Najpierw chciałem ją porzucić, potem uznać za arcydzieło. Jul Łyskawa recenzuje książkę Kiran Desai
( 03.08.2026 )
„Samotność Sonii i Sunny’ego” Kiran Desai trafiła na listy najlepszych książek roku na całym świecie. To ponad 800-stronicowa opowieść o dwojgu młodych ludziach zawieszonych między Indiami a Stanami Zjednoczonymi, ale też próba zmierzenia się z wielką narracją – o Wschodzie i Zachodzie, klasie, rodzinie, migracji i samotności. Jul Łyskawa sprawdza, czy rzeczywiście mamy do czynienia z arcydziełem.
Krój pisma New Icon, którego użyto na okładce (na grzbiecie i, o matko, w środku też) powieści Kiran Desai „Samotność Sonii i Sunny'ego” (zarówno w oryginale, jak i dość wiernym polskim przekładzie) to zbrodnia. Należy jednak pamiętać, że dobra powieść jest konstruktem, w którym chcemy zamieszkać, domem zaś może stać się nawet budynek o najpaskudniejszej elewacji. Ktoś z pewnością powie, że lepszy już ten font niż metafory zawarte w poprzednim zdaniu i poetyzowanie utartego „nie oceniaj książki po okładce”. Istnieje szansa, że tej osobie powieść Desai nie wejdzie.
Kilka czynników złożyło się na to, że milion pięćset redakcji z całego (zachodniego) świata uznało historię dwojga młodych ludzi (Sonii i Sunny’ego), pragnących zamienić życie w Indiach na życie w USA, za jedną z najlepszych książek roku. Dziennikarze na pierwszy plan wysuwają się wielopoziomową „autentyczność” tej prozy. Indyjska pisarka mieszkająca w USA (Desai) pisze (po angielsku) książkę o indyjskiej pisarce mieszkającej w USA (Sonia), a już ślinianki bulgoczą każdemu, kto szuka w literaturze „prawdy”. Dodatkowo kluczem do świata przedstawionego jest jego złożona wielokulturowość, a wytrychem do jego opisu – krytyka w zasadzie wszystkiego na kulturowej osi wschód-zachód, z perspektywy doświadczenia strony zazwyczaj odsuwanej na margines. Oto schizofreniczny, narcystyczny, biały i lekko zdziadziały Zachód, uosabiany przez malarza Ilana de Toorjen Fossa (zapętlenie nazwiska z imieniem daje nam skamielinę, fossil) na tyle wpływa na pogubiony Wschód, że Sonia (wspominana indyjska pisarka w Ameryce) nazywa swoje pisanie orientalnymi bzdurami, a dalej konstatuje: „wymyślanie historii jest dziecinne, chce się w końcu napisać prawdę”. Dostaje się obu stronom i tak jest u Desai ze wszystkim – Wschód i Zachód, rodzice i dzieci, kobiety i mężczyźni, biali i nie-biali, bogaci i biedni, jednostki i całe społeczności – wszyscy mają coś za uszami, przy czym zazwyczaj nie ma tutaj prostej opozycji dobra i zła, tylko złożoność, przed którą zresztą niektórzy bohaterowie próbują uciec (na przykład w manichejskie objęcia religii). Desai w duchu zasady „nic o nas bez nas” portretuje kobiety i osoby nie-białe w taki sposób, że gdyby zrobił to biały mężczyzna, zostałby uznany za rasistę mizogina – i wspaniale, że autorka korzysta z szansy.
Kiran Desai, „Samotność Sonii i Sunny'ego”, Wydawnictwo Literackie 2026
Desai swoją 800-stronicową powieścią flirtuje z konwencjami wielkiej narracji i stara się świat wytłumaczyć, sięgając po dość nieoczywiste narzędzie, jakim jest aforystyka.
„Aforyzm”, „maksyma” albo – co gorsze – „złota myśl”, to synonimiczne pojęcia, do których mamy prawo podchodzić sceptycznie. Próby „ładnego” ujęcia porządku (lub nieporządku) świata to zawsze niebezpieczeństwo popadania w banał i coelhizm, ale Desai daje radę z podziwu godną konsekwencją. „Dom to własny humorzasty kot”. „Nie ma gorszej trwogi niż uświadomienie sobie słabości chlebodawcy, na którego się zdajesz, bo sam jesteś bezsilny”. „Bo gdy Dickens jest lepszy niż twoje życie, po co przeżywać swoje życie?”. Nie jest to popelina typu „Życie to rana zadana przez piękną różę, która i tak zwiędnie” (wymyśliłem to sobie, ale z pewnością gdzieś ktoś kiedyś coś w ten deseń zmalował), chociaż zdarzają się fragmenty, do których można podejść sceptycznie, typu: „Historia żyjąca za tą, którą się opowiada, często jest historią, której nie można opowiedzieć, bo ten, kto mógłby to zrobić, został unicestwiony”. Nie zmienia to jednak faktu, że Desai robi z aforystyki metodę, umiejętnie wieńcząc sentencjami trudne doświadczenia swoich postaci, opisane na tle takich wydarzeń jak atak na WTC czy zamieszki w Gudźaracie (zginęło tam ponad tysiąc muzułmanów).
Czytając Desai, nie sposób uniknąć porównań z prozą Salmana Rushdiego, wymienionego zresztą na kartach powieści. Pisarka umiejętnie gra z pojęciem realizmu magicznego, który w książce jest wspominany jako element opresyjnych wyobrażeń Zachodu o Wschodzie, podobnie jak określenie „egzotyczny” (cytat: „egzotyczny dla kogo, można by spytać”). Pod koniec powieści Sonia słyszy w głowie głos Ilana: „Tylko nie pisz bredni w stylu realizmu magicznego (...). Tylko nie wypisuj orientalistycznych bredni. Tylko nie pisz o aranżowanych małżeństwach. Tylko nie pisz o malarzach; nikomu to nie wychodzi” – po czym Sonia (jak mamy prawo przypuszczać) i sama Desai (co wiemy na pewno), piszą dokładnie wbrew tym zaleceniom. Wschód znajduje swój wyemancypowany język, Zachód przegrywa bój z demonami.
Po pierwszym rozdziale chciałem dobrnąć do setnej strony i napisać tekst pod tytułem „Dlaczego porzuciłem tę książkę po stu stronach”. Dwa rozdziały później rozważałem okrzyknięcie powieści arcydziełem. Koło strony 400 zacząłem się nudzić. 150 stron później dochodzi do podwójnego morderstwa (ups, spoiler, ale spokojnie, nie jest karygodny), więc się rozbudziłem. A po skończeniu? Uważam, że to bardzo dobra książka o samotności.
Fun fact: gdy po pierwszy raz usłyszałem nazwisko Kiran Desai, sądziłem, że należy do irlandzkiego pisarza o japońskich korzeniach.
Kiran Desai, „Samotność Sonii i Sunny'ego”
Wydawnictwo Literackie 2026
przekład: Jerzy Kozłowski