Nikt nie ma tu szans. „Trylobity” Pancake'a
( 07.03.2024 )
W opowiadaniach Breece’a D’J Pancake’a dużo się pije, sporo mówi, ale mało rozmawia. Maria Karpińska recenzuje zbiór opowiadań pt. Trylobity
W opowiadaniach Breece’a D’J Pancake’a dużo się pije, sporo mówi, ale mało rozmawia. Pisarz ukazuje Wirginię Zachodnią: kopalnie, farmy, warsztaty samochodowe, bary i inne miejsca, gdzie w jednej chwili los ze znośnego może zamienić się w koszmarny. Postaci stworzone przez amerykańskiego pisarza to ludzie złamani życiem, choć nie zawsze wiemy dlaczego. Mamy za to szansę doświadczyć ich trudów na własnej skórze, bo Pancake pisze w sposób sensualny, nie boi się przy tym plastycznych porównań i poetyckich metafor.
Na kultowy dziś status prozy Pancake’a wpłynęła wczesna śmierć autora, który popełnił samobójstwo w 1979 roku. Opowiadania, wydane po polsku w tłumaczeniu Macieja Świerkockiego pod tytułem Trylobity, nigdy już nie staną się juweniliami bez znaczenia, „zaledwie wprawką” ani odwrotnie – najlepszym, co autor kiedykolwiek napisał. Na zawsze będą to jedyne opowiadania, jakie Pancake zdążył napisać, co odtąd niezmiennie będzie miało wpływ na ich odbiór.
Breece Dexter John Pancake urodził się w 1952 roku w Milton, w Zachodniej Wirginii. Studiował na Uniwersytecie Wirginii, wykładał angielski w dwóch szkołach militarnych, Fort Union i Staunton. Za życia opublikował sześć opowiadań w „The Atlantic Monthly” – tam właśnie błędnie wydrukowano inicjały jego środkowych imion („John” nadał sobie sam, gdy zdecydował się przystąpić do kościoła katolickiego), pisarz wziął literówkę za dobrą monetę i odtąd podpisywał się jako D’J. Zanim osiągnął przeklęty dla potencjalnych samobójców wiek 27 lat, zastrzelił się z broni marki Savage.
Breece i Helen Pancake z May Moore, 1965
Zdania na temat tego, czy był to impuls jednej koszmarnej nocy, wynik zmagań z alkoholizmem, czy Pancake do targnięcia na własne życie przygotowywał się od dawna (ponoć wcześniej rozdał swoje rzeczy) są podzielone. Niezależnie od tego, co doprowadziło go do samobójstwa, wraz z przedwczesną śmiercią zrodziła się legenda Breece’a D’J Pancake’a, silnie oddziałująca na recepcję dwunastu opowiadań, które po sobie zostawił. Teksty zebrane w tomie The Stories of Breece D’J Pancake ukazały się w 1983 roku, a o wielkim, zmarnowanym talencie Pancake’a zaczęli wypowiadać się wielcy Ameryki: Kurt Vonnegut, Margaret Atwood czy Joyce Carol Oates, która porównała pisarza do Hemingwaya. Pytanie o to, jak rozwinąłby się styl Pancake’a, miało pozostać w sferze domysłów.
Czytaj też: I kto tu jest słabszy? Zwierzęta w literaturze. Maria Karpińska
Nieustraszony D’J
Pancake pisał i zmarł młodo, nie dziwi więc, że młodość powraca w jego tekstach na poziomie fabularnym, ale też objawia się w śmiałym użyciu poetyckich niemalże sformułowań i metafor. To smutna młodość – nie ma tu straconych nadziei, bo nadzieja nie zdążyła zakiełkować, panuje za to poczucie niedopasowania, narastająca świadomość, że nic więcej się nie wydarzy. Praca, jeśli jest, zawsze należy do tych ciężkich, samochód wiecznie się psuje, a na naprawę nie ma pieniędzy. „Nikt nie dostaje tutaj szans”, mówi narrator w opowiadaniu Pokój na zawsze. Tę rzeczywistość autor opisuje odważnym językiem – w tym sensie, w jakim odwagi wymaga posługiwanie się frazami z wysokiego rejestru, trącącymi nieraz naiwnością, jak „kawałek duszy”, albo poetyckich zdań typu: „Niełatwo mi należeć do Ellen, nie wiedząc i nie chcąc wiedzieć, jaką sieć wyplatają nasze pocałunki” czy „Źdźbła ściernisk na polach pochylały się pośród stosów obroku obsypanego już koronką szronu”.
Jednocześnie Pancake tworzy bardzo plastyczny świat, odwołując się do wszystkich zmysłów i tych drobnych elementów rzeczywistości, które czynią opis namacalnym. Jako chorobliwy ponoć perfekcjonista, posługuje się językiem przywołującym nie tylko konkretną sytuację, ale i cały wachlarz związanych z nią wrażeń. I tak w kubku kawy bohater widzi odbijający się własny oczodół (nie oczy), na parapecie leżą chrupiące truchła much, a Beau z opowiadania Łowcy lisów „hoduje w sobie strup obojętności”. Nawet na pozór fantazyjne metafory odsyłają do dobrze znanego zapachu lub dźwięku.
Breece Pancake przy domu May Moore, 1965
Pisarz chętnie używa czasu teraźniejszego, bo tylko on ma tu znaczenie – do przeszłości zagląda się rzadko i niechętnie, a przyszłość właściwie niczym się nie różni od teraźniejszości. Pojawiająca się w Trylobitach prehistoria nie jest epoką, lecz momentem, który naznaczył ziemię, gdzie rozgrywają się opowiadania. Skamieliny powracające w tekstach są zazwyczaj rodzajem pozostałości z dzieciństwa bohaterów, symbolem dawnych czasów, gdy co drugi kamyk miał magiczną moc. W dorosłości nie ma już miejsca na talizmany i podziwianie wzorów, które prehistoryczne stworzenia odcisnęły w kamieniach.
Mało tu miejsca na sentyment, więc jego pojawienie się w fabule ma dużą siłę, jak w tytułowym opowiadaniu, gdy narrator mówi: „Została mi już tylko rzeczna ziemia i skamieniałe zwierzęta, które kolekcjonuję”. Powracające w opowiadaniach trylobity i inne skamieniałości, nazywane przez jednego z bohaterów „starymi trupkami”, tworzą nośny obraz: przyprószeni wszechobecnym pyłem ludzie w barach nieruchomo patrzą w swoje kieliszki i zaczynają przypominać skamieliny za życia. Jednocześnie prehistoryczne kamienie przypominają ostatni owoc ziemi, który nie byłby przerobiony na kapitalistyczne kategorie zysku i straty.
Kawałek surowej wątroby
Relacja człowieka z ziemią, która ma mu zapewnić przetrwanie, jest zresztą jednym z ważniejszych, jeśli nie najważniejszym tematem w krótkiej twórczości Pancake’a. W każdym z dwunastu opowiadań Trylobitów lakonicznie opisane przeżycia postaci rezonują z jej zachowaniem wobec zwierzęcia. Ten prosty zabieg ma niezwykłą siłę, a stworzone w taki sposób obrazy – nieraz egzotyczne dla polskich czytelniczek i czytelników, gdy mowa na przykład o jedzeniu surowego mięsa żółwi i wiewiórek – zostają w pamięci na długo.
Maszyna do pisania Breece’a D’J Pancake’a z 1920 roku
Narrator tytułowego opowiadania, który niedawno stracił tatę i właśnie uczestniczy w sprzedaży ojcowizny, poluje na żółwia, rozpruwa jego skorupę, a mięso chowa do worka. W trakcie rozmowy z kupcem krew żółwia kapie z torby chłopca. W opowiadaniu Skaza – jedynym, w którym bohaterką pierwszego planu jest kobieta, stracie ciąży towarzyszą jakże wymowne sceny zabijania łopatą kreta penetrującego ziemię, a w kuchni unosi się zapach kawy i rybiej ikry, jakby wytwory ciał ludzkich i zwierzęcych na równi opanowały przestrzeń. Historia oposicy starającej się ukryć młode to wstęp do opowiadania Łowcy lisów o chłopaku, który nie potrafi dostosować się do otoczenia.
„Przyroda” nie jest niewinna ani sielska, jawi się raczej jako jeden z wrogów i jednocześnie oczywisty uczestnik każdej ze scen, tak samo jak bieda czy przemoc. Okrucieństwo leży po stronie ludzi, jednak śmierć i rozkład dotykają wszystkie istoty żywe w równym stopniu. „Uważaj na węże”, rzucają na pożegnanie bohaterowie. Ludzie, którzy łowią ryby na dynamit, w końcu od niego giną, a ich rozszarpane członki są bezpardonowo wrzucane przez ratowników do worka. Będące na porządku dziennym polowania na zwierzęta stają się co i raz polowaniami na ludzi – wystarczy półmrok i konflikt między uczestnikami polowania, by z łowcy stać się ofiarą.
Role zwierząt nie są jednoznaczne. Mogą być zagrożeniem dla człowieka, a z drugiej strony – źródłem żywności i pracy. Bywają tanią rozrywką lub, jak koty i psy, przyczynkiem do rzadko okazywanej czułości. W opowiadaniu Kotlina górnik Buddy chroni swoją suczkę Lindy przed zakusami sfory psów. W ostatniej scenie udaje się do lasu i strzela do poruszającego się w liściach cienia. Zabija ciężarną łanię i od razu rozbiera jej tuszę, wyrzucając na śnieg wciąż żywy płód. „Odgryzł kawałek schłodzonej wątroby, a gdy puszczała soki pod ciśnieniem jego zębów, przyglądał się ostatnim drgawkom cielaka w parującym śniegu”. W ostatniej scenie Buddy’ego obserwuje z grani ryś – początkowo nie wiemy, czy zamierza go zaatakować, jednak okazuje się, że tylko czeka na ochłapy łani. Trudno powiedzieć, czy któreś ze stworzeń jest tu górą.
Breece testuje Schipa. Schipperke II go ugryzie. 1977 West Virginia University West Virginia & Regional History Center
Biorąc pod uwagę biografię autora, szczególny ciężar zyskuje opowiadanie Pokój na zawsze – narrator, młody chłopak, wynajmuje pokój i napomyka, że być może nie będzie więcej „potrzebował już żadnej innej mety”. Korzysta z usług prostytutki, której młodość i strach poruszają w nim czułe struny, więc proponuje jej pomoc. Dziewczyna ją odrzuca, po czym podcina sobie żyły. „Tak nisko jeszcze nie upadłem”, stwierdza, patrząc na nią, narrator, i odchodzi ku swoim sprawom, po czym konstatuje, że nic – ani alkohol, ani nawet śmierć – nie przyniesie upragnionej zmiany: nieznośny ciężar istnienia pozostaje ten sam.
To zakończenie dobrze oddaje rozpacz, jaką przepełnione są opowiadania Breece’a D’J Pancake’a, jedyne i ostatnie, jakie napisał. David Foster Wallace, inny wielki amerykański pisarz, który targnął na własne życie, trafnie opisał ten rodzaj rozpaczy w tekście Rzekomo fajna rzeczy, której nigdy więcej nie zrobię (tłum. Jolanta Kozak): „Słowo to – rozpacz – jest dziś nadużywane i brzmi banalnie, ale jest to słowo poważne i ja używam go poważnie. (…) Najbliższe [jest] temu, o czym mówi się dread lub angst. Ale nie jest do końca żadną z tych rzeczy. Bardziej tak, jakby człowiek chciał umrzeć, aby uniknąć nieznośnego uczucia uświadamiania sobie, że jest mały, słaby i samolubny i bez wątpienia kiedyś umrze. Jest to chęć wykonania skoku przez burtę”.
>
W opowiadaniach Breece’a D’J Pancake’a dużo się pije, sporo mówi, ale mało rozmawia. Pisarz ukazuje Wirginię Zachodnią: kopalnie, farmy, warsztaty samochodowe, bary i inne miejsca, gdzie w jednej chwili los ze znośnego może zamienić się w koszmarny. Po
Breece D’J Pancake, Trylobity. Opowiadania zebrane, przeł. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Czarne, 2024.
Czytaj też: