Z jaką traumą wejdziesz do kina, taką zobaczysz. Fenomen „Obsesji”
( 29.09.2026 )
„Obsesja” miała podzielić pokolenia. Ciekawsze od pytania, czy rzeczywiście to zrobiła, jest jednak to, gdzie miałaby przebiegać ta różnica. Być może film Curry’ego Barkera mówi mniej o generacji Z, a więcej o zmieniającym się sposobie myślenia o miłości, intymności i prawie do drugiej osoby.
Podobno „Obsesja” jest jak test Rorschacha – w tej samej kompozycji kleksów i plam każdy zobaczy nieco inną figurę. Podobno warto ją obejrzeć dwa razy, raz dla siebie, a raz „z młodzieżą”. Podobno generacja Z i młodsi milenialsi widzą tu Rzeczy – pokoleniowe lęki i pragnienia, formy i techniki zapożyczone z platform algorytmicznych – które dla starszych milenialsów i X-ów są w najlepszym razie przezroczyste, a w najgorszym – mało poważne. Podobno 26-letni Curry Barker, dzisiaj wzięty reżyser, a wcześniej współtwórca (wraz z Cooperem Tomlinsonem) popularnego kanału komediowego that’s a bad idea na YouTubie i TikToku, uratował dogorywający horror. Podobno…
Dużo przypuszczeń, trochę anegdot i niewiele twardych danych – tak mniej więcej wygląda pokoleniowy fenomen „Obsesji” śledzony na gorąco. Od czasu majowej premiery ten relatywnie tani film (w Hollywood 750 tysięcy dolarów to faktycznie grosze) zachowuje się jak bankier udzielający pożyczki: dopisuje zera tam, gdzie jeszcze przed chwilą ziała pusta kartka. Globalnie „Obsesja” zarobiła już ponad pół miliarda dolarów, dyskontując „Blair Witch Project” (budżet: nie większy niż 600 tys. USD; box office: 248,6 mln), a przecież wciąż jest grana w kinach i oglądana na VOD. Zgodnie z obiegową hipotezą za jej sukces kasowy odpowiada pospolite ruszenie młodych dorosłych: w ciągu dwóch pierwszych weekendów amerykańskiej dystrybucji aż trzy czwarte publiczności stanowiły osoby między 18 a 34-35 rokiem życia (z czego po drugim tygodniu proporcje wynosiły: 40% –18-24, 35% – 25-34). To piękny wynik, tyle że trudny do uogólnienia, bo dla kolejnych tygodni wyświetlania mamy już tylko zapewnienia Focus Features, dystrybutora na Amerykę Północną, że „trend się utrzymał”. Nie wiadomo też, co z resztą świata, a przede wszystkim – co z Polską, gdzie takich szczegółowych danych zasadniczo nie raportuje się wcale.
Ale nawet gdyby liczb i tabelek było więcej, w interesującej nas sprawie masa dowodowa surowego box office’u waży tyle co nic. Podobnie przekrój demograficzny publiczności jest co najwyżej poszlaką i nie pomoże nam wyjaśnić, dlaczego młodzi chodzą na jakiś film chętniej, a już na pewno nie – co w nim widzą i jak go przeżywają. Czy „Obsesja” – zgodnie z treścią oferty tekstowej, którą złożyła mi redakcja „MINT” – rzeczywiście „dzieli pokolenia”, czy jest to raczej doraźnie postawiony chochoł? Gdzie kończy się gównointernetowa arena dyskusyjna, na której polaryzujący może być w zasadzie każdy tekst kultury, a zaczyna prawdziwa różnica? I w końcu – na czym owa różnica miałaby polegać i o czym ważnym nam mówić?
„Obsesja”, reż. Curry Barker
Nie bójcie się, fellow kids
Bo jeśli gdzieś da się zmierzyć temperaturę pokoleniowego sporu o „Obsesję”, to na pewno nie w krytyce filmowej. Sieciowe agregatory i porównywarki pokazują niemal idealną zgodność prasy i publiczności. Przykładowo, na Rotten Tomatoes jest to 94% pozytywnych recenzji krytyków i 94% pozytywnych ocen użytkowników, na Filmwebie – średnie noty 7,7 od krytyków i 7,5 od społeczności. Oczywiście trudno na tej podstawie wnioskować o zróżnicowaniu demograficznym recenzentek, można jednak założyć – biorąc pod uwagę specyfikę „kariery” w mediach – że wśród aktywnie piszących dominują raczej 30- i 40-latkowie. Z drugiej strony poszczególne oceny, jeśli wczytać się w nie dostatecznie uważnie, potrafią iść w poprzek utartych oczekiwań. Na polskim poletku jednym z największych admiratorów „Obsesji” – z maksymalną oceną 10/10 na Filmwebie – jest 41-letni Michał Walkiewicz, natomiast młodszy od niego Aleksander Borszowski w tekście dla „Dwutygodnika” co prawda film chwali – szczególnie na tle pozostałych, jak je nazywa, „horrorów postasterowskich” – ale zarazem krytykuje Barkera za „tiktokową” i „wytrenowaną przez algorytmy” wyobraźnię oraz „instrumentalne potraktowanie postaci kobiecej”.
Z kolei w anglojęzycznych tytułach dla klas aspirujących – między innymi w „New Yorkerze”, „Guardianie” czy „Harper’s Bazaar” – „Obsesję” niemal jednogłośnie obsadza się w roli „jednego cudownego sposobu na…”. Barker do spółki z 21-letnim Kanem Parsonsem, twórcą „Backrooms”, jest tu otoczony nimbem złotego dziecka, któremu udało się coś, o co Hollywood od dawna bezskutecznie modliło się do bałwanów platformowego influencingu: pozyskać uwagę nowego pokolenia dorosłych, które nie pamięta już świata bez platform, doom scrollingu i seriali binge’owanych na dobranoc. Oraz, co szalenie istotne dla kalendarzy producenckich na kolejne lata, zdobyć ją bez sięgania po kosztowne IP marek zabawkarskich, adaptacje gier czy remake’i kultowej klasyki. Oryginalny scenariusz „trafiający w sedno ukrytych niepokojów generacji Z” i tanim sumptem (budżet „Obsesji” to 0,3% budżetu „Odysei” Nolana) bijący kolejne rekordy finansowe i artystyczne – oto rzadko spełniająca się fantazja, która łączy hollywoodzkich księgowych ponad pokoleniowymi animozjami.
Z tej okazji trwa też szeroko zakrojona gorączka interpretacyjna. Próbujemy wydobyć z „Obsesji” jej esencję: tę jedną, podstawową, odporną na proste wykładnie istotę sukcesu w pokoleniu uchodzącym – jak wszystkie wcześniej i wszystkie w przyszłości – za stracone i zdziwaczałe. Pytań jest wiele. Czy Barker nakręcił głęboki komentarz do sprawy „recesji seksualnej”, o którą nasto- i dwudziestolatkowie są notorycznie oskarżani od przeszło dekady, a w której działy opinii widzą pokłosie dorastania w trakcie pandemicznej izolacji i „epoce post-#MeToo”? Czy obdarzony genialną intuicją genzet, w stylu smoliście czarnego, krawędziowego humoru, obśmiał „archetyp miłego faceta” i zarazem dał ujście młodzieńczym obawom, że granica oddzielająca nadmierną wrażliwość od toksycznej nieśmiałości jest tak cienka, że aż nieistotna? A może jest wręcz przeciwnie i Barker dał fory męskiemu protagoniście, a kobiecą bohaterkę podporządkował jego perspektywie, bo tak naprawdę współczuje „chłopcom nieustannie spychanym do strefy przyjaźni”? W recenzji dla „Harper’s Bazaar” Maxwell Raab trafnie odnotowuje, że obecne w filmie „romantyczne rozczarowanie pokolenia Z” ma swoje źródła w „niezdolności do komunikacji czy też odsłonięcia się przed drugim człowiekiem, co prowadzi do życia wewnątrz bezpiecznej fantazji”. Ale czy „Obsesja” sama odsłania się przed nami na tyle, żebyśmy uznali jej intencje za szczere?
„Obsesja” okazuje się filmem nie tylko dwuznacznym, ale wręcz niestabilnym i wodzącym odbiorców za nos. Widać to zresztą i w recenzjach, i w dyskusjach forumowych: ta sama osoba potrafi ją zinterpretować w kluczu krytyki toksycznej męskości, żeby kilka zdań później dekodować przerażające wahania nastroju głównej bohaterki jako „klasyczny przypadek osobowości typu borderline”. Z sieci można też bez wysiłku wyłowić tonę argumentów potwierdzających tezę o polaryzacji (choć znowu, raczej nikt takich komentarzy nie sprawdza w sposób systematyczny i nie robi z nich zestawień). Weźmy przykład z mojej kwerendy. Sekcję dyskusyjną jednego z pierwszych artykułów, po które sięgnąłem, otwiera buńczuczna deklaracja pokoleniowej odrębności: „Mam 44 lata, jestem milenialsem i był to jeden z najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałem”. Kawałek dalej ktoś chwali Barkera za „przenikliwą analizę romantycznych związków w erze aplikacji”, a ktoś inny współczuje młodym „postrzegania intymności i relacji między kobietami i mężczyznami jako sfery pełnej strachu, przemocy i sadyzmu”. I nawołuje: „Odłóżcie telefony i zacznijcie czerpać radość z randkowania. Być może zaskoczy was, że nie jest to wcale tak przerażające, jak sobie wyobrażacie”.
„Obsesja”, reż. Curry Barker
Baśń o złym chłopcu i trudnym świecie
No cóż, osobie komentującej radziłbym powściągnąć pewność, że każdy młodzieńczy lęk bierze się z technologicznego oderwania od rzeczywistości. Sam mam 38 lat i idea zamknięcia wewnątrz późnonowoczesnej kultury matrymonialnej, w której wizerunek jest kapitałem, a wyobrażenia o doskonałości – idealnie instagramowym związku, stylu, ciele czy pracy – to docelowy sposób myślenia o dorosłym życiu, przeraża mnie nie na żarty. Jeśli gdzieś istnieje jakieś piekło, musi być to miejsce, w którym doszło do permanentnej inflacji szczerości. Na algorytmicznej pustyni platform społecznościowych wszystko jest tak bardzo „na wierzchu” – każde uczucie, potrzeba czy trauma – że osamotniona jednostka nie potrafi już samodzielnie rozstrzygnąć, który ze skierowanych do niej komunikatów powstał spontanicznie, a który przefiltrowano na potrzeby szerokiego audytorium. Szczerość co prawda wciąż istnieje, ale traci swoją niewinność – na każdym akcie szczerości ciąży podejrzenie, że jest tylko formą autoprezentacji albo narcystyczną próbą przejęcia kontroli nad sytuacją. Rozmowa i wyznanie stają się horrorem.
Nie bez powodu „Obsesję” otwiera śmieszno-straszna scena treningu otwartości. Kelnerka ze śniadaniowni odgrywa rolę nieobecnego obiektu uczuć, a Bear – w nieco ckliwej, lecz zupełnie niekontrowersyjnej przemowie – odrzuca kajdany wstydu i wyznaje, co czuje do swojej przyjaciółki Nikki, udając, że jest nią kelnerka. Ale kiedy dziewczyna już ma odpowiedzieć pochwałą, jej słowa zagłusza gwizdek „trenera” – najlepszy kumpel bohatera przewraca oczami i mówi: to było obleśne, dziwaczne, creeperskie. Nie chodzi więc wyłącznie o to, że bohater nie potrafi otwarcie powiedzieć, czego chce – i zmierzyć się z niemożliwymi do przewidzenia konsekwencjami własnej szczerości. Bear po prostu nie ufa już żadnym sygnałom – ani tym wewnętrznym, ani tym płynącym z otoczenia – a jego przyjaciel podsyca tę niepewność. Z kolei kiedy zaczarowany artefakt spełnia jego fantazję i Nikki zaczyna wyrażać pragnienie w sposób absolutnie czytelny – bez niedomówień, zmian zdania czy ryzyka odrzucenia – sytuacja natychmiast staje się potworna, a nie prostsza. W ten sposób Barker do groteskowego końca doprowadza marzenie o komunikacji doskonałej: dostajemy człowieka, który mówi dokładnie to, co chcemy usłyszeć, i właśnie dlatego nie możemy już wierzyć w jakiekolwiek jego słowo.
To wcale nie oznacza, że „Obsesja” sama jest jednym wielkim niedomówieniem i wahadełkiem postaw – i że na przykład rozmywa odpowiedzialność albo relatywizuje problem toksyczności współczesnych męskich wzorców. To jednak w pierwszej kolejności baśń grozy, więc i prawa rządzące jej niby-realistycznym światem muszą być baśniowe. Nadprzyrodzone moce nie tyle coś tutaj dają, ile wchodzą w rolę tricksterskiego sygnalisty, który w okrutny sposób ujawnia mroczną podszewkę rzekomo niewinnych fantazji. Za ich sprawą to, czego Bear najbardziej pragnie – stworzyć romantyczną relację z Nikki – oraz to, czego pragnie uniknąć – wizerunku przekraczającego granice dziwaka – ulega przewrotnej zamianie miejsc. I choćby przyszło tysiąc prawicowych krytyków i na tysiąc różnych sposobów próbowało nas przekonać, że bohater został perfidnie zmanipulowany przez piekielną agendę woke culture, jego wina i tak pozostanie bezsporna.
Zmaganie się z decyzją, czy chwilę czyjejś słabości uznać za problem do rozwiązania, czy raczej szansę na zaspokojenie własnych roszczeń, to w „Obsesji" etyczny dylemat, którego się nie ocenia, lecz kompromituje i niszczy – i to w sposób apokaliptyczny. Bear regularnie – a od pewnego momentu również w pełni świadomie – dopuszcza się seksualnego nadużycia na osobie pozbawionej zmysłów, a zarazem aż do hamletowskiego finału uważa się za ofiarę systemu sprzedającego groźne iluzje. Nieważne, ile ostrzeżeń, wykrzykników i trupich główek znalazłoby się na etykiecie, on i tak wypiłby miksturę, gdyby na Reddicie było napisane, że „ta miłość równa się łatwy seks”. Tu leży główne źródło filmowej grozy – w uświadomieniu sobie, jakim kawałem narcystycznego, niereformowalnego skurwysyna jest bohater portretowany w stylu genzetowego everymana. Rozumiem, że taka etyczna jednoznaczność może irytować i dzielić ludzi po linii światopoglądowej. Ale gdzie tu jest miejsce na konflikt pokoleń?
„Obsesja”, reż. Curry Barker
Nie chcemy waszych błędów
Dlatego w „Obsesji” musi się kryć coś jeszcze – coś bardziej fundamentalnego. Jakiś wątek albo temat, który stałby w wyraźnej kontrze do pokoleniowego przeświadczenia, że coś jest takie, jakie jest, czyli naturalne. W rozmowie z „New Yorkerem” Barker wspomina, że jednym z impulsów do nakręcenia „Obsesji” była myśl, że idea zakochania jest sama w sobie „wystarczająco przerażającym konceptem”. „Wyobrażasz sobie całą rzeczywistość dzieloną z drugą osobą, a ta rzeczywistość może przecież nigdy nie nadejść”. A jeśli nawet w końcu nadejdzie, to często jako efekt podboju i dominacji – wymarzona miłość zostaje „zdobyta”, własna fantazja – narzucona, a intymność – przekształcona w formę posiadania. I rzeczywiście, w tym filmie granica między zakochaniem (obsession) a posiadaniem (possession) przypomina cieniutką błonkę – wystarczy dmuchnąć złośliwym zaklęciem, żeby prysła iluzja Erosa.
„Obsesja” nie jest więc wyłącznie o romantycznym rozczarowaniu pewnego pokolenia ani o softboy’u i jego mrocznym bliźniaku incelu. Na głębszym poziomie ten film poddaje w wątpliwość całą istotę miłości romantycznej, tej hołubionej w modernizmie literackim i filmowym, zawsze twórczej, swobodnej i pięknej „pogoni za obiektem pragnienia”. Czy w wyidealizowanym obrazie osoby, którą chcemy „dostać” – i chcemy, żeby ona też tego chciała – jest w ogóle miejsce na coś innego, niż projekcja ego? Czy jest miejsce na samą tę osobę? Na jej indywidualność i podmiotowość, w których zawiera się możliwość braku wzajemności i odmowy? I czy na takim gruncie – zdominowanym przez triadę zdobywać-dostawać-posiadać – w ogóle da się spotkać, a tym bardziej – zakochać? Być może to jest właśnie najbardziej niepokojące dla wszystkich rozczarowanych „starszaków” – otwartość i bezkompromisowość, z jaką młodsze pokolenia podkopują aksjomaty dotyczące związków, seksu i ról płciowych. Nie po to oczywiście, żeby je w całości zanegować albo zniszczyć, ale wytworzyć coś własnego i przy okazji nie popełnić tych samych błędów, które popełnili ich rodzice.
Argumenty przeciwko „Obsesji” są często formułowe w bardzo protekcjonalny sposób, co da się zinterpretować właśnie jako reakcję na fakty niewygodne dla umysłu. Straszliwie asekuranckie wydaje mi się na przykład podkopywanie oryginalności tego filmu i wrzucanie go do tygla z całą historią kina grozy – tyle że nie w celu jego dekonstrukcji, lecz porównawczego wykazania słabości. Pisanie, że „to wszystko już było i było lepsze” w odniesieniu do gatunku będącego w samej swej istocie pustą ramą, którą każdorazowo wypełnia się aktualną treścią, wydaje mi się cokolwiek zabawne. Tutaj przecież nikt niczego nie ukrywa: figura „małpiej łapki” – przeklętego artefaktu spełniającego życzenia w tak dosłowny, że aż przerażający sposób – to ponad 100 lat tradycji historii niesamowitych (opowiadane Monkey’s Paw W.W. Jacobsa pochodzi z 1902 roku) i twórcy opowiadają o tym „zapożyczeniu” czy „reinterpretacji” zupełnie otwarcie. Z kolei zarzucanie amerykańskiej popkulturze, że jest za mało radykalna i antykapitalistyczna – i to w sytuacji postępującej deradykalizacji sztuki i radykalizacji polityki – przypomina wołanie na puszczy akademickiej pretensji. To nie ten adres i w ogóle nie ta droga. Na taki film idzie się z nadzieją na bezpieczne strawienie pudła popcornu, a wychodzi w stanie głębokiego poruszenia – i jest to zaprawdę szczyt radykalizmu, na jaki może sobie pozwolić Hollywood podduszane przez streamerów i modele AI.
Sam co prawda nie krzyczałem na „Obsesji”, ale to wcale nie oznacza, że nie wywarła na mnie wrażenia – po prostu odebrałem wychowanie, w którym nie było za dużo miejsca na spontaniczność i wyrażanie emocji. Czy tak ma całe moje pokolenie – nie wiem, poza tym nie lubię generalizacji. Dlatego za najlepszą metaforę filmu Barkera uznaję jednak tę, którą w pierwszej chwili wziąłem za tanią kliszę – metaforę testu Rorschacha. Z jaką traumą wejdziesz do kina, taką zobaczysz na ekranie. Ambiwalencja i wrażliwość na indywidualne konteksty budują dobre kino – i z tego powodu „Obsesja” ma szansę na status nieśmiertelnego klasyka. Tylko czy Barker wytrzyma i odmówi dołączenia do panteonu upadłych gwiazd rocka, zepsutych przez pieniądze i oczekiwania na sukces drugiej płyty? Poczekajmy. W jego przypadku „Klub 27” zaczyna przyjmować dopiero za rok.
„Obsesja”, reż. Curry Barker
„Obsesja”
reżyseria: Curry Barker
premiera: 15 maja 2026 (Polska)
dystrybutor: UIP (United International Pictures)