() Współpraca
Hamlet pali wejpa, Romeo nie ma perspektyw. Relacja z 30. Festiwalu Szekspirowskiego
( 06.08.2026 )
Podczas jubileuszowej edycji gdańskiego święta, które odbyło się pod mottem „Pochwała szaleństwa”, szans na to, by obejrzeć uwspółcześnionego Szekspira, mieliśmy aż kilkanaście.
„Wszyscy wiemy, co teraz nastąpi” – Antek Sztaba kokietuje publiczność z łobuzerskim uśmiechem. Młody aktor, wcielający się w tytułowego Hamleta w „zetkowej” wersji dramatu wyreżyserowanej przez Kamila Białaszka, zastyga na chwilę przed wygłoszeniem najsłynniejszego monologu w dziejach teatru. Zamiast od razu obdarować publikę znajomym „być albo nie być”, odwleka ten moment w czasie. Czy słowa Szekspira, powielane do znudzenia w szkolnych ławkach i w sezonowych repertuarach, przecierane raz po raz w nadmiarze scenicznych interpretacji, zdołały zachować siłę wyrazu? To pytanie zadaje ze sceny Sztaba. Ja również o nim myślałam w drodze na 30. Festiwal Szekspirowski.
Przez 11 dni zagrano 18 spektakli, rodzimych i międzynarodowych, a sale niezmiennie wypełniały się po brzegi. Można by to zrzucić na fakt, że lubimy oglądać to, co już kiedyś widzieliśmy. Ale w tym szalonym niedosycie Szekspira widziałabym raczej potrzebę powrotu do uniwersalnych i prostych prawd o człowieku. Im trudniej przychodzi nam zrozumienie świata wokół, tym chętniej czerpiemy z jego źródła odwiecznych ludzkich namiętności. Ta płyta nigdy się nie zedrze.
Szekspir rozebrany
Zamiast redefiniować tekst dramatyczny i dodawać kolejne warstwy, by wpasować się w ramy współczesności, twórcy wolą po prostu Szekspira rozebrać. Pozbawić nadmiaru ozdobników, okroić z romantycznej wymowy, dokopać się do sedna: chamstwa, zazdrości, żądzy, słabości, ambicji, potworności. Taki Szekspir jest nam niewygodnie bliski. Objawia się nie w pięknych monologach, ale w codziennych niepokojach: w globalnym ociepleniu, imperializmie Trumpa i Putina, hejcie internetowym, ksenofobii, umacniającej się władzy korporacji Big Tech. W koszmarnej kondycji współczesności widać nas na wylot.
„Juliusz Cezar” jest dramatem, w którym występuje ponad 30 postaci. Julia Levai okroiła go do dwóch bohaterów: Cassiusa (Adam Goodbody) i Brutusa (John Chisham). Więcej nie potrzeba. O zdradzie lubimy opowiadać krwawo i epicko, podczas gdy u jej źródła leżą najniższe możliwe pobudki. Kameralny formalnie metaspektakl „Petty Men", z którym do Gdańska przyjechała pochodząca z Węgier i mieszkająca w Londynie reżyserka, nie tylko degraduje liczbę aktorów, ale także ich funkcję. Bohaterami są nie tyle Cassius i Brutus we własnej osobie, co ich dublerzy.
„Petty Men”, reż. Julia Levai, fot. Karolina Sołtys
Akcja rozgrywa się pod deskami głównej sceny teatralnej, gdzie każdego wieczoru wystawiany jest „Juliusz Cezar”. W zaduchu kulis siedzą zamknięci dwaj zmiennicy głównych aktorów. Kilka kroków od spełnienia swoich ambicji, a jednak oddzieleni ścianą na tyle grubą, że o przebiegu spektaklu dowiadują się z głośników. Czekają; próbują zabić nie Cezara, a nieubłagany czas. Postawieni w cieniu pierwszoplanowych aktorów piją herbatkę, wcinają popcorn, brzdąkają na gitarze, skaczą na skakance, wyrywkowo deklamują wersety, podsycają zazdrość i poczucie niesprawiedliwości. Czynności stają się coraz bardziej kuriozalne, a poczucie sensu – coraz bardziej wątłe. Kiedy nuda doprowadza ich na granicę obłędu, zwaną inaczej głupawką, Cassius i Brutus nr 2 biorą sprawy w swoje ręce. Mordują pierwotny scenariusz i zaczynają grać własną wersję sztuki, taką, w której ich obecność ma znaczenie.
Można argumentować, że sytuacja wykreowana przez Julię Levai jest bardzo specyficzna, ale wydała mi się jednocześnie dziwnie znajoma. Między mikrofalą i czajnikiem, wieszakiem na ubrania i generycznymi biurowymi krzesłami mogłaby równie dobrze siedzieć pani Halinka z urzędu lub Julka z korporacji. Bezsensowna powtarzalność mogłaby dotyczyć wypełniania tabelek w Excelu, a przerywnikiem odsuwającym myśli od stanu zawieszenia mogłaby być półgodzinna przerwa na lunch lub owocowy czwartek. Na syndrom dublera zapadło już wielu moich znajomych.
Frustracja dnia świstaka na jednych działa motywująco, innych pogrąża w depresji. Brutus nr 2 zapomina, że kiedyś miał jakiś cel, Cassius nr 2 ma coraz większą ochotę wbić komuś nóż w plecy. Żeby wydostać się ze strefy mierności, sprowadza do parteru kolegę po fachu, a następnie umywa ręce. Julia Levai łapie go jednak na gorącym uczynku. Po odarciu z długiego formatu, z tłumu aktorów, z powłóczystych kostiumów, z marmurów scenografii z „Juliusza Cezara” zostaje nam po prostu „Petty Men". Facet małostkowy, łasy na zaszczyty, z obsesją na punkcie wizerunku, tak przeciętny, że przekonany o własnej świętości. Pierwowzór Cassiusa to abstrakcja, tego drugiego wszyscy znamy.
„Petty Men”, reż. Julia Levai, fot. Karolina Sołtys
Romeo i Julia w fabryce
Skoro późny kapitalizm rozpoznaje szekspirowską zdradę, rozpozna też miłość. W „Romeo i Julii” w reżyserii Macieja Jaszczyńskiego z Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie twórca dekonstruuje samą Weronę, jej urokliwe balkoniki i rajskie ogrody, a także – młodzieńczą naiwność. Scenografią tej dystopii jest fabryka maszyn, a jej bohaterami są nie rumiani, a wstydliwie niedojrzali 30-latkowie. Na garnuszku u rodziców, bez perspektyw, z widmem końca świata na horyzoncie. Jednym słowem – milenialsi.
Na drodze namiętnego uczucia staje nie rodzinny honor dwóch zwaśnionych rodów, a tak zwyczajnie, po ludzku: zmęczenie, strach, brak mocy sprawczej. Na przekór wielkim dramatom, które rozgrywają się wokół fabryki, i AI-owemu szumowi, Maciej Jaszczyński zdołał wyłuskać istotę tej tak naprawdę prostej i dlatego wciąż działającej opowieści. W swoim mikrodramacie na dwóch aktorów (Milena Gauer, Maciej Mydlak) reżyser przypomniał nam, jaka gra jest warta świeczki. Romeowi i Julii chodziło i wciąż chodzi tylko o to, by kochać i być kochanym.
„Romeo i Julia”, reż. Maciej Jaszczyński, fot. Dawid Linkowski
Strachom i ograniczeniom Gen-Z przygląda się za to Kamil Białaszek w swoim „Hamlecie” wyreżyserowanym dla Teatru Powszechnego w Warszawie. Aby wiarygodnie przemówić w języku własnego pokolenia, 26-letni twórca bez skrupułów spycha najsłynniejszy i najbardziej podniosły dramat Szekspira z piedestału. Dania i Norwegia to megakorporacje, tron jest pisuarem, z którego czasem skapnie coś maluczkim, Klaudiusz (Arkadiusz Brykalski) ma problemy z prostatą, Hamlet (Antek Sztaba) rozbija się po firmie ojca pociągając z wejpa, Ofelia (Natalia Szczypka) łyka piguły jak cukierki. Miarą akuratności młodzieżowego języka było oburzenie obecnego na spektaklu starszego pokolenia. „Ale żeby tak przeklinać w teatrze?” – kręciła głową widzka, opuszczając swoje siedzenie.
Dosadność w oczy kole, a przy okazji nazywa rzeczy po imieniu. Memiarski humor, w który Z-tki zwykle oblekają sprawy wagi ciężkiej, aby łatwiej je strawić, tutaj nie ma charakteru przesłony. Obnaża raczej kicz ludzkich ambicji. Starego ramola, Klaudiusza, dla którego najwyższą wartością jest grzanie stołka. Oblecha Poloniusza (Mateusz Łasowski), który maltretuje córkę, by poczuć się bohaterem w swoim domu. Wyrachowanej Gertrudy (Anna Ilczuk), która w imię własnej wygody jest najbardziej zagorzałą strażniczką patriarchatu. Bezrefleksyjnego Hamleta, którego pomszczenie śmierci ojca jest jedynie okazją do podbudowania własnego ego. Który wierzy tylko w to, co podaje mu telefon, recytuje Kanta i protestuje przeciw technofeudalnej rzeczywistości, ale nie zauważa, że jest jej głównym beneficjentem. Zanim dramat rozpocznie się na dobre, Białaszek pozwala, by jego wersję „Hamleta” napisały korporacyjne małpiszony. Posadzone jak do ostatniej wieczerzy, bezmyślnie powielające oryginalny tekst dla czystego zysku.
„Hamlet”, reż. Kamil Białaszek, fot. Karolina Sołtys
Zimna zupa zamiast tortu
Nawet najwierniejsza z obejrzanych przeze mnie inscenizacji, obłędnie widowiskowy „Król Lear” w reżyserii rumuńskiego mistrza Silviu Purcărete, jest radykalną rozbiórką Szekspira. Scena uginająca się od zdobnych rekwizytów, błyszczących kostiumów i wielkich słów pustoszeje w miarę jak córki – niegdyś deklarujące bezgraniczną miłość do ojca – pokazują swoje prawdziwe oblicza. Wielowarstwowy tort, który Lear (Claudiu Bleonț) dzieli pomiędzy Gonerilą (Romanița Ionescu) i Reganą (Iulia Colan), zastępuje miska zimnej zupy, a królewskie futro stopniowo zostaje okrojone do pary smętnie zwisających majt. Na naszych oczach człowiek niegdyś wielki wraca do swojej najbardziej prymitywnej formy.
„Król Lear”, reż. Silviu Purcărete, fot. Dawid Linkowski
Podobna degradacja wydarza się w spektaklu Tymoteusza Sarośka „Juliusz Cezar: Sen Kalpurnii”. Początkowo tytułowy dyktator występuje tu w formie złowrogiego popiersia, bardziej legendy niż człowieka z krwi i kości. Jednak aktorzy sukcesywnie odkrawają fragmenty jego tożsamości: oczy, usta, nos. Wkrótce twarzy nie da się rozpoznać, mit przestaje być podniosły. Zostaje perspektywa Kalpurnii, żony Cezara, która skupia się na utrzymaniu męża przy życiu zamiast na wielkich ideach. Demitologizacji służy także prowizoryczny charakter przedstawienia. Czterech aktorów (Maciej Sakowicz-Cempura, Jakub Durniat, Weronika Kozłowska, Kacper Rokosz) żonglujących rolami, natrętnie powtarzające się dialogi, skrajnie minimalistyczna scenografia, wykorzystywanie smartfonowej kamery albo bitwa pod Filippi rozegrana poprzez porównanie długości noży. Marne to wszystko, i jakie prawdziwe!
To, że w szaleństwie Szekspira jest metoda, która polega na ukazywaniu absurdu rządzącego rzeczywistością, potwierdził tegoroczny zwycięzca Złotego Yoricka, najważniejszej nagrody festiwalu. „Hamlet” Teatru Zagłębia w reżyserii Jacka Jabrzyka wyobraża sobie tytułowego księcia w wirtualnej symulacji, a jego tragedię jako rozpaczliwe poszukiwanie prawdy pośród fake newsów. Tam, gdzie grunt współczesności usuwa nam się spod nóg, twórca z Sosnowca wykorzystuje Szekspira jako moralny kompas. Oprócz scen ukazujących najżałośniejsze ludzkie pobudki, w tekście barda znajduje też pocieszenie. Dopóki AI nie zastąpi nam autora „Hamleta”, mamy jeszcze szansę na zachowanie człowieczeństwa.
„Hamlet”, reż. Jacek Jabrzyk, fot. Dawid Linkowski
Tekst powstał w ramach współpracy płatnej z Festiwalem Szekspirowskim, który odbył się 23 lipca – 2 sierpnia 2026 w Gdańsku.