10 najlepszych płyt na przełom wiosny i lata
( 01.06.2026 )
Od elektryfikacji folku, przez medytacyjne utwory na flet, postklubową muzyczną postoperę, oniryczny górski shoegaze, aż po japońsko-estoński funk i transową dyskotekową podróż do wnętrza Gorców – oto 10 najciekawszych płyt na coraz cieplejsze dni.
TERCET IMPERIAL, „Prymat” (Instant Classic)
Drogi Jana Emila Młynarskiego i Piotra Zabrodzkiego przecinały się w wielu projektach – od Baaby, przez „Młynarski Plays Młynarski”, Warszawskie Combo Taneczne, 67,5 Minut Projekt, po Oberkas Travel. Zwinnie poruszali się między folkiem, jazzem i muzyką tradycyjną, ale to, co robią w Tercet Imperial, wywraca do góry nogami współczesne spojrzenie na folklor i przesuwanie gatunkowych granic. Młynarski eksploruje polirytmiczne tradycje muzyki wiejskiej na zelektryfikowanej perkusji, a Zabrodzki dopełnia je onirycznymi syntezatorami, łącząc folklor z jazzową wrażliwością. To, co kiedyś grano na skrzypcach czy harmonii, tutaj zostaje przełożone na język syntezatorów, a perkusjonalia zastąpione są elektronicznymi padami. Nad wszystkim unosi się wyjątkowy głos Joanny Sztuckiej – uczennicy legendarnej śpiewaczki z Gałek Rusinowskich, Marii Siwiec. Muzycy wpuszczają w tradycyjne melodie świeże powietrze, a folkową ortodoksję prowadzą na manowce – oberkowy rytm brzmi momentami jak na kwasie, przypominając dokonania ugandyjskiej Nyege Nyege albo chicagowski footwork. Elektryfikacja wsi, folkloryzacja dyskotek, póki co najlepsza polska płyta 2026.
JULI DEÁK, „Brisk” (Thanatosis)
To, co Juli Deák robi z fletem traverso, można umieścić gdzieś pomiędzy solowymi występami Colina Stetsona a działaniami site-specific Lei Bertucci. Młoda węgierska instrumentalistka o polskich korzeniach operuje jednak znacznie bardziej ascetycznymi środkami. Nie korzysta z dodatkowych mikrofonów jak Stetson, nie buduje monumentalnego brzmienia – zamiast tego tworzy płynne, cyrkulacyjne, niemal hipnotyczne kompozycje oparte na ruchu powietrza i repetycji. Jej muzyka jest medytacyjna, minimalistyczna, operuje ciszą. Flet wnosi też zupełnie inne spektrum tonów niż saksofony używane przez wspomnianych artystów, dodając tej muzyce lekkości, ale i organicznej chropowatości. Zapętlone linie tworzą minimalistyczną strukturę, która wciąga w wir swojej opowieści. Są momenty, kiedy Deák wydobywa dodatkowy głos z głębi płuc, tworząc obłędną polifonię i basowe podbicie, jakby równolegle grały dwie osoby. Najbardziej imponuje jednak konsekwencja i płynność tej muzyki. Jeden instrument, brak niepotrzebnych ozdobników, a mimo to całość ani przez chwilę nie traci intensywności.
2K88 & LAUREN DUFFUS & RAINY MILLER & BIANCA SCOUT, „Everything Always Changes, For We’re Truly Here” (Unsound)
Twórczość Przemka Jankowiaka nie przestaje mnie zaskakiwać – od początków jako Etamski, przez Syny, po ukonstytuowanie własnego języka na „Grudzie”, jego rozwój na Shame oraz współpracę z Brodką i Rosalie. Zainicjowany przez Unsound Festival projekt z brytyjskimi artystami to rzecz, w której słychać odniesienia do jego wcześniejszych dokonań jako 1988/2k88, ale formalnie jest to materiał zupełnie inny. Duffus porusza się między ambientem a grime’em z industrialnymi naleciałościami. Miller przez lata wypracował charakterystyczny język na brytyjskiej scenie postrapowej i ambientowej. To R&B rozgrywające się w opuszczonej, postklubowej sali balowej rodem z „Lśnienia”, która zmienia się w ospały, oniryczny rave z połyskującymi syntezatorami, basowymi wstęgami i powidokami bitów. Nie ma tu klasycznej narracji na zasadzie utwór po utworze – to strumień świadomości o iście surrealistycznej i filmowej dramaturgii. Wokale – podane sauté, czasem z użyciem autotune’a – brzmią niczym postaci ze współczesnej miejskiej opery wyłaniające się z oparów ulic, wielkich gmachów i ledwo doświetlonych przecznic. Wyjątkowa narracja dźwiękowa przełamuje nasze wyobrażenia o tym, jak w trzeciej dekadzie XXI wieku komponować albumy.
TOMO KATSURADA & MISHA PANFILOV – „Eternal Almost” (Future Days Radio)
Misha Panfilov to estoński muzyk eksperymentalny i producent, łączący psychodelię, jazz i funk w analogowym, retro brzmieniu. Współtworzy kilka projektów, w tym Misha Panfilov Septet, łączący jazz-funk z ambientem, Estrada Orchestra oraz Center El Muusa, gdzie zgłębia psychodeliczny jazz i eksperymentalny lounge, a także funkowe Penza Penza. Jest również twórcą kanału Funked Up East. Z kolei Tomo Katsurada to japoński gitarzysta i wokalista zespołu Kikagaku Moyo, znany z hipnotycznego stylu łączącego psychodeliczny rock z wpływami muzyki tradycyjnej i improwizowanej. Razem stworzyli pulsującą fuzję jazzu, funku i psychodelicznych kompozycji, podszytą charakterystycznym dla obu artystów poczuciem humoru. Dla Katsurady to naturalne wyjście poza formułę Kikagaku Moyo – „Eternal Almost” łączy folkową intymność jego solowych nagrań z energią psychodelicznego rocka, a balans między analogowym groove’em Panfilova i wschodnimi gitarami Katsurady sprawia, że album wciąga od początku do końca. Dla Estończyka kolejny krok na drodze pokazywania swojej wszechstronności i erudycji.
BŁOTO & ION D – Atmosfera (Astigmatic)
Choć Błoto nigdy kurczowo nie trzymało się jazzowej etykietki, było ją słychać w ich twórczości. „Atmosfera” koło jazzu jednak nawet nie leżała – choć trudno powiedzieć, czym dokładnie muzycy zachłysnęli się w studiu w Bukareszcie, gdzie kwartet nagrywał płytę z Ionem D. Gatunkowo meandrują między dubem i elektroniką, momentami zanurzając się w afrobeat przykryty grubymi syntezatorowymi plamami. Ion D dodaje partie gitary elektrycznej, a całość trzymają w ryzach obficie wykorzystywane automaty perkusyjne. Efekt to mroczna i zawiesista podróż po rejonach podbitych hiphopowym pulsem, kosmische musik i postklubowymi inspiracjami. Nawet saksofonu jest tu jak na lekarstwo, a jeśli już się pojawia, to zostaje ukryty w wielowarstwowej strukturze, czając się niczym zwiastun wielkiej tajemnicy. Wrocławsko-bukareszteńska drużyna tworzy nowowschodnią elektroniczną ścieżkę dźwiękową, która w niezbyt optymistycznym zwierciadle przygląda się rzeczywistości. Post-miejska, elektroniczna trupa, która prowadzi nas przez metropolie na groovie.
BIG | BRAVE, „in grief or in hope” (Thrill Jockey)
Od trzech lat kanadyjskie Big | Brave wydaje jeden album rocznie, a każdej premierze towarzyszy amerykańska i europejska trasa koncertowa (w czerwcu odwiedzą również Polskę, grając w Poznaniu). Ich muzyka jest ciężka, ale i wyjątkowa liryczna za sprawą wokalu Robin Wattie, prowadzącego do swoistego katharsis. Mam wrażenie, że z jednej strony pokazują, jak przy minimum środków osiągnąć maksimum przekazu, a z drugiej – z płyty na płytę próbują ten ciężar redukować, zachowując jednocześnie swój wyrazisty język. Najnowszy album powstawał już bez perkusistki Tasy Hudson, za to z basistą Liamem Andrewsem, znanym m.in. z My Disco. Utwory pozbawione są więc oczywistego metalowego łomotu; inaczej budowane jest ich tempo, które swobodnie płynie wraz z kolejnymi kompozycjami. Zamiast ekstatycznej eskalacji brzmienia dostajemy głębokie zanurzenie w ścianę gitar, metaliczny rezonans i pełne pogłosu, zniekształcone zarysy melodii. To podróż w głąb siebie – konsekwentne rozwinięcie muzycznego języka zespołu, dzięki czemu Big|Brave umacniają swoją pozycję artystów potrafiących zawsze zaproponować coś nowego w obszarze ciężkich brzmień.
SNEAKY JESUS, „For Better Future” (Audiocave)
Sneaky Jesus od debiutu „For Joseph Riddle” z 2021 roku wymykają się łatwym kategoryzacjom w obrębie młodej polskiej sceny jazzowej. Z jednej strony mocno skręcają w stronę spiritual jazzu, z drugiej nie obawiają się melodii i groove’u. Nie boją się też eksperymentów. Maciej Forreiter na gitarze wnosi mnóstwo kolorytu, który w połączeniu z saksofonowymi eskapadami Matyldy Gerber czyni muzykę wrocławskiego kwartetu barwną i punkową w tym, jak artyści żonglują estetykami – bardziej przez otwartość niż przez dosłowne „walenie po garach”. „For Better Future” jawi się jako materiał bardziej introspektywny, kontemplacyjny i skrupulatnie skomponowany. Michał Wdowikowski, nowy nabytek, momentami wprowadza na perkusji lekko posttropikalny klimat, ale przede wszystkim album rozwija dotychczasowe doświadczenia zespołu, proponując własne spojrzenie na jazz – mniej chwytliwe, ale też mniej siermiężne; mniej ekstatyczne, lecz wciąż pełne emocji, ciepła, groove’u i harmonii. Do tego dochodzą ironiczne tytuły, które wpuszczają do tej muzyki trochę powietrza i surrealistycznej dramaturgii – bajkowo-miejski kolektyw, który na własnych zasadach tworzy swój świat.
PÄFGENS, „Westend” (wyd. własne)
Słowacki duet Päfgens zawiązał się w Warszawie, album zaczęli nagrywać w czasie pandemii, a dziś mieszkają już w Berlinie. Zaczęło się od automatu perkusyjnego i pomysłu na piosenki, skończyło się na onirycznych kompozycjach w duchu shoegaze – pozbawionych klasycznej perkusji, za to zanurzonych w ambientowej chmurze. Ten bardzo outsiderski album prowadzi przez melancholijne, chwilami wręcz medytacyjne nastroje. Powtarzalne zapętlenia, dźwiękowe mgły i proste gitarowe riffy otaczają wokal Jany Drábekovej Kočišovej, wsparte sugestywną linią basową Filipa Drábka. Ta muzyka nie eskaluje – raczej powoli wiedzie gdzieś na krańce świata. Pojawiają się tu nagrania terenowe, potraktowane bardziej jako subtelne ornamenty, jak choćby w otwierającym całość „Popradzie”, który mgliście przywołuje klimat Tatr Wysokich. „Westend” ma postgitarowy posmak podbity pogłosami i spowolnionym shoegaze’em. Pobrzmiewa tu coś z uroku nagrań Grouper – ospałe tempo, romantyczny i roztęskniony nastrój, jednocześnie bardzo wsobny i introwertyczny, pochłaniający bez reszty, mimo wykorzystania bardzo prostych środków.
DJ GRZYB & THE MAKE-BELIEVE ENSEMBLE, „The Return of DJ Grzyb” (Huveshta Rituals)
Jeśli coś w ostatnich latach zmieniło oblicze polskiej muzyki, to z pewnością była to inicjatywa The Very Polish Cut-Outs, a zaraz po niej m.in. Transatlantyk i Lucyna. Disco, grzebanie w przeszłości oraz analogowo-syntezatorowo-bitowe kompozycje zaczęły być nie tylko modne, ale też naprawdę chwytliwe, pokazując, że rozrywka nad Wisłą nie musi mieć przaśnego oblicza. W katalogach wszystkich tych oficyn pojawiał się TAMTEN, czyli Matt Brzeźny, który za każdym razem przemycał fascynację środkowoeuropejską tożsamością – disco, postpunkową albo folkową, jak na płycie „Polski Dom”. Jako DJ Grzyb, wraz z gromadą gości (m.in. Milo Kurtisem i Marysią Osu), tworzy fikcyjną podróż w głąb Gorców. To psychodeliczny rave i kwaśna wyprawa, w której dub przeplata się z folkiem, new age’em i miarowym rytmem. To wariacja na temat postklubowej podróży do wnętrza polskiej – dyskotekowej? folkowej? – tożsamości, ukazana w formie quasi-tolkienowskiej wyprawy. Momentami spiritualny nastrój nadaje całości filmowego posmaku – czegoś na kształt folk fiction – w którym akustyczne sample i przekształcone wokale niosą nas w hipnotycznym transie przez tę wyjątkową podróż.
JEFF PARKER ETA IVTET, „Happy Today” (International Anthem)
Jeff Parker obecny jest na chicagowskiej scenie od kilku dekad – udzielał się m.in. w różnych inkarnacjach Chicago Underground (składach Roba Mazurka), ale największą rozpoznawalność przyniosła mu działalność w Tortoise, którzy połączyli postrockowe i jazzowe granie, tworząc własny język. Solową twórczość Parker rozwinął stosunkowo późno, wydając w 2016 roku „The New Breed”, a potem konsekwentnie rozwijając charakterystyczne brzmienie swojej gitary. Najnowszy album różni się od poprzednich tym, że został nagrany na żywo – z Jayem Bellerose’em na perkusji, Anną Butters na basie i Joshem Johnsonem na saksofonie altowym. Cały materiał to właściwie dwie długie, płynnie ewoluujące kompozycje pokazujące różne – przede wszystkim ciepłe i transowe – oblicza kwartetu. Słychać tu czujną wspólną grę i zawadiackie solówki Parkera i Johnsona. Zespół gra lekko i miękko, ale nigdy nie popada w marazm – muzyka cały czas się unosi i ma w sobie coś niezwykle kojącego. Tytuł „Happy Today” okazuje się więc wyjątkowo trafny: radość z grania, bez przesadnej kokieterii i bez silenia się na patos.