Esej walentynkowy. Kto nam wmówił, że miłość jest najważniejsza?
( 13.02.2026 )
Pamiętacie rysunek Ellie Black z „New Yorkera”, na którym księżniczka z nietęgą miną patrzy na rycerza wybawiciela? Stojący obok niej smok tłumaczy: „She doesn’t want to see you, man”.
Randkowanie niewątpliwie przechodzi rewolucję, a bycie singielką jest coraz częściej postrzegane jako wybór, a nie życiowa porażka. Chanté Joseph w tekście „Is Having a Boyfriend Embarrassing Now?” napisanego dla brytyjskiego „Vogue'a” postawiła tezę, że posiadanie chłopaka w nowoczesnej kulturze stało się niemal żenujące. Ten temat pracuje w dyskursie feministycznym od dekad. Już Monique Wittig pisała o heteroseksualnym reżimie, w którym hetero kobieta jest definiowana poprzez podporządkowanie się mężczyźnie. bell hooks kilka dobrych lat później dodała, że kobiety mogą mówić o pragnieniu władzy, ale niekoniecznie o pragnieniu miłości, w przeciwnym razie znów dołączyłybyśmy do grona słabych i miękkich niewiast. Dlaczego jednak wiele kobiet mimo wszystko marzy o historii jak z „Pretty Woman”? Nasza poetka miłości, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, w jednym z wywiadów stwierdziła, że małżeństwo jest skrojone pod mężczyzn – ci z reguły cenią sobie relacje oparte na spokoju i codziennym podziale zajęć. Natomiast kobieta „chciałaby uczynić z życia dramat erotyczny, film pełen silnych, pasjonujących uczuć”.
Ellie Black, „Doesn't Want To See You”, „New Yorker”, 13.01.2020
Potrąceni przez miłość?
Kiedy czytam powyższe zdanie, słyszę zadziorny głos Maryli Rodowicz i od razu „zabawa jest na pięć”. Mimo czerwonej w sercu udręki, wariatka przed losem nie klęknie. Być może w tamtych czasach „Wariatka tańczy” była odbierana jako protest song, ale tekst jest na tyle uniwersalny, że możemy czytać go również w kontekście singielstwa. Jego autorka, Agnieszka Osiecka, jak mało kto potrafiła uczynić ze swojego życia film pełen pasjonujących napięć. W rozmowie z Magdą Umer wyznała, że po odtrąceniu przez pierwszą miłość prawie popełniła samobójstwo. Uratowała ją mamina zupa pomidorowa, na którą nastoletnia Agnieszka w ostatnich chwilach życia nabrała ochoty. Późniejsze miłości, jak wiemy, stały się paliwem twórczym dla Osieckiej. Jednak to jej „Wariatka” jest wyjątkowym manifestem samotności, ale i samodzielności, w którym poetka opowiada historię o tańczącej (mimo rany w sercu) kobiecie. Myślę sobie, że wariatka w czerwonej sukni mogłaby stać się symbolem współczesnych niezależnych singielek. Co jednak, gdy kobieta wciąż jest sama, choć pragnie zakochać się na zabój?
Amy Key, brytyjska poetka i eseistka, „Aranżacje w kolorze Blue” zadedykowała czytelnikom, którzy potrzebują „historii miłosnej o życiu w pojedynkę”. Zastanówmy się, skąd w nas tak głębokie pragnienie porywów serca. To kwestie biologiczne, czy to kultura wmówiła nam, że najważniejsza w życiu jest miłość? Amy rozpoczyna swój esej historią wycieczki do Los Angeles. Co ważne – podróżuje sama. Na pytanie taksówkarza o powód podróży, odpowiada, że planuje pisać o Joni Mitchell. Gdyby Key towarzyszył partner, taksówkarz najpewniej założyłby, że zakochani udają się do Kalifornii w celach turystycznych. Zwiedzanie w pojedynkę wciąż nie jest przecież częstą praktyką. Choć odpowiedź Amy nie do końca była prawdą, książkę o swojej ulubionej artystce napisze. W „Aranżacjach” analizuje swoje życie romantyczne w „akordach rozważań” (cytat z Mitchell), w których pojawiają się piosenki z płyty „Blue” kanadyjskiej wokalistki. Nie dziwi mnie to wcale. Od kiedy utwór „Both Sides Now” został wykorzystany w świątecznym megahicie „To właśnie miłość”, Joni Mitchell stała się matronką wszystkich „potrąconych” przez miłość.
Nic się nie wydarzyło
Singielstwo, może jak żaden inny stan matrymonialny, wpływa pozytywnie na sztukę. Samotność jest wdzięcznym kontekstem do wykorzystania w procesie artystycznym. Zachęca do introspekcji, pozwala skupić się na własnych emocjach. A kiedy samodzielna kobieta (z wyboru lub nie) doświadcza presji społecznej, aby założyć rodzinę, szuka możliwości do wyrażenia buntu lub opowiedzenia o własnej tożsamości. Key, chora na zew miłości, żyje od lat bez niej (ostatniego chłopaka miała w wieku dwudziestu dwóch lat, aktualnie jest po czterdziestce). Nie przeszkadzało jej to jednak w pisaniu poezji erotycznej. W jednym z jej wczesnych wierszy pojawia sie wers: „wieczór wlewa się w twoją nieobecność”. Po latach wyjaśniła, że za słowem „twoją” nikt konkretny nie stał.
Czy z Emily Brontë było podobnie? Autorka jednej z najpopularniejszych powieści o miłości, „Wichrowych wzgórz”, nigdy nie wyszła za mąż. Bratanek innej samotnej pisarki, Jane Austen, nie dowierzał, że ciotka pisała tak genialną literaturę, twierdząc, że w jej życiu przecież nic się nie wydarzyło. A wielowymiarowi bohaterowie „Dumy i uprzedzenia” czy „Emmy” są dowodem na to, że pisarka o relacjach wiedziała bardzo dużo. Kto wie, czy twórcza ekspresja miłości jest możliwa w momencie kochania; Brontë czy Austin najwyraźniej potrafiły uchwycić uczucia z dystansu. We „Fragmentach dyskursu romantycznego” Roland Barthes pisał o artystycznej niemocy ukazania miłości, powołując się na przykład z „Cierpień młodego Wertera” Goethego: Werter nie potrafił na płótnie wyrazić fenomenu Lotty pomimo talentu plastycznego. Zakochany nie jest w stanie stworzyć spójnej historii o swojej miłości, ponieważ jego uczucia są chaotyczne (forma tekstu Barthes’a w też podkreśla tę fragmentację). Kochający do obłędu nie potrafi w pełni wyrazić również siebie.
„Wichrowe wzgórza”, reż. Emerald Fennell, mat. prasowe Warner Bros. Entertainement
Jak pisać o miłości?
Aby móc pisać o tym, co przeżyłyśmy, najlepiej odzyskać swoją podmiotowość. Key w przywoływanym eseju zwróciła uwagę na jeden szczególny wers z piosenki „Blue” Joni Mitchell – „kocham cię, gdy zapominam o sobie”. Znane uczucie, prawda? Proces twórczy przybliżył eseistkę do oto takiej konkluzji: „pisząc, uświadomiłam sobie również, że chcę znaleźć sposób, by mieć miłość romantyczną, a jednocześnie nie zapomnieć o sobie oraz o wszystkim, co mogę stworzyć sama”. Dopiero spojrzenie na związek z dystansu pozwala opisać to, co przeżywała zakochana osoba. Nie da się jednak uniknąć rozmów z duchami przeszłości. Wiedziała o tym Amy Key, która podczas prac nad „Aranżacjami” pozwoliła dawnym mężczyznom zamieszkać w swoich myślach do tego stopnia, że zaczęli odwiedzać ją w snach.
Oczywiście, najbardziej naturalnym stanem, podczas którego można zmierzyć się z poczuciem utraconej miłości, jest singielstwo. Nie powinniśmy jednak zapominać, że istnieją przecież samotnicy, którzy spalają się doszczętnie w romansach. Z drugiej strony funkcjonują również związki bez namiętnej miłości, w których partnerzy zachowują dystans pozwalający na swobodną pracę twórczą.
Z notatek mieszkanki dużego miasta: gdy przeprowadzałam się do Warszawy, wielu nowopoznanych facetów pytało, czy zamieniłam miasto przez chłopaka, czy dla chłopaka. Co ciekawe, tego typu pytania nigdy nie zadała mi żadna kobieta. Gdy zaczynałam odpowiadać, widziałam, że wykreowany w ich głowie obraz kobiety spod znaku burzy i naporu pękał jak lustro, które nie wytrzymałoby odbicia mojej miny. Chcieli widzieć męczennicę ze złamanym sercem, trawioną tęsknotą, żalem i bólem. Tym bardziej nie dziwią mnie podszyte niby-humorem przyśpiewki starszawych sąsiadów z małego miasteczka, które odwiedzam: „masz doktorat? Teraz tylko jeszcze kawaler się przyda” albo „po co ci kot, zrób sobie dziecko”. Okej, przyznaję, że plusów bycia w związku jest wiele, np. promocje opłacają się bardziej, gdy nie mieszkasz sama: „kup pięć jogurtów o tym samym smaku, a kolejnych pięć dostaniesz gratis”, ale – na miłość (do siebie!), pozwólmy każdemu żyć, jak chce. Singielstwo może być stanem szczęśliwym i nie utożsamiajmy go z porażką. Nie zapominajmy też, że bycie zakochanym nie oznacza od razu bycia w związku, a związek może istnieć bez miłości. A gdy otworzymy się na prawdziwą miłość, czymkolwiek by ona nie była, spokój zniknie… przynajmniej na początku.
Na koniec wróćmy jeszcze na moment do Joni Mitchell i jej rozważań. W piosence „Both Sides Now” znajdziemy zwrotkę poświęconą miłości. Mitchell lirycznym głosem stwierdza: „Patrzyłam na miłość z obu stron / Dając i biorąc – jednak / To tylko jej złudzenia pamiętam / Tak naprawdę nie znam miłości wcale”. To, co pamiętamy, nigdy nie jest tym, czym rzeczywiście było. Dlatego pisanie o żywiole uczuć jest prawie niewykonalne, a jednak – czasami odrobina szczęścia (i nieszczęścia) w miłości wystarczy, by uchwycić jej fenomen, zatrzymać ją pod powiekami.