pozostają wszystkie prawa zależne, a Paweł mógł książkę wydawać – przez pięć lat, jeśli dobrze pamiętam. Była to najprostsza umowa, jaką w życiu dostałem. Do dziś mam ją jako benchmark, bo tak to powinno wyglądać. Nikt z nikim dzisiaj nie podpisze tak lakonicznego dokumentu, ale naprawdę – tyle wystarczy.

Do samego końca liczyłem na to, że „Zrób mi jakąś krzywdę” ukaże się pod tytułem „Game Girl”. Chciałem, by tytuł nawiązywał do nazwy konsoli Game Boy, i żeby okładka wyglądała jak konsola. Pomysł jednak przepadł. Dunin z miejsca stwierdził, że to nie przejdzie, bo hurtownik nie wyraża zgody na angielski – jest przekonany, że nikt nie kupi książki napisanej przez polskiego autora, ale z angielskim tytułem. Czasy się zmieniają, a tę historię można czytać na różne sposoby. Szczególnie biorąc pod uwagę obecną popularność książek young adult, które w większości przypadków mają angielskie tytuły i dzieją się w jakiejś wymyślonej Ameryce.

„Zrób mi jakąś krzywdę” to jedyna spośród moich książek, której tytułu nie wymyśliłem. Wymyślił go Paweł, zaczerpnął go wprost z książki. Na początku grymasiłem, ale dziś oddaję mu sprawiedliwość. To bardzo dobry tytuł.

Pisałeś z planem?

Nigdy nie piszę z planem. Plany trzeba robić w scenopisarstwie, które dziś jest moim drugim zawodem. Gdybym miał jeszcze planować w trakcie pisania prozy, umarłbym z nudów. Debiut właściwie cały wyimprowizowałem. Co akurat w przypadku tego typu historii jest dość proste, fabuła jest tu raczej linearna, są drobne skoki czasowe, przekładki, które podpatrzyłem u Chucka Palahniuka w powieści „Invisible monsters”. Dużo go wtedy czytałem i bardzo mi się podobał dynamizm tych książek.

*Reklama

Mój debiut redagował Dunin, a on pracuje nad książką w specyficzny sposób. Nie wtrącał się w tekst od strony fabularnej i językowej. Wszystkie niedoskonałości czy surowizny książki brał za jej integralną część. Wręcz cenił teksty niedoszlifowane, jakiś autorski brudzik. Interesowały go tylko rozjazdy faktograficzne, typu: w Gdyni nie ma takiej ulicy, bohater ma spodnie niebieskie a potem czarne, a przecież po drodze się nie przebrał. W tym akurat Dunin jest bardzo uważny i skrupulatny. „Zrób mi jakąś krzywdę” wciąż sprawia wrażenie surowej i nieociosanej powieści, ale taka właśnie miała być.

Może i lepiej? Obecne debiuty często są do siebie bardzo podobne, choć trudno jednoznacznie wskazać, z czyjej intencji. Może lepiej zostawić debiutanta samemu sobie.

Na pewno czyni to książkę inną. Taki debiut jest wtedy tylko twój. Forma mojej książki była o tyle sprytnie pomyślana, że jej niedoskonałości poukrywały się gdzieś w tekście, widzę to dopiero teraz. Całość jest poprowadzona w pierwszej osobie. Wszystko dzieje się w głowie bohatera, co chwila coś mu się z czymś kojarzy. Wszystko jest asocjacyjne, a jednocześnie komiksowe, szalone. Takie amfetaminowe.

Dziś wciąż uważam, że nie napisałbym tej książki lepiej, niczego bym nie poprawił. „Ślepnąc od świateł” – tytuł, który był dla mnie czymś w rodzaju ponownego debiutu i nowego otwarcia – jest napisany o niebo lepiej, nie mówiąc już o „Wzgórzu psów” czy „Informacji”. Ale moja pierwsza powieść była zaczynem, deklaracją, jakimś rodzajem manifestu. Po niej widać, że już wtedy interesowało mnie pisanie współczesne, realistyczne, psychologiczne, ale z wartką akcją – i popowe, gatunkowe w formie.

W którymś momencie Dawid mówi do siebie, że „czas podnieść sukienkę światu”. Opowiadanie, które ostatnio dopisałeś, mocno kontrapunktuje tę postać. Dawid po czterdziestce to facet na etapie paraliżujących myśli o tym, że w każdej chwili może wydarzyć się wszystko. W domyśle: wszystko co najgorsze. Czy takie „podnoszenie sukienki światu” to wyłącznie domena młodych?

Wiesz, im jestem starszy, tym bardziej boję się generalizować. Nie wiem, co jest czyją domeną. Jako dwudziestoparoletni gość Dawid miał wciąż przyblokowaną część mózgu odpowiedzialną za przewidywanie konsekwencji własnych czynów. Ma w sobie dużo ze mnie z tego okresu. Nie wszystko, ale dużo. Ja na pewno w takim wieku nie zauroczyłbym się piętnastoletnią osobą.

Dziękujemy!
( Muzyka ) ( Esej ) ( Przemysław Bollin )

Nihil na poddaszu, polska dusza w Śnialni

Wrócimy zaraz do tego. Co miał z ciebie?

Ciekawość. I pokłady wiary w to, że wszystko się może wydarzyć.

Wtedy była to wciąż nadzieja, a nie paraliżujący lęk.

Co do lęku – myślę że te dwadzieścia lat temu moje pokolenie też się bało. Mieliśmy poczucie, że zostaliśmy wystrychnięci na dudka, już wtedy istniały te same apokaliptyczno-klimatyczne lęki, które prześladują nas dziś, choć były chyba mniej intensywne. W każdym razie nie patrzyliśmy w przyszłość z jakimś ogromnym zaufaniem. I Dawid też się boi. Najbardziej chyba tego, że nie wpasuje się w tak zwany dorosły świat. Nie wiem, czy tego typu lęk wciąż jest aktualny, albo czy zetki zastanawiają się dziś aż tak bardzo nad tym, czy pasują do tej czy innej matrycy. W ich pokoleniu wybranie danej drogi jest chyba po prostu prawem człowieka. Człowiek ma prawo sam siebie narysować i nic nikomu do tego.

Skąd te różnice?

Młodzi czują nieaktualność tego, w co wierzyli starsi. Ich świat jest dużo bardziej niezrozumiały dla nas, millenialsów, niż nasz świat był dla naszych rodziców. Może było też tak, że nasi rodzice dużo mniej interesowali się nami, dzisiejszymi czterdziestolatkami. Rodzice dzisiejszych zetek pochylają się nad swoimi dziećmi i trafiają na ścianę. Nasi rodzice na tę ścianę nawet nie patrzyli. Było: „wyłącz ten hałas", „złaź na obiad", „przestań odpierdalać”. I tyle (śmiech).

Dawid jako dwudziestoparolatek czuł się zobligowany do tego, by ciągnąć określony wózek. To z czasem doprowadziło do rozdarcia. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że cierpiał na zaburzenia lękowe. Różnica po dwóch dekadach jest taka, że jako czterdziestolatek boi się już innych rzeczy – i potrafi je nazwać. Dzisiaj może i jest on już dziad, ale mądry, bo poszedł na terapię i wie nieco więcej niż chłopak, którym był. Jeśli wcześniej furczało mu we łbie, to dlatego, że już jako dwudziestolatek miał tę głowę pełną niewypowiedzianych obaw. I to też nas łączy.

okładka

Jakub Żulczyk, „Zrób mi jakąś krzywdę”, 2026, Wyd. Świat Książki

Dobra, to teraz piętnastolatka.

Dziecko właściwie. Z czasem coś, co przez długi czas pozostawało w odbiorze przezroczyste, w tym dla większości czytelniczek tej książki – po kilkunastu latach od debiutu zaczęło być tematem, szczególnie po rewolucji obyczajowej zainicjowanej przez #metoo.

Pojawiły się dziwaczne komentarze, zaskakujące odczytania. Ktoś wyjątkowo nieżyczliwy napisał, że „Zrób mi jakaś krzywdę” to podręcznik groomingu. Trochę zbladłem, złapałem dwuznaczny stosunek do tej książki. Że z powodu tej różnicy wieku między bohaterami trochę skwaśniała. Że to się dziś źle czyta.

To zrozumiałe, z drugiej strony sama też pamiętam czasy, kiedy było inaczej.

Wiesz, w 2005 roku związek młodego dorosłego, nazwijmy to, studenta, z licealistką to nie był żaden większy temat, coś z gruntu złego. Takie związki były dookoła. Te fajne dziewczyny w liceum miały z reguły starszych chłopaków. Zwracaliśmy na to uwagę dopiero wtedy, gdy nastąpił jakiś wypadek, typu ciąża. Pisząc tę książkę w wieku 21 lat, byłem gdzieś pomiędzy swoimi bohaterami. Wtedy czułem, że do dwudziestki piątki mam jakieś dwadzieścia lat, a ta pierwsza klasa liceum była wczoraj. Powieść, wbrew tytułowi, nie jest o krzywdzie. Jest książką o niedojrzałości, werteryzmie, lęku przed odtrąceniem. Samotność tego chłopaka po latach wydaje mi się wręcz dojmująca. Wracając do początku naszej rozmowy – po dwóch dekadach sama książka wydaje się dziś jeszcze smutniejsza niż opowiadanie, które teraz dopisałem.

Dlaczego?

Bo Dawid po czterdziestce przynajmniej nie jest już samotny. Posypało się, ale nie jest sam. Dwadzieścia lat wcześniej jego samotność była wręcz rozpaczliwa. On w tej dziewczynie, w tym piętnastoletnim dzieciaku, zakochuje się nie dlatego, że bohaterka jest taka młoda. Zakochuje się, bo okazała się kimś bardzo odmiennym od ludzi wokół niego. A sam siebie, może trochę na wyrost, też przecież miał za kogoś innego. Ich relacja nie jest o nieletniości, ale o szukaniu wyjątkowości. Pod tym względem od początku była to bardzo smutna historia.

Po latach Dawid przyzna, że jest „przyzwyczajony do nibyumierania”. Jest to zdanie, które mógłby wypowiedzieć już dwadzieścia lat wcześniej.

Jest taki moment w książce, w którym historia się dopełnia, a Dawid nagle zostaje całkiem sam. Jego film się kończy. Wszystko, co sobie wyobrażał, wszystko, co zaplanował, cała ta głupota. Po prostu się zbłaźnił. Został sam na sam z niespełnioną, potłuczoną fantazją. Z perspektywy jego życia był to moment dość istotny. Możliwe, że gdybym miał tę historię napisać od nowa – nie zostawiałbym najciekawszego na sam koniec książki. Bo to powinien być początek tej historii.

Jasnym punktem epilogu okazuje się córka, czy jak ją nazywa bohater – Moja Wybitna Córka. Samo zakończenie też nie wydało mi się szczególnie pesymistyczne.

Moim zdaniem zakończenie tej historii daje dużo nadziei. Jakiś mit zostaje tam rozwalony. Bajka wyparowuje. Zostaje prawdziwe życie, a w nim dużo człowieczeństwa. Ludzie okazują się bardziej ludzcy. Myślę, że ten Dawid po czterdziestce ma znacznie lepsze życie niż kiedyś. I koniec końców wszyscy w tej historii znaleźli się tam, gdzie powinni być.

Podejrzewam, że większość osób, która tę książkę czytała i wiedziała, że piszę ciąg dalszy, mogła spodziewać się obrazka małżeństwa z dziećmi. Najlepiej od razu gdzieś w Toskanii na wakacjach. Mogłem napisać coś takiego. Z tego, kim był ten bohater – ale też z moich własnych doświadczeń życiowych – wynikało jednak, że takie zakończenie byłoby kompletnie niewiarygodne.

Powiedz na koniec, co ludzie w 2026 roku mają zrobić z kasetą magnetofonową, którą można dostać wraz z rocznicowym wydaniem specjalnym?

To był sposób na spełnienie mojego marzenia.

Jakiego?

By mieć kasetę, na której jest napisane: Jakub Żulczyk. W końcu byłem apostołem pokolenia przegrywanych kaset.

Jakub Żulczyk, „Zrób mi jakąś krzywdę”
Wydawnictwo: Świat Książki 2026

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.